Chińska porażka Miedwiediewa

Chiny nie mają na Zachodzie dobrej prasy być może dlatego, że potrafią
bezwzględnie zadbać o swój interes. Brutalnie przekonał się o tym w trakcie
swojej trzydniowej wizyty w Państwie Środka prezydent Dmitrij Miedwiediew.

W Chinach Dmitrij Gienadiejewicz Miedwiediew podkreślał, iż stosunki
rosyjsko-chińskie osiągnęły apogeum, a "poziom wzajemnego zaufania nigdy
wcześniej nie był tak wysoki". Po podpisaniu w 2001 r. układu o dobrym
sąsiedztwie, w którym oba kraje uznały, iż nie mają wobec siebie roszczeń
terytorialnych (w 2008 r. Rosja uroczyście przekazała sporne terytoria przy
Rzece Ussuri Chinom), we wzajemnych stosunkach rozpoczął się miodowy miesiąc.
Przywódcy Chin i Rosji podkreślali swój sceptycyzm co do skuteczności zachodnich
recept na modernizację ich krajów. Sojusz rosyjsko-chiński jako przeciwwaga
wobec Ameryki rzeczywiście działał efektywnie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, a
także na forum utworzonej w 2001 r. Szanghajskiej Organizacji Współpracy, w
której oprócz Chin i Rosji są cztery inne kraje Azji Centralnej – Kazachstan,
Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. De facto organizacja ta funkcjonowała już
od 1996 r. pod nazwą Szanghaj 5 – wówczas jeszcze bez udziału Uzbekistanu.
Amerykanie mogą także czuć się zagrożeni wspólnymi ćwiczeniami wojskowymi obu
krajów, które odbywają się regularnie co dwa lata.
Wizyta Miedwiediewa w Chinach harmonijnie wpisała się w atmosferę wzajemnej
przyjaźni, obfitowała w wiele wzniosłych deklaracji. Zaczęła się od Dalian,
czyli dawnego rosyjskiego Dalnyj, nieopodal którego rozegrało się największe
starcie wojny rosyjsko-japońskiej (1904-1905) znane jako bitwa o Port Artur.
Prezydent Rosji złożył kwiaty przy pomniku upamiętniającym poległych w wojnie
japońsko-rosyjskiej i II wojnie światowej. W emocjonalnym przemówieniu mówił o
chińsko-rosyjskim braterstwie umocnionym wspólnie przelaną krwią. W kontekście
poprzedzających tę wizytę napięć między Japonią a Chinami, które dotyczyły
sporów granicznych o małą wysepkę Diaoyutai na Morzu Chińskim (japońskie
Sangkoku), słowa te nabrały szczególnej wymowy.
Ostatniego dnia prezydent Rosji odwiedził rosyjski pawilon na Expo w Szanghaju,
pokazując polskim politykom, jak promować rodzimy biznes w Chinach, gdzie bardzo
istotnym czynnikiem jest poparcie władz. Najwyższy rangą reprezentant państwa
polskiego, który do tej pory odwiedził nasz pawilon, to minister kultury Bogdan
Zdrojewski, nie licząc byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Kluczową kwestią wizyty rosyjskiego prezydenta był biznes, a zwłaszcza
współpraca energetyczna. Miedwiediew wraz z prezydentem Hu Jintao otworzył
chiński odcinek ropociągu, którym Rosjanie od przyszłego roku będą pompować ropę
do Chin.
Poza deklarowaną przyjaźnią i chęcią stworzenia wielobiegunowego świata (co de
facto osłabia amerykańską hegemonię) oba kraje pragną zdywersyfikować odbiorców
(Rosja) lub dostawców (Chiny) swoich surowców. Wydawać by się zatem mogło, iż
strategiczne partnerstwo rosyjsko-chińskie ma wielką przyszłość i musi zostać
umocnione.

Moskwa w defensywie
Nic takiego się jednak w trakcie tej wizyty nie stało. Jeśli odrzucimy
dyplomatyczne pozory, zobaczymy prawdziwy obraz relacji na linii Moskwa – Pekin,
a ten w perspektywie kolejnych dekad nie rysuje się zbyt ciekawie. Zwłaszcza dla
Rosji. Już sam fakt, iż jako największy sprzedawca surowców na świecie
eksportuje do największego ich konsumenta (Chiny wyprzedziły w zeszłym roku USA)
mniej więcej tyle samo, co do 40-krotnie mniejszej Polski, musi budzić
zdziwienie (w 2008 r. udział Polski w rosyjskim eksporcie to 4,5 proc., a Chin
4,3 proc.).
Prawdziwie gorzki smak czarnej polewki mogli jednak Rosjanie poczuć dopiero
podczas negocjacji gazowych. Toczą się one od kilkunastu lat. Już w 2006 r.
Gazprom deklarował, że sprawa budowy dwóch gazociągów dostarczających gaz do
Chin jest przesądzona. Mimo to do dzisiaj one nie powstały ze względu na
rozbieżne oczekiwania co do cen. Wizyta Miedwiediewa także okazała się na tym
polu klęską. Szefowie Gazpromu uspokajają, że wszystkie szczegóły są uzgodnione,
a kontrakt będzie podpisany w połowie przyszłego roku. Deklarują również, że
rosyjski koncern od 2015 r.
(a wtedy ruszyłyby dostawy) jest w stanie nawet w stu procentach zaspokoić
rosnące potrzeby Chin, które według koncernu CNPC, w 2020 r. będą zużywać
trzykrotnie więcej gazu niż obecnie.
Pekin tymczasem przesadnie się nie śpieszy, proponując ceny gazu… o połowę
niższe niż w Europie. Według dziennika "Kommiersant", Gazprom za 1000 m sześc.
gazu żąda od Chin 220 USD, podczas gdy obecnie tę samą ilość surowca Moskwa
sprzedaje w Europie za 308 USD. Pekin za 1000 m sześc. oferuje jej tylko 150 USD.
Na dodatek, "przypadkowo", w trakcie wizyty uruchomiono tłocznię zbudowanego w
2009 r. gazowego rurociągu Azja Centralna – Chiny, który w związku z tym, że
przechodzi przez Uzbekistan i Kazachstan, daje Chinom dostęp do złóż w
Turkmenistanie. Budując go za własne pieniądze, Pekin zakontraktował 40 mld m
sześć. gazu rocznie, łamiąc tym samym energetyczny monopol Rosji w tych krajach.
Od tej pory mogą one ją omijać i zwracać się do Pekinu. Rosja, nie mając innego
wyjścia, w grudniu 2009 r. oficjalnie poparła ten projekt.
Kolejny problem to spychanie Moskwy na pozycję dostawcy surowcowego Chin.
Rosjanie pragnęliby przyciągnąć chińskie technologie, know-how i inwestycje,
także spoza branży energetycznej. W Federacji Rosyjskiej istnieją zaledwie trzy
chińskie parki przemysłowe, a fachowcy zgodnie oceniają, iż potencjalnie mogłoby
ich być kilkaset. Jednak powiązane z państwem chińskie koncerny, które w
ostatnich miesiącach rozpoczęły prawdziwą światową ofensywę inwestycyjną i
rozrzucają miliardy dolarów od Afryki, po Amerykę Łacińską, a ostatnio nawet
Grecję, najwyraźniej nie palą się do inwestowania w Rosji. Z tej perspektywy
szokiem dla Moskwy musiało być poparcie, jakiego Pekin udzielił krnąbrnemu
Łukaszence, podpisując latem tego roku kontrakty na 9 mld USD i przyznając mu
kolejne 5 mld pożyczki, m.in. na spłatę rosyjskiego zadłużenia (Rosja liczyła,
iż Łukaszenka ten dług spłaci, oddając Moskwie kilka państwowych zakładów).

Demograficzny atut
Obawy przed "żółtym niebezpieczeństwem" są w Rosji obecne już od wielu lat. I co
gorsza, Rosjanie nie są optymistami. W 2009 r. w sondażu Rosyjskiego Instytutu
Badań na pytanie, który kraj odgrywa w dzisiejszym świecie istotniejszą rolę, 57
proc. respondentów wskazało na Rosję, a 33 proc. na Chiny. Jednak na pytanie,
które państwo rozwija się szybciej i efektywniej, aż 76 proc. badanych Rosjan
wskazało Chiny, a tylko 24 proc. Rosję.
Wszystko to w sytuacji wyludniania się rosyjskiego Dalekiego Wschodu, gdzie
mieszka zaledwie 6,7 miliona Rosjan, a więc o 14 proc. mniej niż w latach 80.
Według prognoz do 2015 r. znikną kolejne 2 miliony. W 2050 r. populacja Rosji ma
się skurczyć do 100 milionów.
Tymczasem po drugiej stronie granicy trzy chińskie prowincje na północ od
Wielkiego Muru (tzw. Mandżuria Wewnętrzna) zamieszkuje 100 milionów Chińczyków
(ponad 60-krotnie większa gęstość zaludnienia). W dodatku, jak twierdzą
niektórzy analitycy, powołując się na informacje z kręgów bliskich chińskim
elitom władzy, chińscy przywódcy, w tym sam Hu Jintao, nie pogodzili się z
utratą tych terytoriów i nie wyobrażają sobie przyszłych Wielkich Chin bez
Mandżurii Zewnętrznej. Na sytuację geopolityczną nakłada się powolne przenikanie
Chińczyków przez granicę, którzy – głównie w Chabarowsku, Usyryjsku i
Władywostoku – podejmują pracę, której nie chcą wykonywać Rosjanie (mimo
wysokiego bezrobocia), niejednokrotnie dochodząc do fortuny. Zaczynają od
drobnego handlu straganowego, stopniowo przejmując firmy, nieruchomości. Wobec
ich przedsiębiorczości Rosjanie są bezradni, podobnie zresztą jak wiele innych
narodów, zwłaszcza Azji Południowo-Wschodniej, które nazywają Chińczyków "Żydami
Azji".
Władimir Putin ostrzega: jeśli nie poczynimy praktycznych kroków, by rozwijać
Daleki Wschód, w ciągu kilku dekad zamieszkujący te terytoria Rosjanie będą
mówić po chińsku. Nie są to czcze ostrzeżenia.

Polski rozdział
Po tragicznej śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego wydaje się mało
prawdopodobne, by w przyszłości Polska próbowała budować neojagiellońską
politykę zagraniczną na Wschodzie. Zwłaszcza że musiałoby się to odbyć już w
innych realiach wymagających uwzględnienia kolejnego potężnego gracza na
terenach dawnej Rzeczypospolitej – Białorusi. Gracza, z którym sama Rosja
zaczyna mieć poważne kłopoty.
Polska jest dużym krajem europejskim i choć nie gramy w tej samej lidze, co
światowe mocarstwa, takie jak Chiny, Rosja, a ostatnio także Indie czy Brazylia
(nawet w Unii odgrywamy niewielką rolę), to stosunkom chińsko-rosyjskim i samym
Chinom powinniśmy się bardzo uważnie przyglądać. Pekin choćby poprzez swoją
politykę energetyczną ma olbrzymi wpływ na naszego wschodniego sąsiada i
wszystko wskazuje na to, że będzie on wzrastał. Ostatnie posunięcia Państwa
Środka i zakończona porażką wizyta prezydenta Miedwiediewa pokazują, iż
strategiczne partnerstwo rosyjsko-chińskie, zaprojektowane w czasach
amerykańskiej hegemonii, kiedy obaj partnerzy mieli równy status, może nie
wytrzymać próby czasu, a Rosja może zostać sprowadzona do roli słabszego
partnera i dostawcy surowców.
Długoterminowo przyszłość stosunków rosyjsko-chińskich ma kapitalne znaczenie
dla relacji Rosji z Europą i Polską. Dlatego niepokojący może być fakt, iż
dominujące w polskiej debacie publicznej komentarze dotyczące Rosji często w
ogóle tego nie zauważają, pomijając czynnik chiński, same zaś Chiny traktują
pobłażliwie – albo jako egzotyczną ciekawostkę, albo jako wytwórcę taniego
towaru, zapominając, iż jest to już globalne mocarstwo numer dwa, z wielkimi
ambicjami odbudowania dawnej potęgi i stania się na powrót Państwem Środka.
Odprawienie z pustymi rękoma deklarującego przyjaźń prezydenta Rosji dobitnie
pokazuje, że wpływ Chin na świat XXI wieku, a zatem i Polskę, będzie ogromny.
Jeśli mamy ambicję być czymś więcej niż dużym krajem marginalizowanym w
globalnej rywalizacji Unii Europejskiej, musimy ten fakt dostrzec i w
najbliższych latach aktywnie na niego zareagować. Jeśli tego nie zrobimy,
pozostanie nam cierpliwie czekać na to, co Chiny zrobią z nami.

Radosław Pyffel
 

Autor jest prezesem Centrum Studiów Polska – Azja. Spędził w Chinach pięć lat.

drukuj