Trwanie u stóp Tajemnicy
Z wiarą jest niemały kłopot. Im więcej o niej mówimy, wnikliwiej ją
analizujemy, tym rzeczywistość, którą chcemy opisać, okazuje się bardziej
złożona, niepoznawalna. Nieprzypadkowo wielcy mistycy przeżywali coś, co mimo
różnych nazw zawsze znaczyło to samo: ciemna noc wiary. Pisali o oczyszczeniu i
cierpieniu, które jej towarzyszyło, o doświadczeniu opuszczenia i pustki.
Musiały wypalić się emocje, ludzkie oczekiwania, skompromitować matryce, przy
pomocy których chcieli opisać i zaszufladkować Pana Boga. Trzeba było stanąć
przed Bogiem jako wielkie NIC, aby doświadczyć Pełni.
Dla wielu ateistów (tak sami o sobie mówili), których spotkałem w swoim życiu,
słowa "nie wierzę" wcale nie oznaczały odrzucenia prawdy o istnieniu Boga. Były
bliższe innemu określeniu: "Nie potrafię sobie wyobrazić". Ich dramat (wielu
rozpaczliwie zdawało sobie z tego sprawę) polegał na tym, że chcieli wszystko
zrozumieć, poukładać wedle prostych zasad logiki, zapominając o tym, że Boga nie
da się w taki sposób zamknąć. Gdyby to było możliwe, wówczas nie byłby Bogiem, a
jedynie wyższą, doskonalszą cząstką (emanacją) człowieczeństwa.
Postawa ta ma wiele przyczyn. Jak pisze ks. Tomasz Halik ("Noc spowiednika.
Paradoksy małej wiary w epoce postoptymistycznej"), pierwsza z nich to
intelektualna pycha, która broni się przed jakąkolwiek prawdą niedającą się do
końca zrozumieć, bądź (naiwne) przekonanie, że już rozumiemy całą rzeczywistość
albo wkrótce rozgryziemy jej sens. W rzeczywistości rolę Absolutu spełnia tu
rozum. Druga to lekkomyślne nazywanie nadprzyrodzonością wszystkiego, co
zaświatowe. To ewidentne pójście na skróty. "Nic dziwnego – pisze autor – że
kiedy 'Bóg’ znalazł się w towarzystwie wodników i rusałek, straszydeł i postaci
bajkowych, musiał prędzej czy później zostać wygnany z grona rozumnych,
wykształconych ludzi i przekazany dzieciom, prostaczkom czy okultystom". Trzecią
drogą, która prowadzi do odrzucenia niedającego się zrozumieć Boga, jest
fundamentalizm religijny. Jest on chorobą wiary, która chce się okopać w
cieniach przeszłości, pewności – zabezpieczyć przed niepokojącą złożonością
życia. Wiara staje się pancerzem. Kryje się za nim strach przed obnażeniem
ubranego w piękne szaty "argumentów" ludzkiego ja…
Myślę, że ktoś, kto odrzuca możliwość istnienia Boga jako tajemnicy niedającej
się do końca pojąć ani zrozumieć, kto szuka tylko takiego Boga, którego może
sobie wyobrazić, po ludzku zrozumieć, w gruncie rzeczy jest bardzo
nieszczęśliwy. Zbyt wiele jest momentów, kiedy umysł się "zawiesza". Znam
takich, którzy z bezsilności płaczą nocą w poduszkę. A potem rano zakładają, jak
gdyby nigdy nic, maskę na twarz i kolejny dzień kraszą życie sztucznym
uśmiechem.
Nie wierzę – nie potrafię sobie wyobrazić. To słowa, o których powinien pamiętać
każdy, kto z racji swojego urzędu głosi Ewangelię, aby bronić się przed pokusą
zbyt łatwego potępiania. Nie może ich lekceważyć także każdy "zwyczajny"
chrześcijanin, spotykający codziennie ludzi krzyczących, oskarżających,
zbolałych bezradnością. Często sami siebie takimi uczynili, wybierając życie
łatwe i puste. Ale też bywa, co należy przyznać z pokorą, że takimi uczynili ich
inni wierzący, zniekształcając w sobie obraz Boga, Kościoła, czyniąc je
namiastką tego, czym winny być naprawdę. Odrzucenie Ewangelii w tej sytuacji nie
jest zakwestionowaniem zawartych w niej zasad, ale protestem przeciwko jej
fałszywemu obrazowi. Pomóc komuś, kto nosi w sobie obraz – karykaturę Boga,
można tylko w jeden sposób: doprowadzić do źródła czystej wody. Trzeba pokazać,
że Bóg nie mieszka w świecie rusałek i wodników, ale jest Kimś, kto choć wymyka
się naszej zdolności pojmowania, jest przecież bliski, jest Bogiem realnym,
prawdziwym.
ks. Paweł Siedlanowski
