„Zbycho” upomina się o miejsce w Platformie

Przykład prezydenta Sopotu Jacka Karnowskiego, który po wybuchu afery
sopockiej został zmuszony do opuszczenia Platformy Obywatelskiej, a teraz w
wyborach samorządowych popierają go najważniejsi politycy tego ugrupowania,
najwidoczniej mocno zainspirował uczestnika innej afery (hazardowej) w rządzie
Donalda Tuska – Zbigniewa Chlebowskiego. Były szef klubu Platformy chciałby
powrócić do jego szeregów.

Już za rok obecni posłowie ponownie poddani zostaną weryfikacji przez wyborców.
Niektórzy jednak mają poważniejsze kłopoty, gdyż mogą nawet nie znaleźć się na
liście kandydatów własnego ugrupowania. Po tym, jak w prawach członka klubu PO
zawiesił się jeden z głównych bohaterów afery hazardowej Zbigniew Chlebowski,
jego sytuacja w perspektywie przyszłej kadencji parlamentu kształtuje się
niewesoło. By móc zasiadać w parlamentarnych ławach trzecią z rzędu kadencję,
postanowił się o swoje upomnieć. Chlebowski przypomniał o swoich aspiracjach w
rozmowie z dziennikiem "Polska". – Sam się zawiesiłem jako członek klubu
parlamentarnego PO. Teraz chciałbym wrócić do klubu. Chcę pokazać wyborcom, że
byłem i jestem uczciwym człowiekiem i że dobro publiczne zawsze było dla mnie
wartością nadrzędną. Poniosłem dużą odpowiedzialność polityczną i tak powinno
być zawsze w życiu publicznym – mówił Chlebowski.
Były szef klubu parlamentarnego Platformy zasłynął tajemniczym – organizowanym
za pośrednictwem osób trzecich – spotkaniem z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem
na cmentarzu. A przedsiębiorca, który chciał u kolegów z Platformy załatwić
nieuwzględnianie w ustawie hazardowej niekorzystnych dla jego firmy zapisów w
sprawie wprowadzenia dopłat od gier na automatach, zapewniał: "Blokuję tę sprawę
od roku. To wyłącznie moja zasługa". Kiedy indziej gwarantował: "Na 90 procent
Rysiu, że załatwimy". Z zeznań byłego szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego
Mariusza Kamińskiego wynikało natomiast, że wraz z Mirosławem Drzewieckim byli
na każde skinienie Ryszarda Sobiesiaka.
Gdyby Chlebowski przestał być politykiem, nie mógłby już tak gorliwie dbać o
interesy swoich wyborców. Teraz wyczuł dobry moment na upomnienie się o swoje w
Platformie. Ma kilka atutów, które w obliczu tego, co się dzieje teraz w PO, nie
są nieuzasadnione. Niebawem Sejm będzie przyjmował sprawozdanie z prac
hazardowej komisji śledczej. Skoro śledczy z Platformy przegłosowali, że w
Platformie i rządzie Platformy żadnej afery hazardowej nie było, to dlaczego i
za co mieliby karać Chlebowskiego?
Nadzieję Chlebowskiemu może również dawać kazus prezydenta Sopotu Jacka
Karnowskiego, który ze względów wizerunkowych Platformy został zmuszony do
opuszczenia jej szeregów. Podobnie Chlebowski zawiesił się w prawach członka
klubu. Jednak Karnowski teraz wraca do łask i choć szef Platformy Donald Tusk
stanowczo stwierdził, iż jako ktoś, na kim ciążą zarzuty prokuratorskie, nie
może być popierany przez PO, to jednak prezydenta Sopotu popierają najważniejsi
politycy tej partii. Sam premier mówił, że wierzy w jego niewinność, a w trakcie
głosowania, przy urnie, będzie o nim myślał ciepło.
Tusk na antenie Polskiego Radia tonował jednak zapędy Chlebowskiego. Stwierdził,
że sprawy Karnowskiego i Chlebowskiego są do siebie podobne. – (…) Dlatego
zarówno w odniesieniu do jednego, jak i drugiego mam swoje zdanie, że
działalność publiczna w imieniu Platformy nie powinna wchodzić w rachubę. Nie
mam powodów wątpić w szczerość jego intencji, ale nie widzę powodu, dla którego
mielibyśmy uznać, że sprawa jest w tej chwili zamknięta. Dopóki nie wyjaśnimy w
każdym szczególe także roli Zbigniewa Chlebowskiego – mówił Donald Tusk.
Według premiera, obie sprawy są do siebie podobne, dlatego premier w przypadku
byłego szefa klubu Platformy mógłby zadziałać tak samo jak wobec prezydenta
Sopotu. Przekonujemy się bowiem, że wysokie standardy moralne Platformy nie
pozwalają, aby oficjalnie poprzeć kandydata, którego nazwisko jako kluczowe pada
w kontekście jakiejś afery, a te same standardy pozwalają, by zrobić to
nieoficjalnie. Skoro Karnowski startuje jako niezależny kandydat popierany nie
przez PO, lecz przez polityków PO, to dlaczego na tych samych zasadach nie
miałby wystartować Chlebowski? Mógłby on być np. niezależnym kandydatem do
Senatu w okręgu, w którym "przypadkiem" Platforma nie wystawia innego kandydata
z "głośnym nazwiskiem", który mógłby temu "niezależnemu" wejść w drogę. Wtedy
premier Tusk mógłby się nadal szczycić "wysokimi" standardami, bo chociaż
"wierzy w niewinność i dobre intencje" Chlebowskiego i go popiera, to przecież
nieoficjalnie.

Artur Kowalski

drukuj