VAT zabija gospodarkę

Rząd mógł skutecznie zawalczyć o utrzymanie zerowej stawki VAT na książki,
która obowiązuje w wielu państwach Unii Europejskiej. Brak stosownej zgody
Komisji Europejskiej to efekt szokującego nieprofesjonalizmu ekipy Donalda
Tuska, braku zaangażowania w sprawę i pozytywnego lobbingu w obronie naszych
polskich kieszeni. Rząd nie ma co liczyć na to, że nie wzrosną koszty produktów
spożywczych z powodu obniżenia VAT na żywność przetworzoną. To kolejna figura
retoryczna ekipy PO – PSL. Wzrośnie przecież wielkość podatku od towarów i usług
nałożona na paliwa i energię elektryczną, to zaś będzie miało wpływ na cenę
końcową wszystkich produktów i usług.

Kiedy 1 maja 2004 roku przystępowaliśmy do Unii Europejskiej, w ustawie o VAT
obowiązywał przepis przejściowy obniżający stawkę na książki do 0 procent. Taki
poziom VAT jest niższy niż wymagany przez dyrektywy Unii Europejskiej. W tym
zakresie Polska uzyskała tak zwaną derogację – czyli specjalne uprawnienie w
zakresie opodatkowania na innych warunkach niż przewidziane w postanowieniach
dyrektyw. Wspomniana derogacja, która była jednoznaczna z preferencjami
podatkowymi, miała obowiązywać do końca 2007 roku. Ze względu jednak na
szczególną rolę, jaką spełniają książki, przed upływem tego okresu rząd polski
wystąpił o zgodę Komisji Europejskiej na dalsze stosowanie stawki 0 proc. przy
sprzedaży książek. Uzyskaliśmy takie pozwolenie do końca bieżącego roku. Na
poziomie krajowym kwestia zerowego VAT na książki została uregulowana w
rozporządzeniu ministra finansów w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy
o podatku od towarów i usług. Zgodnie z aktualnie obowiązującym rozporządzeniem
z 24 grudnia 2009 r. (DzU nr 224, poz. 1799 ze zm.) preferencja ta wygaśnie z
końcem 2010 roku.

VAT na książki oddali walkowerem
Nasuwają się tutaj dwa pytania: czy możliwe jest dalsze stosowanie stawki 0
proc. na książki, a jeżeli nie, to jaką stawką książki mogą być objęte? Przede
wszystkim, aby stosować stawkę 0 proc., konieczne jest uzyskanie zgody UE.
Utrzymanie stawki niezgodnej z dyrektywami, bez wyrażonej we właściwej formie
zgody ze strony Komisji Europejskiej, może narazić Polskę na bardzo dotkliwe
kary finansowe. Niestety, procedura uzyskania derogacji nie jest prosta, wymaga
bowiem wprowadzenia odpowiedniego przepisu do dyrektywy UE, a to może
przeprowadzić jedynie Komisja Europejska przy akceptacji wszystkich państw
członkowskich. Trudno oczekiwać, aby stało się to w ciągu pozostałych do końca
roku 4 miesięcy.
Zgodnie z informacjami rządu występował on o taką derogację, jednak – jak czas
pokazał – nie na tyle fachowo, aby Polska ją uzyskała. Ponieważ obrót książkami
ma marginalny wpływ na konkurencję i wpływy podatkowe z VAT w krajach UE,
świadczy to albo o braku profesjonalizmu ze strony polskich władz – w
szczególności Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Spraw Zagranicznych – albo o
braku zaangażowania w złożony wniosek i braku odpowiedniego, pozytywnego
lobbingu w obronie naszych polskich kieszeni.
Można zatem pomyśleć, że wniosek ten został złożony niejako pro forma z
założeniem, że i tak odpowiedniego poparcia nie uzyska. Rozliczając gabinet
Donalda Tuska z efektów, a nie zamiarów, można pomyśleć, że rządowi markowanie
starań miało gwarantować wymówkę, iż próby zostały podjęte. Wszystko to prowadzi
do konstatacji, że dalsze opodatkowanie książek stawką 0 proc. staje się
praktycznie nierealne, mimo iż wiele krajów nie stosuje VAT na książki i Polska
również przy spełnieniu opisanych wyżej warunków mogłaby taką preferencję
utrzymać. Przepisy UE wymagają, aby książki były opodatkowane minimum stawką w
wysokości 5 procent. Wprowadzając ją nie potrzebujemy żadnej dodatkowej zgody
ani akceptacji, lecz płacimy więcej za to, co może kosztować mniej.
Należy zastanowić się nad skutkami wprowadzenia omawianego podatku. Przy
założeniu optymistycznym, że stawka będzie wynosiła 5 proc., a nie np. 7 proc.,
książka, która obecnie kosztowała 30 zł, będzie kosztowała 31,5 zł, zaś za
książkę, która kosztowała 70 zł, zapłacimy 73,5 zł. Na pierwszy rzut oka różnica
jest już widoczna, ale jeszcze akceptowalna. Niestety, tak niski wzrost cen jest
nierealny. Przede wszystkim doliczenie VAT powoduje dodatkowe koszty księgowe i
finansowe związane z rozliczaniem tego podatku. Na marginesie – VAT jest
podatkiem najbardziej skutecznym fiskalnie, ale jednocześnie najkosztowniejszym
w obsłudze.
Dodatkowo wprowadzenie wyższej stawki podatkowej zawsze powoduje (potwierdza to
szereg badań porównawczych o charakterze ekonomicznym i socjologicznym), że w
każdej fazie obrotu – od producenta, poprzez hurtownika, aż po detalistę –
poprzednia cena jest podnoszona w większym stopniu niż działo się to wcześniej.
Wynika to z akceptacji konsumentów dla podwyższenia ceny, która w
przeświadczeniu odbiorców jest podnoszona poprzez podatek, a nie jakieś
dodatkowe prowizje. Trudno jest zatem określić dokładny wzrost cen książek. W
efekcie jednak cena książek od 1 stycznia 2011 r. może wzrosnąć nawet o
kilkanaście procent. Polska Izba Druku szacuje ten wzrost na ponad 10 procent.
Odbije się to na wysokości ich sprzedaży. Rosnące ceny książek będą miały
również wpływ na poziom dostępu polskiego społeczeństwa do tej formy
przekazywania informacji, co na pewno nie przyspieszy naszego rozwoju, który
jest uzależniony od dostępu do wiedzy.

Rząd niespełnionych obietnic
Najłatwiejszym dla rządu sposobem na załatanie dziury budżetowej jest zawsze
sięgnięcie do kieszeni podatników. Wszyscy zastanawiamy się, gdzie podziała się
wizja Polski jako "zielonej wyspy" na morzu szalejącego w Europie i na całym
świecie kryzysu? Dziś widać już, że od rządu nie można uzyskać żadnych
wiarygodnych informacji o prawdziwym stanie finansów publicznych i naszej
gospodarki, ponieważ każda wiadomość, która powinna być oparta na twardych
przesłankach, jest zniekształcana na potrzeby chwili. Premier prezentuje różne
dane, w zależności od tego, kiedy i gdzie się wypowiada.
Tymczasem obciążenia fiskalne w Polsce i tak są bardzo wyśrubowane. W tym
kontekście warto zastanowić się nad tym, jak w ostatnim raporcie "Doing
business" (bada on możliwości prowadzenia działalności gospodarczej w różnych
krajach) wypada nasz kraj. Otóż w opracowaniu tym Polska jest kolejny rok
degradowana na koniec stawki za nieprzejrzysty, rozbudowany i kosztowny system
podatkowy. Omawiając konsekwencje podniesienia stawek VAT, należy się
zastanowić, na co pieniądze z poboru podwyższonych podatków będą wydatkowane.
Profesor Krzysztof Rybiński zauważył, że rzesza 40 tys. urzędników, o którą
powiększyła się w ostatnim roku polska administracja, przez rok będzie w stanie
"przejeść" pieniądze, które do budżetu państwa trafią z tytułu podniesienia
podatku VAT. Według prof. Rybińskiego, na nową "armię urzędników" polskie
państwo wyda aż 4 mld złotych. Tymczasem z wyliczeń rządu wynika, że niewiele
więcej może trafić w pierwszym roku po wprowadzeniu podwyżek VAT do budżetu.
Premier z uśmiechem oznajmił niedawno, że reform w Polsce nie będzie. A przecież
dostał tak duży mandat zaufania właśnie z powodu obietnicy ich przeprowadzenia.
Miały one polegać m.in. na obniżaniu obciążeń podatkowych. Zamiast tego dziś
rząd podnosi VAT. W dodatku zapowiedział w najbliższych latach możliwość
podnoszenia innych obciążeń fiskalnych. W efekcie wkrótce Polska może być krajem
o najwyższych stawkach VAT w Unii Europejskiej. Już dziś są one u nas bardzo
wysokie.
Zwiększanie obciążeń podatkowych w sytuacji zamrożenia płac w ogromnej części
budżetówki będzie miało wpływ na stan naszych portfeli. Wspomnijmy, że rząd
zamierza zlikwidować niektóre ulgi prorodzinne. Przedstawiciele ekipy PO – PSL
rozważają m.in. likwidację becikowego. Wiadomo już, że poważnie zredukowany
zostanie zasiłek pogrzebowy.
Warto również zwrócić uwagę na relację polskiej waluty do kursu franka
szwajcarskiego. Wielu Polaków bowiem zachęconych zapowiedziami obniżenia
podatków przez PO zdecydowało się na zaciąganie wieloletnich kredytów. Dziś w
wyniku umocnienia franka ci ludzie płacą zdecydowanie więcej.
Mimo że powoli zbliżamy się do ostatniego kwartału roku, rząd nie przedstawił
zmienionych zasad zwrotu VAT w budownictwie mieszkaniowym. Nie wiadomo, czy
zwrot ten zostanie utrzymany na dotychczasowym poziomie, podwyższony do nowej
stawki, czy wręcz ograniczony lub zniesiony. Trudno w tym zakresie oczekiwać,
aby obywatele mogli racjonalnie planować inwestycje mieszkaniowe.
Ekipa Donalda Tuska zapowiadała także obniżenie obciążeń parapodatkowych i
zlikwidowanie barier ograniczających prowadzenie działalności gospodarczej.
Skończyło się na zapowiedziach… Rządy PO sprowadzają się do łańcucha
niezrealizowanych obietnic.
W tej chwili wiemy już – taki jest przekaz rządowy – że sytuacja finansów
publicznych jest bardzo zła, nie wiemy jednak, jakie są kluczowe przyczyny tego
stanu rzeczy. Możemy się ich jedynie domyślać. Ale również przy ograniczonym
stopniu wiedzy należy się zastanowić, czy podnoszenie podatków nie okaże się
zabójcze dla naszego budżetu, gdyż wstrzyma wzrost gospodarczy i faktycznie
spowoduje zmniejszenie wpływów budżetowych. Dotychczasowe doświadczenie –
zwłaszcza w zakresie podatku akcyzowego – wskazywało, że korzystniejsze dla
wpływów budżetowych jest racjonalne zmniejszenie podatku, które pobudza obrót
gospodarczy.
Patrząc na doświadczenia innych państw oraz ich reakcję na kryzys finansowy,
należy się poważnie zastanowić nad opodatkowaniem inwestycji portfelowych i
spekulacyjnego obiegu pieniądza. Działania takie podejmują np. Brazylia czy
Niemcy. Efektem takiego opodatkowania byłyby nie tylko wpływy budżetowe, ale
przede wszystkim ograniczenie ryzyka związanego z kursem walutowym oraz atakiem
spekulacyjnym na złotówkę.
Niestety polski rząd nie wyraża żadnej woli pracy nad tymi rozwiązaniami.

Maks Kraczkowski

Autor jest prawnikiem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, wiceprzewodniczącym
sejmowej Komisji Gospodarki.

drukuj