Umowa gazowa do komisji śledcze

Zarząd PGNiG bije kolejne rekordy w manipulowaniu informacjami dotyczącymi
nowej umowy gazowej z Rosją. Należy zadać publicznie pytanie: dlaczego Zarządowi
PGNiG zależy tak bardzo na zawarciu arcyniekorzystnej dla Polski umowy gazowej? 

Szukając odpowiedzi na tak postawione pytania, warto dokonać m.in. analizy
oficjalnego oświadczenia PGNiG SA z 5 sierpnia br., wydanego w związku z
publikacją mojego artykułu w "Naszym Dzienniku", poprzez zacytowanie jego
najciekawszych fragmentów oraz ich skomentowanie. 
"Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że polska pozycja negocjacyjna była bardzo
słaba. Jako kraj nie mieliśmy technicznych możliwości zakupu gazu z żadnego
innego kierunku z wyłączeniem wschodniego. (…) Nie jest prawdą, że PGNiG SA
nie wykorzystało możliwości zakupu rosyjskiego gazu od spółek niemieckich,
ponieważ pomimo podpisanej umowy nie były one w stanie zrealizować dostaw".
Powyższa opinia PGNiG nie znajduje oparcia w faktach. Po pierwsze, w 2009 r. w
wyniku ogólnoświatowego kryzysu gazowego zapotrzebowanie na gaz ziemny w Europie
i w Polsce gwałtownie spadło. Od 2009 r. do chwili obecnej rosyjski surowiec
jest najdroższy na kontynencie – droższy od gazu norweskiego czy katarskiego.
Gazprom zanotował spadek eksportu na rynek europejski o ponad 11 proc., a
europejskie koncerny od tego czasu uzyskują znaczne zniżki w obowiązujących
kontraktach poza, niestety, polskim PGNiG. Kiedy od stycznia 2009 r. spółka
zależna od Gazpromu RosUkrEnergo przestała realizować kontrakt na dostawy do
Polski rocznie 2,3 mld m sześc. gazu, polska pozycja negocjacyjna w rozmowach
dotyczących uzupełnienia niedoboru gazu była wyjątkowo silna w porównaniu z
podobnymi sytuacjami w poprzednich latach. Ponadto Gazprom Export był winien
polskiej spółce EuRoPol Gaz SA, będącej właścicielem polskiego odcinka Gazociągu
Jamalskiego, ok. 360 mln USD za przesył surowca w poprzednich latach. Same
zobowiązania RosUkrEnergo wobec PGNiG wynosiły ok. 60 mln USD. Jeżeli polska
pozycja została osłabiona, to odpowiedzialność za ten fakt spoczywa na
wicepremierze Waldemarze Pawlaku, odpowiedzialnym za prowadzenie
polsko-rosyjskich negocjacji, oraz na zarządzie PGNiG. Rezygnacja przez
Waldemara Pawlaka w trakcie negocjacji z dochodzenia przez EuRoPol Gaz ww.
roszczeń oscylujących wokół 1 mld złotych (sic!) i rezygnacja PGNiG z żądania 60
mln USD odszkodowania od spółki Gazpromu RosUkrEnergo sama w sobie jest
niebywałym "posunięciem negocjacyjnym" i skandalem, który na pewno będzie w
przyszłości przedmiotem badania sejmowej komisji śledczej. Jest oczywiste, że
PGNiG nie stać na rezygnację lekką ręką z milionów dolarów, które potrzebne są
na kosztowne krajowe inwestycje infrastrukturalne. Po drugie, Polska
rzeczywiście wciąż nie ma – na skutek 3-letnich zaniechań rządu PO – PSL –
możliwości zakupu gazu ziemnego z innego kierunku niż wschodni, lecz ma
techniczną możliwość zakupu surowca od innego dostawcy niż Gazprom. Problem
polega na tym, że ani premier Donald Tusk, ani minister spraw zagranicznych
Radosław Sikorski – nie wspominając Waldemara Pawlaka, który miał i ma ogromny
problem zdefiniowania swojej roli w rozmowach i wyboru, czy działa w interesie
Rzeczypospolitej, czy Gazpromu – nie chcą z tej możliwości skorzystać. Politycy
Platformy Obywatelskiej nie zrobili kompletnie nic, aby umożliwić zakup na
terenie Polski przez PGNiG rosyjskiego gazu ziemnego od np. niemieckiej spółki
przesyłającej surowiec polskim odcinkiem Gazociągu Jamalskiego lub umożliwić
przesył zakupionego od zachodnich spółek gazu z kierunku ukraińskiego, działając
tym samym na korzyść Gazpromu, wbrew gospodarczym interesom państwa. W sytuacji
realnego zagrożenia bezpieczeństwa energetycznego państwa polski premier uchyla
się od działania i podjęcia próby rozwiązania tego problemu na drodze
bilateralnych rozmów z kanclerz Angelą Merkel. Rozwiązanie problemu sprowadza
się do zmiany sytuacji, w której kupiony przez Niemców rosyjski gaz staje się
własnością niemieckiej spółki dopiero na granicy polsko-niemieckiej, a nie na
granicy polsko-białoruskiej. Dzięki temu PGNiG mógłby kupić brakujący gaz na
terenie Polski lub z kierunku ukraińskiego od np. niemieckiej czy francuskiej
spółki. 
"Brak tych możliwości wynikał m.in. z wstrzymania przez rząd premiera Jarosława
Kaczyńskiego realizacji projektów infrastrukturalnych mających połączyć polski
system gazowy z systemami krajów ościennych. Do tych planów powrócił dopiero
rząd PO – PSL".
Nie jest dobrym pomysłem, aby giełdowa spółka wykorzystywana była do prowadzenia
brudnej i agresywnej gry politycznej. Powyższy zarzut jest tak absurdalny, że
trudno go skomentować, skoro nawet Donald Tusk w swoim exposé docenił
zaangażowanie rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego na rzecz bezpieczeństwa
energetycznego Polski. A fakty są takie, że to właśnie rząd premiera
Kaczyńskiego sformalizował realizowany od początków rządów Prawa i
Sprawiedliwości program dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego do Polski w formie
dokumentu z marca 2007 roku "Polityka dla przemysłu gazu ziemnego". Dokument ten
jest "mapą drogową" polskiej dywersyfikacji i stworzenia konkurencyjnego rynku
gazu poprzez m.in. budowę terminalu LNG w Świnoujściu i gazociągu Baltic Pipe
łączącego polski i duński system przesyłowy. Minister gospodarki Waldemar
Pawlak, gorący zwolennik kilkudziesięcioletniego porozumienia z Gazpromem, chce
możliwie jak najszybciej, aby ten plan określający uniezależnienia się od
rosyjskiego monopolu przestał obowiązywać. Stawianie takich zarzutów premierowi
Kaczyńskiemu, dzięki któremu ruszyła budowa terminalu LNG w Świnoujściu, PGNiG w
2007 r. zakupił złoża gazu ziemnego w Norwegii czy ruszył na nowo projekt Baltic
Pipe, wykracza poza granice dobrego smaku i naraża autorów na zwykłą śmieszność.
Tym bardziej że to właśnie rząd PO – PSL, który przez ponad rok swojego
działania opóźniał kontynuowanie projektu gazoportu i zaniechał całkowicie
budowy gazociągu Baltic Pipe, faktycznie stara się wrócić do konkurencyjnego
wobec polskich planów uniezależnienia się od rosyjskiego surowca projektu z
czasów rządów Leszka Millera, tj. połączenia gazowego koło Szczecina. Projekt
ten w istocie jest niczym innym jak podłączeniem się do Nord Stream. Publiczne
przyznawanie się do tego jest sprzeczne z polską racją stanu. 
"Efektywna realizacja założeń polityki energetycznej Polski wymaga
zagwarantowania długoterminowej pewności dostaw podstawowych surowców
energetycznych, m.in. gazu. W tym kontekście zawarcie długoterminowego kontraktu
na dostawy gazu bezpośrednio z producentem jest absolutnie kluczowe. Tego typu
działania są powszechną praktyką rynkową, a podobne umowy zawarły z Gazpromem
już wcześniej inne firmy europejskie, takie jak np. włoska ENI do 2035 roku,
niemieckie: E.ON do 2035, VNG do 2031 roku".
Manipulacja PGNiG polega na tym, że wynegocjowana polsko-rosyjska umowa jest
niczym innym jak aneksem do "Porozumienia między Rządem Rzeczypospolitej
Polskiej a Rządem Federacji Rosyjskiej o budowie systemu gazociągów dla tranzytu
gazu rosyjskiego przez terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i dostawach gazu
rosyjskiego do Rzeczypospolitej Polskiej z dn. 25 sierpnia 1993 roku". Jak sama
nazwa wskazuje, mowa tu o porozumieniu politycznym, a nie biznesowym, których
niemieckie i włoskie przykłady w swoim oświadczeniu wymienia PGNiG. Innymi słowy
– to Polska jako państwo zobowiązuje się do odbioru do 2037 r. ogromnych ilości
gazu ziemnego z Rosji i kłamstwem jest twierdzenie, że powszechną praktyką
rynkową jest zawieranie podobnych porozumień na szczeblu rządowym w Europie.
Takie praktyki są rzeczywiście stosowane, ale… na obszarze postsowieckim,
szczególnie w azjatyckiej części. Ani rząd niemiecki, ani rząd włoski nie zawarł
żadnego międzyrządowego porozumienia z Kremlem na dostawy gazu! Jeżeli PGNiG
chce zawierać umowy długoterminowe, niech czyni to na własny rachunek, jako
spółka prawa handlowego rozliczana ze swojej działalności przez ministra Skarbu
Państwa, a nie na rachunek Rzeczypospolitej i Polaków. W tym przypadku rząd
Donalda Tuska chce jednak jak za dawnych czasów Rady Wzajemnej Pomocy
Gospodarczej, by to państwo było gwarantem dostaw surowców energetycznych i by
Polacy słono płacili za drogi rosyjski gaz w formule korzystnego dla Gazpromu
kontraktu wynegocjowanego przy zielonym stoliczku. Zawieranie umów
międzyrządowych dotyczących dostaw surowców energetycznych jest absolutnym
substandardem w Unii Europejskiej. Podobno najbardziej liberalna i wolnorynkowa
partia w Polsce, jaką rzekomo jest Platforma Obywatelska, forsuje najbardziej
antyliberalny i w istocie korupcyjny model zawierania wielomiliardowych
kontraktów energetycznych przez urzędników ponad głowami obywateli. 
"Z punktu widzenia gwarancji pewności dostaw istotne jest, że gaz będziemy
kupować od producenta, bo jak pokazały wydarzenia stycznia 2009 roku, błędna
decyzja z 2006 roku, akceptowana przez ówczesnego ministra Skarbu Państwa w
rządzie PiS – Samoobrona – LPR, o zawarciu kontraktu z pośrednikiem spowodowała
niedobór gazu na rynku polskim w 2009 roku".
Po pierwsze, niedobór gazu w 2006 r. spowodowany był fatalnym w skutkach aneksem
wicepremiera Marka Pola do umowy jamalskiej z 2003 roku. Innymi słowy – nie
byłoby problemu roku 2006 czy 2009, gdyby nie stworzenie sytuacji, w której
powstała tzw. dziura kontraktowa na skutek fatalnie przeprowadzonych negocjacji
przez rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Warto podkreślić, że w tych
negocjacjach w tle aktywny był obecny wiceprezes zarządu PGNiG ds. strategii
Radosław Dudziński – w tamtym czasie dyrektor ds. strategii w PGNiG.
Przygotowywane przez niego analizy były m.in. podstawą uzasadniania
podejmowanych złych decyzji politycznych. Warto zadać pytanie o wiarygodność i
profesjonalizm Dudzińskiego, który dziś również współodpowiada za prowadzone ze
stroną rosyjską negocjacje, tym bardziej że w dalszej części oświadczenia PGNiG
czytamy opinie, za które bezpośrednio Dudziński jest w spółce odpowiedzialny. Po
drugie, szantaż energetyczny Gazpromu z roku 2006 oraz sam fakt przerwania
dostaw do Polski w styczniu 2009 r. przez spółkę zależną od rosyjskiego
monopolisty RosUkrEnergo są najjaśniejszymi dowodami na wykorzystywanie przez
Kreml gazu ziemnego w bieżącej polityce. Fakty te zadają również kłam
twierdzeniu, że Gazprom jest stabilnym dostawcą surowca. Nazywanie szantażu
energetycznego Gazpromu z 2006 r. "błędną decyzją" i sugerowanie zaistnienia w
tamtym czasie sytuacji swobodnego wyboru dostawcy gazu jest po prostu kuriozalne
i sprzeczne z historycznymi faktami. Podstawowym warunkiem negocjacyjnym
Gazpromu uzupełnienia w 2006 r. niedoboru gazu było zawarcie przez PGNiG
kontraktu z podstawionym i wskazanym przez Gazprom pośrednikiem, czyli ze spółką
RosUkrEnergo. Polski wybór sprowadzał się tylko i wyłącznie do akceptacji albo
odrzucenia propozycji Gazpromu. Innej możliwości nie było. Pamiętajmy, że
zaniechanie budowy przez SLD gazociągu Baltic Pipe, którym od 2004 r. miało
płynąć 3 mld m sześc. gazu z Norwegii do Polski, oraz podpisanie fatalnego w
skutkach aneksu do umowy jamalskiej w 2003 r. leżało u podstaw tego szantażu.
Rząd w 2006 r. został szantażem zmuszony do zmiany formuły cenowej w kontrakcie
jamalskim, natomiast rząd PO – PSL w 2010 r. – w o niebo lepszej sytuacji
negocjacyjnej przy całkowicie zmienionym rynku gazowym – nie tylko przedłuża
obowiązywanie tego kontraktu o 15 lat, zwiększa wolumen odbieranego z niego
gazu, ale także oddaje faktyczną kontrolę nad Gazociągiem Jamalskim Kremlowi,
rezygnuje z milionów dolarów należnych PGNiG oraz wzmacnia o kilkadziesiąt lat
dominującą pozycję Gazpromu w Polsce. To jest klęska negocjacyjna. 
"Z prowadzanych analiz wynika, iż w perspektywie 5-10 lat zużycie gazu w Polsce
wzrośnie o ok. 20% – 30%. Obecnie zużycie gazu w Polsce na jednego mieszkańca
jest trzykrotnie niższe niż w krajach zachodniej Europy. Zgodnie ze strategią
rozwoju PGNiG SA do 2015 roku planuje się zwiększyć sprzedaż gazu do poziomu ok.
17- 18 mld m sześc.".
Wystarczy tylko porównać ww. dane z danymi rządowego dokumentu "Polityka
energetyczna Polski do 2030 r." zatwierdzonego przez rząd PO – PSL 10 listopada
2009 roku. W dokumencie tym czytamy, że w 2015 r. zużycie gazu ziemnego w Polsce
wyniesie maksymalnie 15,4 mld m sześc., co jest prognozą mniejszą od prognozy
wiceprezesa Dudzińskiego o 1,6-2,6 mld m sześciennych. Śrubowanie przez PGNiG
prognoz zużycia gazu, choć w 2009 r. w wyniku kryzysu o prawie 1 mld m sześc.
zużycie surowca w Polsce spadło, ma na celu z jednej strony uzasadnienie
oczywistego przekontraktowania rosyjskiego gazu w ramach nowej polsko-rosyjskiej
umowy gazowej. Z drugiej strony zaś uniemożliwić od 2014 r. polskim odbiorcom
zakup o kilkadziesiąt procent tańszego gazu importowanego poprzez terminal do
odbioru gazu skroplonego w Świnoujściu. 
"Nowe porozumienie zakłada obniżenie ceny gazu w kontrakcie na dostawy gazu o
ok. 1,5 proc. przez okres 5 lat, Szacunkowa wartość upustu na ceny gazu w nowym
kontrakcie uzyskana przez polskich negocjatorów wyniesie ok. 250-280 mln USD,
czyli ok. 750-840 mln złotych. Ponadto w kontrakcie nadal będzie obowiązywać
możliwość renegocjacji ceny gazu i z tego zapisu PGNiG SA zamierza korzystać". 
Ilość zakontraktowanego gazu w nowej umowie gazowej wynosi od 2010 do 2037 r.
ok. 285 mld m sześciennych. Wynegocjowany przez rząd PO – PSL mechanizm
obniżający cenę dotyczy tylko 15 proc. gazu zakontraktowanego i tylko przez 5
lat. Przy zakontraktowanych 10,25 mld m sześc. rocznie daje to ok. 1,5 mld m
sześc. na rok, czyli "upust" może objąć maksymalnie ok. 7,5 mld m sześc. przez 5
lat. Dodatkowo upust będzie miał zastosowanie tylko do surowca zakupionego ponad
wielkość 8,7 mld m sześc. Warunkiem zakupu gazu tańszego jest najpierw zakup
rocznie 8,7 mld m sześc. gazu droższego. Za pozostałe dostawy będziemy płacić do
2037 roku cenę na niekorzystnych od 2006 r. warunkach, które przecież Waldemar
Pawlak publicznie tak krytykuje. W 2006 r. Polska została szantażem zmuszona do
zawarcia kontraktu z podstawioną przez Gazprom spółką RosUkrEnergo przy
jednoczesnym podwyższeniu ceny gazu w kontrakcie jamalskim o 10 pkt
procentowych. Wydłużenie na wniosek Waldemara Pawlaka obowiązywania kontraktu
jamalskiego o 15 lat – z 2022 r. do 2037 r., oraz zwiększenie ilości odbieranego
z tego kontraktu gazu oznacza, że Polacy będą płacić za większą ilość
rosyjskiego gazu i przez 15 lat dłużej według formuły cenowej z 2006 roku.
Pierwsze, o co należy zapytać pytaniem Waldemara Pawlaka, jeśli stanąłby on w
przyszłości przed sejmową komisją śledczą ds. umowy gazowej, to czym kierował
się, składając propozycję wydłużenia o 15 lat kontraktu jamalskiego. Nawet
Rosjanom nie przyszło do głowy, że Polacy zechcą o kilkanaście lat wydłużyć
obowiązywanie tak niekorzystnej umowy gazowej. Taki ruch jest arcyniekorzystny
dla kieszeni Polaków i arcykorzystny dla Gazpromu. Między bajki należy włożyć
deklarację, że PGNiG zamierza w przyszłości korzystać z prawa renegocjacji ceny
gazu z Rosjanami, ponieważ nie jest znany w polsko-rosyjskich negocjacjach
gazowych przykład obniżenia przez stronę rosyjską ceny gazu. Klauzula o
możliwości renegocjacji ceny gazu co trzy lata w kontrakcie jamalskim istnieje
od samego początku. Pojawia się pytanie, dlaczego z tego prawa członkowie
Zarządu PGNiG w osobach: Radosław Dudziński, Michał Szubski i Mirosław Dobrut,
nie skorzystali podczas negocjacji. Zarząd PGNiG miał dużo bardziej korzystną
sytuację do obniżek, niż miało to miejsce w 2006 roku. Inne koncerny zachodnie
natychmiast wykorzystały zmiany na rynku i uzyskały upusty w ramach rozmów
handlowych bez udziału ich rządów. Kompletnie niezrozumiałe jest z jednej strony
krytykowanie działań rządu z 2006 r., na którym pod wpływem szantażu Gazprom
wymógł podwyżkę ceny gazu w kontrakcie jamalskim, a z drugiej powiększanie
kontraktu jamalskiego o kolejne kilka miliardów metrów sześciennych gazu i
wydłużanie jego obowiązywania o 15 lat przy niezmienionej, niekorzystnej formule
cenowej. Logicznie nie do uzasadnienia jest bronienie przez PGNiG postanowień
nowej umowy gazowej szczególnie w tym właśnie punkcie, który dotyczy zwiększenia
i wydłużenia obowiązywania kontraktu jamalskiego, za co zapłacą miliardy dolarów
wszyscy Polacy. 
Kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się wokół polsko-rosyjskiej umowy
gazowej, obecnie jest właśnie odpowiedź na pytanie: komu i dlaczego zależy na
tym, by Polacy płacili więcej i dłużej za rosyjski gaz.

Janusz Kowalski

Autor był członkiem Zespołu ds. Bezpieczeństwa Energetycznego w Kancelarii
Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

drukuj