Do ideału nam daleko

Z Andrzejem Maciejewskim z Instytutu Sobieskiego rozmawia Marta Ziarnik

Jak Pan ocenia zaproszenie ministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja
Ławrowa na spotkanie z polskimi ambasadorami?

– Na pewno fakt obecności ministra Ławrowa na tak ważnym wydarzeniu, jakim jest
spotkanie ambasadorów (tzw. odprawa ambasadorska), jest dużym wyróżnieniem.
Musimy pamiętać, że to specyficzne spotkanie, podczas którego w gronie
ambasadorów i w towarzystwie ministra spraw zagranicznych rozmawia się o
bieżących problemach poszczególnych placówek oraz o sprawach kluczowych dla
polskiej polityki zagranicznej. Fakt zaproszenia Ławrowa jest na pewno ciekawy i
zaskakujący, jeżeli uznamy, że ta forma została skonstruowana tak, by z nim
porozmawiać – w kręgu dyplomatycznym – na temat szans budowania polskiej
polityki wschodniej. Nie chce mi się wierzyć, że polscy ambasadorzy mówią tam o
założeniach naszej polityki zagranicznej. Z drugiej strony mam wątpliwości, czy
nie byłoby innej, lepszej płaszczyzny tego spotkania.

Na przykład?
– Zorganizowanie spotkania z rosyjskim ministrem, np. w Polskim Instytucie Spraw
Międzynarodowych czy w Ośrodku Studiów Wschodnich. Tam można by przeprowadzić
specjalne rozmowy, w których mogliby wystąpić i minister Ławrow, i minister
Radosław Sikorski i wspólnie o takich kwestiach podyskutować w ramach panelu
eksperckiego. Chciałbym jeszcze zauważyć, że to wczorajsze zaproszenie jest też
pewnie zaskoczeniem dla samego gościa, a z drugiej strony to pewien gest.
Polityka zagraniczna opiera się przecież na gestach, a ten świadczy o tym, że
jesteśmy otwarci i że zapraszamy do bliższych relacji i kontaktów. Tak bym to
odczytywał i rozumiał na obecnym etapie.

Jak Pan skomentuje przebieg spotkania obu ministrów i deklaracje, które
podczas niego się pojawiły?

– Na dobrą sprawę oba wystąpienia ministrów spraw zagranicznych Polski i Rosji
są wzorowymi wystąpieniami dyplomatycznymi, jakich uczą się kandydaci w szkołach
dyplomacji. Ich wypowiedzi mają być bardzo ogólne, bardzo ciepłe i życzliwe, a
jednocześnie skonstruowane tak, by naprawdę nic nie powiedzieć. Obaj ministrowie
wykazali się skutecznością, pamiętajmy bowiem o tym, że spotkania ministrów
spraw zagranicznych zawsze są pewnym ogólnikiem. Pewne problemy są sondowane, są
sprawdzane odczucia i ewentualnie jakieś wstępne deklaracje. Dopiero na dalszym
etapie następuje jakby zejście na niższy poziom, czyli na problemy
poszczególnych ministerstw. A zatem tutaj musi jeszcze nastąpić zejście na
szczeble ministerialne. Wówczas dopiero zobaczymy, jak te wszystkie deklaracje i
obietnice faktycznie zadziałają i jakie będą konkrety.

Platforma Obywatelska twierdzi, że to spotkanie stanowi kolejny krok na
drodze do polepszenia relacji z Rosją. Ale czy o takie "polepszenie" powinniśmy
zabiegać?

– Polityka zagraniczna to jest teatr: m.in. słów, gestów, strojów, okoliczności
i miejsca spotkania. Scena, na której pokazuje się, że jesteśmy otwarci. I jak
już powiedziałem, jest to na razie jeszcze bardziej wizerunkowe i powinno być
odbierane jako element miły do przyjęcia dla świata i Unii Europejskiej, że
Polska chce wyjść ze schematu "czarnego luda", którym się straszy w Unii, gdy
chodzi o kontakty z Rosją. Bez wątpienia Polska i Rosja są na siebie skazane.
Jesteśmy ważnymi sąsiadami. Z jednej strony Rosja jest dużym, liczącym się
graczem na arenie międzynarodowej, a także w polityce militarnej i gospodarczej.
My zaś jesteśmy ważnym państwem w Europie Środkowo-Wschodniej, a także w Unii
Europejskiej i NATO, z którym Rosja – czy jej się to podoba, czy nie – musi
prowadzić dialog, a z drugiej strony – które Rosja musi szanować.

A jak rzeczywiście przedstawiają się na chwilę obecną nasze relacje z Rosją?
– Do ideału w relacjach polsko-rosyjskich nam daleko. Mówimy obecnie o pewnej
próbie budowania pozytywnego wizerunku w tej teatralnej grze, i to jest
pozytywne. Pewne umizgi w polityce zagranicznej są mile widziane. Ale z drugiej
strony muszą za tym pójść konkrety. U nas ciągle jeszcze ich brakuje.

Gdzie zatem tkwi istota problemu w tych relacjach?
– Polega ona na tym, że obie strony z góry założyły, iż problemy są punktem
wyjścia w naszych relacjach. Nie tędy droga. A gdzie jest przyszłość? Na dobrą
sprawę te problemy zaczęłyby się zmniejszać, gdyby było więcej otwartości z obu
stron (teraz zwłaszcza ze strony rosyjskiej) i nastąpiłyby faktyczne przełomy.
Mówię tutaj m.in. o odtajnieniu archiwów katyńskich itp.

Chodzi zatem także o naszą zbytnią uległość wobec Rosji. Wpisuje się w to
również wypowiedź prezydenta Komorowskiego podczas wizyty w Brukseli, kiedy
powiedział, że powinniśmy przymknąć oko na Nord Stream…

– To świadczy o tym, że na chwilę obecną mamy rozgrzebaną sprawę Gazoportu. Ta
kwestia obecnie umyka, ponieważ grozi się nam już karami za kwestie ekologiczne
i na dobrą sprawę się okaże, że port w Świnoujściu w ogóle nie ma racji bytu.
Coś, co było już stworzone dawno, dawno temu, ta idea Gazoportu ze względów
politycznych była blokowana i izolowana. I dzisiaj, kiedy trzeba ją szybko
reaktywować i odbudować, okazuje się, że mamy coraz mniej argumentów. Mówimy o
Gazociągu Północnym, który już powstaje, a z drugiej strony ktoś próbuje ukrócić
sprawę Gazoportu. Podobnie wygląda kwestia mostu energetycznego z Litwą. Na
dzisiaj powinniśmy być bardzo zainteresowani tym, aby most powstał i żeby do
budowy Ignalina II faktycznie doszło oraz aby Polska miała w tym swój udział.
Tymczasem dajemy się znów rozbijać z tą dziwną inwestycją na terenie obwodu
kaliningradzkiego. A stronie rosyjskiej chodzi o to, aby autentycznie wsadzić
kij między stronę polską i litewską. Bo jeżeli nam się proponuje udział w
elektrowni na terenie obwodu kaliningradzkiego, a to jest niespełna 2 mln ludzi,
to oznacza, że jest to za mała liczba ludności, jak na taką elektrownię. Zatem
trzeba będzie surowiec sprzedawać do państw bałtyckich, w tym na Litwę i do
Polski. Tworzy się więc coś tylko po to, aby zablokować rozbudowę Ignaliny.
Dajemy się w takie rozgrywki wplątywać. Tymczasem to świadczy tylko o tym, że
nie mamy pomysłu na "patrzenie na Wschód". W polskiej polityce wschodniej
zachowujemy się zachowawczo, wręcz dryfujemy, i to bez kapitana. Wypowiedź
prezydenta jest jedynie dowodem na to, że nie mamy innego pomysłu.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj