Stoczniowiec – pracownik niechciany
Półtora roku od zakończenia działalności Stoczni Szczecińskiej Nowa Sp. z
o.o. wielu jej pracowników wciąż nie ma pracy, a dla niektórych właśnie teraz,
gdy kończą się pieniądze z odprawy i zasiłku dla bezrobotnych, zaczyna się
trudny czas. Wielu z nich zastanawia się: co będzie dalej i dlaczego sądy nie
zgadzają się na próbę reanimacji produkcji w stoczni, która zatrudniała ponad 4
tysiące ludzi i dawała pracę kilkudziesięciu tysiącom innych w zakładach
kooperujących z nią.
Z doprowadzonej do upadłości przez polityczną decyzję Komisji Europejskiej i
politykę rządu Donalda Tuska stoczni szczecińskiej od 2009 r. zwolniono prawie 4
tysiące pracowników. Ponad 3,5 tysiąca z nich wzięło udział w Programie Zwolnień
Monitorowanych. Przewidywał on m.in. doradztwo w poszukiwaniu pracy i pomoc w
jej znalezieniu oraz szkolenia zawodowe. Zwolnionym pracownikom wypłacono też
odprawy, które oczywiście nie mogły wystarczyć na długo, jeśli nie udało im się
wcześniej znaleźć pracy lub założyć działalności gospodarczej.
– Jestem zarejestrowany jako bezrobotny. Niedługo skończą się pieniądze, nie
wiem, co będzie dalej – przyznaje Jan Janiec, były stoczniowiec, dodając, że ma
jeszcze syna na utrzymaniu, który wkrótce rozpoczyna studia.
Zastrzega, że wcale nie próżnuje. – Przeszedłem dwa kursy zawodowe – podstawowej
obsługi komputera i montera instalacji wodno-kanalizacyjnej – wskazuje. Mimo to
– jak mówi – nie może znaleźć pracy ani w branży stoczniowej, ani w dziedzinach,
w których nabył nowych umiejętności. Zaznacza, że trudno też zakładać
działalność gospodarczą w dziedzinie, w której dopiero co został przeszkolony.
Założyć firmę na rynku zdziesiątkowanym przez kryzys?
Taką decyzję podjęło tylko 44 zwolnionych pracowników stoczni w ramach Programu
Zwolnień Monitorowanych. Jednym z nich był mąż pracownicy stoczni, zatrudnionej
obecnie przy zabezpieczeniu jej majątku, która zastrzega sobie anonimowość.
– Jeszcze pracuję na terenie stoczni, ale mam umowę tylko do końca roku – mówi.
Co potem? Spodziewa się, że również straci pracę, a wtedy albo będzie szukać
nowej, albo będzie pomagać mężowi w prowadzeniu warsztatu samochodowego, który
otworzył, wykorzystując zarówno pieniądze z odprawy, jak i środki z funduszy
Unii Europejskiej z programu "Kapitał ludzki".
Jednak mało który z pracowników stoczni odważył się na taki krok. Wymaga on
bowiem pewnego doświadczenia i wiedzy w innej branży niż stoczniowa, w której ci
ludzie przepracowali zwykle kilkadziesiąt lat. W dodatku – jak zaznacza Jan
Janiec – konkurencja jest teraz bardzo duża, więc niełatwo jest się przebić z
firmą zaczynającą od zera, tym bardziej że światowy kryzys gospodarczy dał się
odczuć w woj. zachodniopomorskim.
Żonglowanie pracownikami
Stąd też większość pracowników szuka pracy etatowej. Wielu znalazło ją
samodzielnie, nie korzystając z pomocy urzędów pracy. Jednak ponad połowa
skorzystała z pomocy publicznej w jej poszukiwaniu.
Od początku 2009 r. 2053 zwolnionych pracowników stoczni szczecińskiej
zarejestrowało się w powiatowych urzędach pracy na terenie województwa
zachodniopomorskiego. Z danych wojewódzkiego urzędu pracy wynika też, że spośród
zarejestrowanych pracowników upadłej stoczni 1180 osób podjęło pracę lub
rozpoczęło działalność gospodarczą (44 osoby).
Według stanu na koniec lipca br. w powiatowych urzędach pracy na terenie
województwa zachodniopomorskiego zarejestrowanych było wciąż 765 (ponad 19
proc.) zwolnionych pracowników Stoczni Szczecińskiej Nowa Sp. z o.o. i objętych
PZM. Większość z nich – 542 osoby – to mieszkańcy Szczecina. To mniej niż 1
proc. wszystkich osób bez pracy w województwie, w którym poziom bezrobocia wciąż
przekracza 15 proc. (w samym Szczecinie 8,7 proc.). Jest to znacznie wyższy
poziom, niż wynosi średnia krajowa.
Jednak niektórzy byli pracownicy stoczni uważają, że te oficjalne dane o liczbie
pracowników stoczni pozostających realnie bez pracy nie oddają rzeczywistości. –
Wiele osób otrzymało pracę na 2-3 miesiące, po czym byli zwalniani, a pracodawca
zatrudniał na tej samej zasadzie następnych… – relacjonuje były pracownik
stoczni z dyplomem inżyniera, związany z biurem przygotowania produkcji statków,
który nie chce ujawniać swoich danych osobowych. – Czy statystyki to ujmują? –
pyta retorycznie.
Dlatego właśnie ludzie ci nie rejestrowali się jako bezrobotni, bo szybko
podejmowali następną pracę, ale niekiedy równie szybko byli z niej zwalniani.
Poza tym część pracowników znalazła pracę za granicą. Brakuje jednak dokładnych
danych na ten temat.
Bo są ze stoczni?
Co prawda z danych wojewódzkiego urzędu pracy wynika, że na terenie województwa
jest wiele ofert pracy. "W okresie od stycznia do czerwca 2010 roku liczba
wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji zawodowej na obszarze województwa
zachodniopomorskiego, zgłoszona do Powiatowych Urzędów Pracy, wynosiła 29 917" –
pisze w swojej analizie WUP. Problem w tym, że zarejestrowanych bezrobotnych
jest w województwie ponad trzy razy więcej…
W dodatku, jak zwracają uwagę stoczniowcy, często są to oferty zatrudnienia na
niezbyt atrakcyjnych warunkach. – Zwolnieni stoczniowcy często otrzymują
propozycję wynagrodzenia na poziomie minimum krajowego [1317 zł brutto – red.] –
tłumaczy Krzysztof Grodzki, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji
Związkowej "Stoczniowiec". Sami pracownicy tłumaczą, że za takie pieniądze
trudno się utrzymać. – Pracodawcy wykorzystują sytuację w kraju, a zwłaszcza w
regionie, gdzie nie ma pracy. Wszystkie największe zakłady padły. Trudności
przeżywają obecnie także stocznia remontowa Gryfia i zakłady azotowe w Policach
[znajdują się w czołówce największych obecnie pracodawców w województwie – red.]
– tłumaczy powody oferowanych niskich płac szef "Stoczniowca".
Problem obrazuje historia wspomnianego wyżej inżyniera ze stoczni szczecińskiej.
– Zostałem zwolniony w maju ubiegłego roku. Przez 11 miesięcy szukałem pracy –
opowiada. W końcu znalazł zatrudnienie… 400 km od rodzinnego Szczecina. W
efekcie przez większość tygodnia pracuje poza domem, do którego wraca na sobotę
i niedzielę, co odbija się oczywiście na życiu rodzinnym. Na dodatek pracę
znalazł w całkowicie innej branży… spożywczej. – Musiałem się nauczyć całkiem
nowych rzeczy. Nie jest to takie złe, bo poznałem zasady kierowania grupą
pracowników. Ale w ogóle nie zajmuję się już sprawami technicznymi. Coraz
bardziej odchodzę od tych tematów – zaznacza. Przyznaje, że obecnie ma już umowę
na czas nieokreślony, ale na gorszych warunkach… – Otrzymuję niższe
wynagrodzenie niż w stoczni – przyznaje.
Z kolei Krzysztof Grodzki wskazuje na jeszcze inny problem, który – jak zaznacza
– również stanowi barierę w zatrudnieniu. – Pracodawcy nie chcą zatrudniać
stoczniowców – mówi wprost działacz związkowy. Dlaczego? Zastrzegająca
anonimowość była pracowniczka stoczni szczecińskiej, zatrudniona obecnie na jej
terenie, mówi wprost, że obawiają się, że stoczniowcy będą walczyć o prawa
pracownicze, zakładając związki zawodowe również w prywatnych firmach.
"Za starzy" do pracy?
Jedną z największych barier w znalezieniu pracy jest jednak często… wiek
zwolnionych pracowników stoczni. Z danych WUP wynika, że prawie 32 proc.
zwolnionych pracowników stoczni to osoby w wieku 45-54 lata. Pracodawcy
niechętnie zatrudniają takie osoby, obawiając się, że z powodu wieku będą mniej
wydajni i będą częściej chorować.
– Najgorsza jest sytuacja osób w wieku 50+, a nawet 45+ – mówi wprost Krzysztof
Grodzki. Osoby te bowiem niechętnie są przyjmowane do pracy, a jednocześnie nie
przysługują im jeszcze świadczenia emerytalne. Chcąc zachować ciągłość pracy,
najczęściej wybierają tylko legalne zatrudnienie.
Kolejny problem wiąże się z wykształceniem osób poszukujących pracy. Prawie
połowa zwolnionych pracowników stoczni to osoby z wykształceniem zawodowym.
Takim pracownikom, zwłaszcza w wieku ok. 50 lat, trudniej jest uczyć się
całkowicie nowego zawodu.
Reakcja łańcuchowa
Pani Krystyna Fręch zwraca z kolei uwagę, że w jeszcze gorszej sytuacji od
stoczniowców są osoby zwolnione z przedsiębiorstw pracujących dla stoczni. Pani
Krystyna była zatrudniona w firmie Porta Transport świadczącej usługi
transportowe dla szczecińskiej stoczni. Po jej upadku przeżywająca problemy
Porta Transport zwolniła panią Krystynę. A w związku z tym, że wcześniej
przedsiębiorstwo zostało przejęte przez firmę prywatną, pracownikom zwalnianym z
Porty Transport nie przyznano odpraw.
– Byliśmy najbardziej pokrzywdzoną grupą zawodową – mówi z żalem w głosie. –
Boli mnie to, że przedstawiciele rządu obiecali, że my również będziemy objęci
specustawą stoczniową i programami osłonowymi, a nie dotrzymali słowa. Jak mówi,
czuje się oszukana tym bardziej, że była działaczem związkowym i nie z własnej
winy zawiodła zaufanie innych pracowników.
Dziś jest bezrobotna. Także ona narzeka, że bardzo trudno jest znaleźć pracę.
Właśnie skończył się jej zasiłek. Teraz jest wraz z córką na utrzymaniu męża
pracującego, na szczęście, w firmie bezpośrednio niezależnej od szczecińskiej
stoczni.
Niektórzy miejscowi politycy zwracają uwagę, że upadek stoczni wywołał swoistą
reakcję łańcuchową, pogarszając nie tylko sytuację firm kooperujących z nią, ale
także tych, które nie były z nią związane, poprzez spadek koniunktury. –
Pogarsza się sytuacja gospodarcza. Rosną zatory płatnicze między firmami. Wiele
prywatnych przedsiębiorstw upada, i to nie tylko tych wyspecjalizowanych, które
kooperowały ze stocznią, ale także biznesów rodzinnych – małych sklepików,
zakładów fryzjerskich itd. – tłumaczy senator Krzysztof Zaremba ze Szczecina,
były polityk Platformy Obywatelskiej, który z powodu nieudolnej polityki
obecnego rządu wobec polskich stoczni rzucił legitymację partyjną. – W miejsce
stoczni nie pojawiła się żadna inna inwestycja. A rządowe plany to tylko
propaganda, jak chociażby utworzenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej – podkreśla.
– Powstają małe zakłady – salony fryzjerskie, kosmetyczne itd., ale to wszystko
są miejsca pracy uzależnione od klienta z zagranicy, czyli z pobliskich Niemiec
– dodaje Krzysztof Grodzki, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji
Związkowej "Stoczniowiec", działającej nadal mimo upadku stoczni szczecińskiej.
W dodatku takie zakłady nie wymagają dużego zatrudnienia, więc nie mogą istotnie
wpłynąć na obniżenie rzeszy poszukujących pracy, których w Zachodniopomorskiem
jest blisko 100 tysięcy.
Desperacja
Problemy ze znalezieniem pracy sprawiły, że część zwolnionych pracowników
stoczni popadła w depresję. Jeden z byłych pracowników opowiada, że słyszał o
osobie, która po zwolnieniu ze stoczni załamała się psychicznie i zmarła. –
Rozchorował się i po prostu odmówił pomocy lekarza. Napisał nawet list, w którym
to zaznaczył – opowiada.
Wielu zwolnionych pracowników zwraca uwagę, że nawet u osób, które znalazły
pracę, widać zniechęcenie, ponieważ otrzymały wynagrodzenie znacznie niższe od
tego, które dostawały w stoczni. – W stoczni ludzie mieli dobre płace i osłony
socjalne. Teraz niewiele otrzymują – przyznaje Jan Janiec.
Przedstawiciele WUP zapewniają, że w ramach Programu Zwolnień Monitorowanych
oferowano zwalnianym pracownikom pomoc psychologiczną, z której skorzystało 138
osób.
Z kolei w przekazanym nam stanowisku Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w
Szczecinie stwierdził, iż nie odnotował większej liczby wniosków o pomoc
społeczną ze strony zwolnionych pracowników stoczni szczecińskiej.
Stocznia może rozkręcić koniunkturę
Duża część zwolnionych pracowników ma wciąż cichą nadzieję, że i tym razem (w
latach 90. dzięki determinacji prezesa Krzysztofa Piotrowskiego stocznię
wyprowadzono na prostą z podobnych problemów) uda się jeszcze reaktywować
działalność stoczni szczecińskiej. – Najlepsze byłoby ponowne uruchomienie
stoczni, ale nie ma do tego woli politycznej. Władze chyba czekają na jesienne
manifestacje… – mówi z irytacją wspomniana pracowniczka stoczni, zastrzegając
sobie anonimowość.
– Walczymy o stocznię, a nie o coś zamiast niej, typu magazyny mebli. Nam chodzi
o ratowanie polskiego przemysłu okrętowego. To powinno być główne założenie
rządu. Tak robi każde państwo, z wyjątkiem państwa polskiego… – wtóruje jej z
żalem Krzysztof Grodzki. Zwraca uwagę, że szczecińska stocznia mogła nadal
funkcjonować, przyczyniając się do ożywienia gospodarczego całego regionu.
Dodaje, że wciąż jest na to szansa.
Jaka? – Jedyna konkretna oferta złożona rządowi to propozycja Stoczni
Szczecińskiej Porta Holding SA w upadłości (do czego doprowadził ją rząd Leszka
Millera w 2002 r.) – mówi wprost senator Krzysztof Zaremba.
Chodzi o plan wznowienia działalności przez stocznię oparty na porozumieniu jej
wierzycieli i zgodzie na wykorzystanie do uruchomienia produkcji statków około
pół miliarda złotych zdeponowanych na koncie syndyka masy upadłościowej. Senator
Zaremba zaznacza, że to realna oferta, która daje szansę na wznowienie produkcji
konkurencyjnej i opłacalnej, także dla tysięcy firm kooperujących dotąd ze
szczecińską stocznią.
– Mam nadzieję, że uda się reaktywować stocznię zgodnie z planem prezesa
Krzysztofa Piotrowskiego – mówi pani Krystyna Fręch. – To jedyny realny plan
uruchomienia produkcji w stoczni – przyznaje wspomniany wyżej inżynier zwolniony
ze stoczni. Jego zdaniem, znalezienie zagranicznego inwestora dla stoczni jest
mało realne. – Produkcja w polskich stoczniach jest już dla zagranicznych
inwestorów za droga. Dlatego nawet gdyby zachodni inwestor wykupił stocznię,
prowadziłby w niej najwyżej produkcję kadłubów. Najbardziej dochodowe
projektowanie i wyposażenie robiłby zapewne w innych krajach – tłumaczy. To zaś
oznaczałoby likwidację w Polsce rozwoju technologicznego związanego z produkcją
stoczniową. – Polska na tym nie skorzysta – podkreśla. Nie wierzy też w
inwestora z krajów arabskich. Jego zdaniem, gdyby chcieli oni zainwestować
pieniądze, na pewno wybraliby inwestycje mniej ryzykowne i gwarantujące szybszy
zwrot. Dlatego – w jego opinii – tylko pozostawienie stoczni w rękach państwa
gwarantuje utrzymanie w niej produkcji, bo tak naprawdę leży to właśnie w
interesie państwa i polskiej gospodarki.
Inżynier zaznacza też, że znalazłaby się grupa ludzi, przede wszystkim z kadry
technicznej i zarządzającej, która zgodziłaby się nawet na odłożenie wypłaty
wynagrodzeń na pewien czas, gdyby przystąpiono do reaktywacji stoczni. – Myślę,
że byłaby spora grupa takich ludzi, którzy zgodziliby się tę stocznię utworzyć
na nowo – podkreśla.
Niestety, na razie sądy nie wyrażają zgody na wszczęcie postępowania układowego
z wierzycielami. W ten sposób inicjatywa, która mogłaby doprowadzić do
wznowienia działalności przez stocznię, jest wciąż blokowana.
Mariusz Bober
