Inwestycja w wieczność

Jedną z reguł ściśle przestrzeganych przy okazji spotkań polityków jest
tzw. protokół dyplomatyczny. Zbiór zasad drobiazgowo precyzujących sposób
wzajemnych odniesień, kolejność przemówień, usytuowanie miejsc przy stole, nawet
dobór potraw ma na celu podkreślenie znaczenia jego uczestników, uhonorowanie
gości, wyakcentowanie wagi spotkania itp. Podobne kodeksy zachowań, choć w dużo
mniejszej skali, obowiązują na co dzień w najrozmaitszych sytuacjach. Nie są
niczym złym. Wprowadzają ład, porządkują relacje, uczą wzajemnego szacunku.
Problem zaczyna się w momencie, gdy naczelną zasadą organizującą ludzkie
zachowania staje się pycha. Matka wszystkich porażek – tak się ją często nazywa,
i nie są to słowa bezpodstawne. Nie na darmo stoi na czele ponurego katalogu
siedmiu grzechów głównych.

"Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło
korzenie" – pisze mędrzec Syrach. I nie chodzi tu tylko o porządek miejsc przy
stole czy przestrzeganie zasad savoir-vivre’u, ale o pewną koncepcję życia.
Wedle jej zasad inni przestają się liczyć, co najwyżej stając się jedynie
środkiem do celu. Wszelkie zło tutaj ma swój początek. Każda wojna,
okrucieństwa, potworności, jakie zostały odnotowane na kartach historii, każdy
ludzki upadek, grzech mają swoje źródło w ludzkiej próżności. Nic w tym
dziwnego: pycha to znak rozpoznawczy złego ducha. On się przez nią najczęściej
dekonspiruje. "Jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje" –
kusił szatan Jezusa, oferując Mu potęgę i bogactwa całego świata (por. Łk 4,
5-7). Zasada jest taka, że im ktoś czuje się słabszy, z tym większą mocą
przekonuje świat o swojej rzekomej potędze. Znamy doskonale to zjawisko z
codziennych obrazów docierających do nas w medialnym wielogłosie. Ukute zostało
nawet pojęcie, którym określa się ludzi znanych, bogatych, mających znaczący
wpływ na tzw. show-biznes. To celebryci. Ciekawy jest źródłosłów tego pojęcia:
celebrować, celebracja. To kategorie bliższe liturgii niż popkulturze. Co jest
zatem przedmiotem owej celebracji? Odpowiedź sama się nasuwa: to ludzka
próżność. Ona stoi w samym centrum. Zabsolutyzowana, często posiadająca
prerogatywy boskości. Ponieważ kolejka do stoiska z błyskotkami jest długa,
chętnych do podziału profitów coraz więcej, z tym większą intensywnością każdy "celebryta"
wykorzystuje swoje pięć minut. Podkręcane jest tempo "celebracji" ludzkiego ego.
Wszak stracona szansa nigdy nie wróci…
Nasz problem polega na tym, że – formowani przez multimedia – dajemy się
manipulować, mamić błyskotkami. Zaczynają się one jawić jako coś naprawdę
cennego. Gubimy drogę.
Chrystus proponuje koncepcję życia zupełnie przeciwną, a przez to szalenie
niepopularną: jej synonimem jest ewangeliczne ostatnie miejsce. Miary
"nieatrakcyjności" (wedle kryteriów wziętych ze świata popkultury) dopełnia
fakt, iż gratyfikacja za dobro, pokorę, otwarcie na biednych (niemogących dać
niczego w zamian), wrażliwość na ludzką niedolę nie przychodzi natychmiast.
Jezus wystawia weksel o nieskończenie wysokim oprocentowaniu: Będziesz
szczęśliwy, odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. Dla
wielu to zbyt odległa perspektywa. Wolimy fundusze emerytalne i krótkoterminowe
lokaty. Bardziej martwią nas hossy i bessy na giełdzie papierów wartościowych,
huśtawki na rynku walutowym niż zababrane grzechem sumienie, nienaprawione
krzywdy, skrzętnie pielęgnowany egoizm. Milczeniem pomijane są narastające w
ogromnym tempie struktury pogardy człowieka, wedle których ktoś, kto nie
dysponuje odpowiednim kapitałem, zamiast aksamitnego kapelusza nosi moherowy
beret, potrafi spoglądać na świat dalej niż poza czubek własnego nosa, nie liczy
się w świecie. Jest zmarginalizowany i ośmieszony.
Smutne to i przerażające. Chrystus ostrzega nas dziś, że taki świat nie przetrwa
próby czasu. Zawali się jak domek z kart.
 

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj