Przed wojną w Zadwórzu naprawdę świętowano
Z prof. Czesławem Partaczem, historykiem, dziekanem Wydziału Ekonomii
i Zarządzania Politechniki Koszalińskiej, rozmawia Jacek Dytkowski
Jaka jest geneza bitwy pod Zadwórzem?
–
Bitwa nazywana jest polskimi Termopilami. Odbyła się w czasie, kiedy
bolszewicy szli na Zachód, by podbić całą Europę i wprowadzić socjalizm.
Można więc powiedzieć, że Polacy mieli duży wkład w powstanie Unii
Europejskiej, ponieważ udało się wtedy powstrzymać tę nawałę nihilizmu
idącą na Zachód. Rzecz polegała na tym, że na kierunku ówczesnej Galicji
– czyli Małopolski Wschodniej, uderzała armia, gdzie komisarzem
politycznym był niejaki Józef Wisarionowicz Stalin. Za wszelką cenę
chciał on zdobyć Lwów i przekroczyć Karpaty, żeby zanieść tę „żagiew
rewolucji” na Węgry, gdzie – jak wiemy – powstała Węgierska Republika
Rad. Mimo że otrzymywał inne rozkazy, by Armię Konną Budionnego
skierować na Warszawę, bo tam Armia Czerwona miała dokonać przełomu w
wojnie polsko-bolszewickiej, wstrzymywał się z ich wykonaniem.
Dlaczego?
–
Ponieważ chciał osiągnąć sukces osobisty. Praktycznie nic nie stało na
przeszkodzie Armii Konnej Siemiona Budionnego, która liczyła 40 tys.
szabel. Mniejsza już o mniej lub bardziej kompletne wyposażenie tych
wojsk. Istotne jest to, że oddziały polskie na tym kierunku miały bardzo
słabą obsadę. Ze Lwowa wyruszyła grupa około 300 ochotników. To byli
adwokaci, studenci, lekarze, harcerze, czyli inteligencja, elita miasta
Lwowa. Dowodził nimi kpt. Bolesław Zajączkowski. Wiedząc, że idzie
przeciwko niemu ta ogromna armia Budionnego, okopali się pod
polsko-ukraińską wsią Zadwórze. Stawili tam opór. Oczywiście działało
wtedy już lotnictwo stworzone przez ochotników amerykańskich, ale były
to bardzo prymitywne samoloty, które niewiele mogły pomóc. Żołnierze
polscy walczyli do ostatniego naboju. Praktycznie cały batalion zginął, z
niewoli sowieckiej wróciło bowiem tylko kilka osób.
Sowieci z okrucieństwem potraktowali ocalałych…
–
Bolszewicy byli rozwścieczeni, ponieważ walka trwała bardzo długo i
opór był wielki. Kiedy już zdobyli okopy, gdzie było jeszcze trochę
rannych polskich ochotników, dobili praktycznie wszystkich szablami.
Ciała były tak zmasakrowane, że kiedy bolszewicy w końcu się wycofali,
nie można było w ogóle rozpoznać twarzy poległych. Na przykład jedna
lwowianka poznała swojego syna po nietypowym zakrzywieniu paznokcia u
nogi. Część żołnierzy została pochowana w Zadwórzu pod krzyżem, innym
zrobiono kwaterę „zadwórzańską” na cmentarzu Obrońców Lwowa. To piękny
przykład walki z bolszewizmem. Szkoda, że wieśniacy ukraińscy, którzy
tam mieszkali, nie włączyli się do niej.
Jakie znaczenie miała ta bitwa?
–
Nie miała ona znaczenia strategicznego, ale symboliczne, pokazujące, że
mała garstka może oprzeć się potężnej nawale. Czyli można powiedzieć,
iż były to polskie Termopile. Na miejscu bitwy usypano kopiec. Przed
wojną odbywały się tam wielkie zgromadzenia narodowe. Wiem, że teraz
został on odnowiony, i Polacy uczestniczyli w uroczystościach 22
sierpnia.
Dziękuję za rozmowę.
———————————————————
Barbarzyńca u bram
Bohdan Urbankowski, poeta, eseista, przewodniczący Rady Programowej Związku Piłsudczyków:
Zadwórze
to były nie tylko polskie Termopile. To była jedna z dwóch bram,
którymi chcieli wpaść bolszewiccy barbarzyńcy. Przez Lwów prowadziła
droga do serca Europy, ta południowa – na Wiedeń, Budapeszt, tak jak
przez Warszawę – północna, na Berlin i Paryż. Ale – jak to zauważył
Tuchaczewski – prowadziła czy raczej prowadzić mogła po trupie Polski.
Polski nie udało się zabić – Naród przetrwał za cenę życia wielu
żołnierzy, barbarzyńcy się wycofali. Jest coś symbolicznego w tym, że
podobnie jak pod Ossowem, również i pod Zadwórzem opór stawili przede
wszystkim młodzi ochotnicy, harcerze. Liczba 318 termopilan
Zajączkowskiego też jest porównywalna z legendarnymi 300 Leonidasa
(naprawdę żołnierzy Leonidasa było więcej).
Jeśli prezydent
Bronisław Komorowski o tym wszystkim nie wiedział i dlatego zlekceważył
uroczystości pod Lwowem – to jest to dla niego najbardziej przychylne
wytłumaczenie. Zresztą, w kampanii prezydenckiej nie obiecywał Polakom,
że będzie prezydentem mądrym, z godnością reprezentującym majestat
Rzeczypospolitej.
Obawiam się jednak, że jego nieobecność oznacza
coś innego: lęk przed współczesnymi następcami tamtych barbarzyńców.
Obecność Komorowskiego pod Zadwórzem mogłaby wywołać bardzo groźne
zmarszczenie brwi Władimira Putina, może nawet pogrożenie palcem – tego
ekipa Tuska i Komorowskiego boi się bardziej niż opinii uczciwych
Polaków. Zresztą, ilu jest tych uczciwych? Tych odważnych? Tych
pamiętających co to godność? Wolne żarty.
Lęk Komorowskiego należy
zatem widzieć jako element, jako jeden z przymilnych ukłonów w
politycznym tańcu. Nie jedyny. Oddanie śledztwa w sprawie katastrofy pod
Smoleńskiem w ręce Rosjan to przecież zrzeczenie się suwerenności,
pozostawienie im prezydenckiego samolotu, to jakby zrzeczenie się części
terytorium. A ostatnie wypowiedzi niemal przepraszające za to, że
Polska ośmieliła się poprzeć niepodległość Gruzji? Przecież prezydent
Gruzji jako jeden z niewielu odważył się przylecieć do Polski na pogrzeb
śp. Lecha Kaczyńskiego, gdy nawet kanclerz Merkel wolała nie drażnić
Putina, a prezydent Obama… wolał iść na golfa. Ale prezydent
Komorowski także nie obiecywał kierować się lojalnością, wdzięcznością
czy honorem.
Jest jeszcze druga strona: harcerze. Zamiast do
Zadwórza prezydent pojechał do harcerzy pod Wawel. W tej sytuacji to
harcerze krakowscy powinni wykazać się honorem, zignorować wizytę
prezydenta Komorowskiego, nie przyjmować świecidełek mających zjednać
ich sympatię. Tymczasem harcerze zachowują się dość dziwnie. Najpierw
wykonali piękny gest: przynieśli krzyż pod Pałac Prezydencki. Stworzyli w
Warszawie miejsce, którego przedtem nie było: miejsce wzbogacające
stolicę, miejsce do rozmyślań, modlitw, spotkań – tak ważnych, tak
potrzebnych. A potem zaczęło się coś dziwnego. Nie wiem, kto i kogo
upoważnił do infantylnych pertraktacji i pokątnego handelku. Wątpię, czy
były w tej sprawie narady, zebrania harcerzy.
I jeszcze jedno: to
nie jest tylko konflikt o krzyż. To konflikt o miejsce pamięci – w
najpoważniejszym tego słowa znaczeniu. Tego konfliktu nie da się
rozwiązać ani przez przeniesienie krzyża, ani przez zastąpienie go
pomnikiem. Rozwiązanie jest tylko jedno: pomnik, którego krzyż jest
istotnym elementem. Na przykład w kształcie skrzydła z wkomponowanym
krzyżem.
not. JAC
