Życie pozorami?
Jeśli człowiek jest istotą rozumną, otwartą na prawdę, to przeszkadza nam w
byciu sobą nade wszystko nie błądzenie, ale pielęgnowanie pozorów życia w
prawdzie. Spragnieni prawdy z błędem sobie poradzą, a zadowalający się pozorami
nawet z prawdy nie odnoszą duchowego pożytku.
Zdajemy się być obywatelami epoki, która wręcz nagradza za życie tylko pozorami.
Politycy mają nade wszystko udawać przejętych dobrem obywateli, jak to widzimy w
tzw. sprawie smoleńskiej, aferze hazardowej czy zaciskaniu pasa najbiedniejszym.
Okradani, oszukiwani i zwodzeni są jednak w zupełności zadowoleni, jeśli na
własne oczy widzą życzliwe uśmiechanie się do siebie, napinanie muskułów i
robienie groźnych min do przeciwników powszechnej miłości.
Policja także ma nade wszystko udawać, że łapie bandytów i innych przestępców, a
zatem siedzieć w krzakach na skraju wsi, aby drenować radarami kieszenie
kierowców pozbawionych odpowiedniego nasłuchu, albo też prowadzić poszukiwania –
kosztujące dziesiątki tysięcy – winnego stłuczki za 27 złotych. Wszyscy jednak
zdają się być ukontentowani, bo sprawiedliwości stanie się zadość, a na drogach
nade wszystko trzeba jeździć zawsze jak najwolniej, jak to czytamy na
billboardach "Kierowco, zwolnij!", czyli także wtedy kiedy jedzie się 30 km/h.
Nie ma co jednak przejmować się dużymi kwantyfikatorami, kiedy chodzi nie o
prawdę, tylko o mocne wrażenie.
Ten kult pozoru wtargnął niekiedy także do duszpasterstwa. Ma się tu robić
wrażenie odgrywania roli zawsze uśmiechniętego miłośnika ludzkości niż
zainteresowanego trafnym wskazywaniem konkretnego dobra i zła, czyli dobra i zła
na naszych ulicach, w gazetach, w telewizji. To jest realny świat, w którym
dzisiaj żyjemy, a mówienie o "potrzebie miłości", której spragnieni jesteśmy
wszyscy, zwłaszcza zaś wychowująca się młodzież, nie dodaje niczego odkrywczego
do naszych umysłów, a spienia tylko pozory. To otwieranie jakoby zamkniętych
drzwi stosuje się nieraz w serwowanych nam wywiadach. Pytający chociaż doskonale
orientują się co do tego, ile jest np. komputerów w jakiejś sali ćwiczeniowej,
to jednak pytają o to odpowiedzialnego za tę pracownię. Słuchacze mają wrażenie,
iż odgrywane jest na ich oczach jakieś przedstawienie.
W mediach z rozkoszą pielęgnuje się też wrażenie dbałości o wysokie standardy
moralne. Ileż zatem tam codziennie "troski", "wyrażania niepokoju", "pochylenia"
się nad poziomem moralnym tzw. celebrytów! Zagląda się im w tym celu przez
zasłonięte okna do domów, aby sprawdzić, czy zażywają narkotyki, piją alkohol i
zdradzają żony. Ale to wrażliwość moralna tylko na niby. Rzekomo spragnieni
wysokiego poziomu u księży, wierności małżeńskiej i trzeźwości aktorów i
polityków, w tych samych miejscach otwarcie zachęcają do robienia czegoś innego.
To życie na niby przeniosło się także do szkół, gdzie często nauczyciel
pozbawiony został dyscyplinarnych środków radzenia sobie z uczniami i studentami
mającymi ambicję otrzymania nie tyle dobrego wykształcenia, ile jego pozorów.
Wszyscy mają zatem "przechodzić", "zaliczyć" i "zdać", a nierozumiejący tej
zasady nauczyciele są karani, a celebrujący pozory – nagradzani, nade wszystko
wolnym czasem.
Nie wystarczy jednak tylko stwierdzać fakty, trzeba je jeszcze próbować
wyjaśnić. Dlaczego nasza współczesność tak wysoko ceni sobie konformizm,
uzgadnianie swojego postępowania z "tak się robi, a tak się nie robi",
celebrowanie pozoru, a nie pasjonowanie się samą realną rzeczywistością? Wśród
różnych przyczyn nie należy przeoczyć – zwłaszcza przed rozpoczęciem nowego roku
szkolnego – zaniechania przez szkołę uczenia łaciny i greki, na rzecz wyłącznego
uczenia języków nowożytnych. Tak twierdzi profesor Tadeusz Zieliński – uznany
wielokrotnie przez specjalistów za jednego z najlepszych w dziejach znawców
greckiego i rzymskiego antyku – w swoich słynnych wykładach "Świat antyczny i
my", wygłoszonych w 1901 roku i natychmiast przetłumaczonych i wydanych w 17
językach. Jan Parandowski twierdził, że po dziesięciu stronach lektury tej
porywającej żarem, rzetelnością i trafnością książki – odnośnie do jej wołania o
podjęcie i uszanowanie otrzymanego przez nas dziedzictwa greckiego i rzymskiego
antyku – "był już katechumenem tej pogodnej wiary, spragnionym wszystkich jej
święceń". Zieliński zwracał uwagę na niezastąpioną rolę pedagogiczno-moralną
uczenia się łaciny i greki, bo przyswajanie sobie znajomości języków nowożytnych
zawsze oparte jest na zasadzie "tak się mówi": a jeśli "to poddawanie się
wyrokowi 'tak się mówi’ weszło wam w krew i w ciało (…) to rezultatem tej
zmiany będzie jedynie zanik zdolności do ulegania słusznym argumentom, zanik
tolerancji, której brak już obecnie dotkliwie daje się we znaki w naszym
społeczeństwie". Inaczej jest natomiast w intelektualistycznych językach
łacińskim i (jeszcze bardziej) greckim, których przyswajanie rozwija rozum,
karmiący się pytaniem "dlaczego?". Nie wystarczy naszemu rozumowi: "kazano",
"tak się robi", "tak należy", "jakie coś jest".
Marek Czachorowski
