Co wolno prezydentowi

Żyjemy w czasach zamętu. W
sytuacji gdy – jak nigdy dotąd w historii ludzkości – kwestionowane jest
podstawowe prawo człowieka do życia od poczęcia do naturalnej śmierci,
wydawałoby się, że ludzie dobrej woli powinni kierować się jasnymi
kryteriami. Tymczasem rzeczywistość wygląda często inaczej.

Gdy Rada
ds. Rodziny Episkopatu Polski wydała komunikat, w którym napisano:
„Należy pamiętać, że ci, którzy je zabijają, i ci, którzy czynnie
uczestniczą w zabijaniu bądź ustanawiają prawa przeciwko życiu
poczętemu, a takim jest życie dziecka w stanie embrionalnym, w ogromnym
procencie niszczone w procedurze in vitro, stają w jawnej sprzeczności z
nauczaniem Kościoła katolickiego i nie mogą przystępować do Komunii
Świętej, dopóki nie zmienią swojej postawy” – uruchomiono „dyżurnych”
duchownych i katolików świeckich, by zrelatywizować naukę Kościoła w
sprawach życia.
Co mają myśleć liczni tzw. zwykli katolicy, gdy
widzą, jak politycy deklarujący poparcie dla metody in vitro są
pokazywani w telewizji, gdy przyjmują Eucharystię i nie spotyka się to z
żadną reakcją pasterzy?
W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”
opublikowanym 19 sierpnia Bronisław Komorowski – już jako urzędujący
prezydent – zapowiedział, że podpisze ustawę refundującą z budżetu
państwa zabiegi in vitro. Innymi słowy, prezydent deklarujący się jako
katolik nie tylko zapowiada poparcie dla działań sprzecznych z
nauczaniem Kościoła, ale również chce doprowadzić do sytuacji, by z
podatków płaconych w znacznej części przez katolików były finansowane
eugeniczne procedury medyczne polegające na selekcjonowaniu i zabijaniu
„nieprzydatnych” istot ludzkich. Tym sposobem państwo polskie systemowo
łamałoby obywatelskie sumienia i na skalę przemysłową uczestniczyło w
procederze unicestwiania życia ludzkiego.
Wobec takich zagrożeń
ważne jest, aby znalazły się osoby mające do tego odpowiedni tytuł,
które napomną głowę państwa, jak bardzo odbiega od nauki Kościoła i
jakie to rodzi konsekwencje. Czy zwycięży pokusa dobrych relacji z
władzą świecką, czy bycie „znakiem sprzeciwu” i troska o sprawy
fundamentalne? Może też jest potrzebne przypomnienie wiernym nauczania
katechizmowego, że katolik jest nawet zobowiązany w sumieniu do
nieprzestrzegania zarządzeń władz cywilnych, gdy przepisy te są
sprzeczne z wymaganiami ładu moralnego, z podstawowymi prawami osób i ze
wskazaniami Ewangelii.
Przekaz dobrej doktryny jest szczególnie
ważny. Trwająca od wielu miesięcy debata na temat in vitro pokazuje, że
wielu wiernych jest zagubionych i nie rozumie istoty problemu, a
niektórzy ludzie, przedstawiani publicznie jako katolicy albo sami się
powołujący na bycie katolikiem, prezentują poglądy sprzeczne z
Magisterium Kościoła. W ten sposób powstaje dezorientacja i zamieszanie.
Potrzebne jest jasne nauczanie pasterzy. Bo nawet wśród ludzi
wierzących pojawia się refleksja oparta na lansowanej w środowiskach
laickich tezie naruszającej godność i prawo do życia każdego, że
„Kościół, mówiąc 'nie’ in vitro, stoi na drodze szczęścia par, które
inaczej nie mogą cieszyć się potomstwem”.
Warto się odwołać do
przykładu amerykańskiego. W bardzo spluralizowanym społeczeństwie
amerykańskim, po negatywnym doświadczeniu różnego rodzaju „kompromisów”,
które prowadziły do rozmycia postaw moralnych, coraz silniejsze jest
odwołanie do zdrowej nauki. Niewątpliwie społecznej odwagi wymaga
odmawianie udzielania Komunii Świętej osobom, które publicznie
kwestionują prawo do życia lub działają przeciwko życiu. Przewodniczący
Konferencji Biskupów USA ks. kard. Francis George skrytykował – idąc pod
prąd politycznej poprawności – nadanie przez katolicki uniwersytet
Notre Dame doktoratu honoris causa Barackowi Obamie – powszechnie
znanemu zwolennikowi aborcji. Często mówi się, że Polska to kraj
katolicki, ale ile osób publicznie podkreślających swoją katolickość i
działających w przestrzeni publicznej swoimi wypowiedziami i czynami
przyczynia się do zła i zgorszenia?

Jan Maria Jackowski

drukuj