Mistrz kurtuazji i uległości na świeczniku Europy

Kosztem ćwierci miliarda euro rocznie Parlament Europejski (PE), to
jest: posłowie, ich asystenci, kilka tysięcy pracowników i ogromna
dokumentacja, przemieszczają się cyklicznie między Brukselą a
Strasburgiem. A na czele tego liczącego 736 deputowanych i obradującego w
23 językach unijnego sejmu stoi Polak – Jerzy Buzek. Mówi się o
ogromnym sukcesie Polski i niesłychanych korzyściach, jakie ma z tego
nasz kraj. Gdyby nawet tak było, to już niedługo, gdyż przewodniczący PE
zmienia się – według międzyfrakcyjnych ustaleń – w środku kadencji i na
początku 2012 roku polityka Platformy Obywatelskiej zastąpi socjalista
Martin Schulz.

Przyzwyczajeni do tego, że główną funkcją
parlamentu jest stanowienie prawa, możemy ze zdumieniem przyjąć
informację, że Parlament Europejski nie ma właściwie uprawnień
ustawodawczych. Europejskie traktaty, rozporządzenia, dyrektywy,
decyzje, zalecenia i opinie wydają głównie Rada Europejska (zgromadzenie
głów państw lub szefów rządów), Rada Unii Europejskiej (zgromadzenie
ministrów krajów członkowskich) i Komisja Europejska. Sytuacja w tym
zakresie powoli się zmienia: wprowadzono tzw. procedury konsultacji,
współpracy, współdecydowania i akceptacji. Europarlament zyskuje zatem
pewne uprawnienia w procesie stanowienia prawa, ale zawsze jako jeden z
wielu unijnych organów.
Niewątpliwie aż rzuca się tu w oczy
nadzwyczajna złożoność i zawiłość tego systemu, w którym zasadniczą rolą
PE jest funkcja kontrolna. Eurodeputowani zatwierdzają kandydaturę
przewodniczącego Komisji Europejskiej, jej skład i coroczny budżet.
Przed Parlamentem Komisja składa sprawozdania, a ten może jej zadawać
pytania, prowadzić dochodzenia itp.

Chemik w pałacu
Siedemdziesięcioletni
Jerzy Buzek jest rodowitym Ślązakiem. Zanim stał się zawodowym
politykiem, poświęcał się karierze naukowej. W dziedzinie inżynierii
chemicznej doszedł do tytułu profesorskiego. Pracował i wykładał na
Politechnice Śląskiej i w Instytucie Inżynierii Chemicznej Polskiej
Akademii Nauk, przez jakiś czas na Uniwersytecie Cambridge. W środowisku
akademickim rozpoczęła się też jego działalność opozycyjna. Tego okresu
dotyczą podejrzenia o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Miał być
tajnym współpracownikiem o pseudonimach „Karol” i „Docent”.
Zapewne
także wtedy, w 1980 roku, Buzek poznał 10 lat młodszego od siebie innego
opozycjonistę ze śląskiej „Solidarności” Mariana Krzaklewskiego.
Znajomość dwóch zorientowanych na polityczne i społeczne reformy
naukowców przetrwała długo. Jej to przyszły szef PE zawdzięcza swój
niezwykły awans w 1997 roku, kiedy to będąc jedynie mało znanym
ekspertem Akcji Wyborczej „Solidarność” (AWS), mającym kłopot z
dostaniem się do Sejmu (wszedł z istniejącej wtedy listy krajowej,
gwarantującej mandat partyjnym działaczom), został premierem.

Kryzys i kompromis
W
1997 roku, po czterech latach rządów postkomunistów, rozczarowanie
społeczeństwa do lewicy było ogromne. Zwycięstwo Aleksandra
Kwaśniewskiego w 1995 roku było wielkim sukcesem tej formacji, ale rządy
Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza nie sprostały wyzwaniu
reformowania państwa. Tymczasem brak zdecydowanych działań skutkował
coraz bardziej odczuwalnym pogorszeniem warunków życia i narastającym
kryzysem obejmującym kolejne dziedziny. Czytelnym dla wszystkich
symptomem tego stanu rzeczy była niesprawność aparatu państwowego
podczas wielkiej powodzi w 1997 roku.
Rosnące społeczne
niezadowolenie było przed zbliżającymi się wyborami impulsem do
zjednoczenia dotąd podzielonych i skłóconych ugrupowań obozu
postsolidarnościowego, które – chociaż mocno zróżnicowane – pogodziły
się z dominującą rolą „Solidarności” z Krzaklewskim na czele. Powstała
koalicja pod nazwą Akcja Wyborcza „Solidarność”, która szła do wyborów z
programem obejmującym m.in. powszechne uwłaszczenie, reprywatyzację,
lustrację, dekomunizację i wprowadzenie jednomandatowych okręgów
wyborczych, i odniosła zwycięstwo, uzyskując ponad 1/3 miejsc w Sejmie i
przewagę w Senacie.
Zaufanie Polaków i nadzieje, jakie wiązali z
nowym bytem na scenie politycznej, zostały jednak ostatecznie złożone na
ołtarzu kompromisu i realizmu. Aby uzyskać wymaganą większość w Sejmie,
zawarto koalicję z liberalną Unią Wolności (UW). Wicepremierem i
ministrem finansów został Leszek Balcerowicz, ministrem spraw
zagranicznych Bronisław Geremek, obrony narodowej obecny prezydent
Bronisław Komorowski. Program AWS został wywrócony przez
zdeterminowanego w realizacji swoich celów koalicjanta.

Wielkie reformy
Powstały
wtedy rząd, z Buzkiem na czele, nie przetrwał do końca kadencji, ale
jego szef tak. W ten sposób stał się jedynym premierem III
Rzeczypospolitej, który urzędował przez pełne cztery lata kadencji
Sejmu. Liczba cztery zaznaczyła się wówczas w jeszcze jeden sposób.
Mianowicie 1 stycznia 1999 roku weszły w życie cztery wielkie reformy
tego rządu. Przekształcono administrację (m.in. powstały powiaty i
zmienił się podział na województwa) i szkolnictwo (z sześcioletnią
szkołą podstawową i gimnazjum). Wtedy też wyodrębniono z budżetu państwa
wydatki na służbę zdrowia (kasy chorych, obecnie połączone w NFZ) i
wprowadzono nowy system ubezpieczeń społecznych (z udziałem tzw.
otwartych funduszy emerytalnych).
Podczas kadencji rządu Jerzego
Buzka rozpoczęły się negocjacje akcesyjne Polski do Unii Europejskiej.
Dziś, z perspektywy obiektywnej oceny warunków naszego członkowstwa,
widać, jak wielkim błędem było zaufanie Unii jako systemowi z założenia
dobremu i skutecznie rozwiązującemu wszelkie problemy.

Miękki upadek i pozorna wymiana elit
Spadająca
popularność obozu rządzącego doprowadziła do nasilenia wewnętrznych
sporów i rozpadu koalicji. Rozpoczął się też bardzo istotny proces
dekompozycji sceny politycznej. AWS i UW przegrały: obie partie nie
przekroczyły progu wyborczego i nie dostały się do Sejmu. AWS zaraz
potem praktycznie przestała istnieć, UW podzieliła się, a jej resztki
podryfowały w kierunku lewicy.
Jaka była w tym wszystkim rola Jerzego
Buzka, formalnie czołowej postaci w rządzącym układzie? Uchodził za
człowieka uległego i niezdecydowanego. Pozostawał zależny od obdarzonego
większą charyzmą Mariana Krzaklewskiego. Mówiło się o premierze
„sterowanym z tylnego siedzenia”. Z drugiej strony pozostawał pod
wpływem obecnych w rządzie silnych osobowości obozu liberalnego:
Balcerowicza i Geremka.

Dobre notowania w Brukseli, jeszcze lepsze w Berlinie
Po
przegranych wyborach Jerzy Buzek wycofał się z polityki i wrócił do
pracy naukowej, a media i opinia publiczna zapomniały o nim. Powrócił
dopiero trzy lata później, po wstąpieniu do UE, jako kandydat PO do
Parlamentu Europejskiego. W kampanii wyborczej przypominano jego
„sukcesy” w negocjacjach akcesyjnych, chwalono rozwagę i umiarkowanie.
Tak to wady, jeszcze kilka lat wcześniej wyśmiewane, stały się, po
retorycznej korekcie, zaletami.
Jerzy Buzek został deputowanym i
rozpoczął pracę w Strasburgu i Brukseli. Przedstawiany jest często w
mediach jako polityk europejski niezwykle skuteczny dla swojego kraju.
Są jednak fakty, które temu przeczą. – Buzek był sprawozdawcą w sprawie
tzw. Siódmego Programu Ramowego dotyczącego badań naukowych, mającego
wspierać rozwój nauki w krajach członkowskich. Był to jego „okręt
flagowy” – opowiada europoseł Ryszard Czarnecki (Europejscy
Konserwatyści i Reformatorzy). – Program ten miał też podźwignąć sektor
nauki w Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że obecnie do tego programu
dopłacamy: składka członkowska jest większa niż to, co w jego ramach
dostajemy – dodaje. Inny fatalny w skutkach dla Polski projekt
pilotowany przez Buzka to tzw. pakiet klimatyczny, który przyniesie dla
naszego przemysłu ogromne obciążenia i obecnie nawet rząd Platformy od
niego się dystansuje.
Koniec ubiegłej kadencji PE Buzek poświęcił na
promocję swojej osoby. Licząc na objęcie po wyborach stanowiska
przewodniczącego, starał się być jeszcze bardziej dla wszystkich miły. –
Był wtedy pluralistycznie nastawiony, pełen wzniosłych haseł i nic poza
tym – wspomina była eurodeputowana Urszula Krupa (Niepodległość i
Demokracja). Były premier jest rzeczywiście popularny i lubiany na
europejskich salonach. Jest niewątpliwie człowiekiem wielkiej kultury
osobistej, dobrze wykształconym, ma doświadczenie w administracji i
dyplomacji. W PE zdobył wyjątkową sympatię deputowanych niemieckich.
Pomogła mu w tym znajomość języka niemieckiego, pochodzenie ze Śląska,
który przedstawiany jest jako modelowy euroregion – miejsce przenikania
się wpływów różnych narodów, kultur i religii, w tym oczywiście żywiołu
germańskiego.
Otwarcie wspierali Buzka szef Bundestagu Norbert
Lammert, odchodzący przewodniczący PE Hans-Gert Poettering i były
wiceszef Komisji Europejskiej oraz główny negocjator w sprawie naszej
akcesji Günter Verheugen. Niemiecki entuzjazm dla polskiego polityka nie
może być bezinteresowny. „Jerzy Buzek jest otoczony przez Niemców,
którzy zrobili go królem. Ale to człowiek słaby i ulegający wpływom, to
nie jest ktoś, kto odbił piętno w poprzedniej kadencji, nie jest to
osobowość wielkiego formatu. Nie będzie nikomu sprawiał problemu” –
komentował w tamtym czasie belgijski „Le Soir”. Czy tak jak kiedyś
Marian Krzaklewski teraz niemieccy chadecy będą rządzić „z tylnego
siedzenia”?
Jerzy Buzek został wybrany na przewodniczącego Parlamentu
Europejskiego 14 lipca 2009 roku. – Jest taki, jakim był premierem.
Chce zadowolić wszystkich i być miły dla wszystkich – podsumowuje
Czarnecki.

Piotr Falkowski

Za tydzień przypomnimy
sylwetkę wysokiego przedstawiciela Unii Europejskiej ds. Wspólnej
Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa Catherine Ashton.

 

 

 

—————————————-

Symboliczne kierowanie niby-parlamentem

Paweł Kowal, eurodeputowany z frakcji Europejskich Konserwatystów i
Reformatorów:


Platforma starała się przedstawić nominację dla Buzka co najmniej tak,
jakby Polska uzyskała prezydencję w Unii na pięć lat. Buzek jest szefem PE
na dwa i pół roku  może zrobić tyle, ile szef PE w ogóle może zrobić,
czyli niewiele.

Przewodniczący jest we wszystkich swoich decyzjach, tak politycznych, jak i
organizacyjnych, związany uzgodnieniami Konferencji Przewodniczących Frakcji,
na które formalnie nie ma wpływu. Może jedynie ich przekonywać do swojego
zdania. Nawet formalnie podlegające mu służby cieszą się dużą niezależnością.
Tak więc jest to władza symboliczna, mniejsza niż ma marszałek Sejmu w
Polsce.
Z własnej inicjatywy przewodniczący PE może zrobić bardzo mało, choć
trzeba przyznać, że czasem próbuje, a nawet wychodzi poza tę przypisaną mu
rolę, na przykład w sprawach energetycznych. Jego praca polega jednak przede
wszystkim na symbolicznym kierowaniu Parlamentem i na udziale w różnych
uroczystościach, wygłaszaniu przemówień itp. Nikt zresztą na jego miejscu
nie mógłby zrobić więcej.
Wielu przeszkadza to, że Polak jest przewodniczącym PE, bo chodzi o prestiż.
Gdy decydowano o obsadzie stanowisk, to sądzę, że byłoby lepiej, żeby
Polsce przypadły inne niż akurat przewodniczącego PE. Ale skoro tak już się
stało, to nie chcę przyłączać się do krytyki Buzka, szczególnie gdy ma
ona podtekst antypolski i wiem, że będzie powielana także w stosunku do
innych Polaków.
Parlament Europejski tak naprawdę nie jest parlamentem. Nie tylko dlatego, że
nie uchwala prawa, ale przede wszystkim ze względu na to, iż praktycznie nie
podejmuje decyzji większością głosów, tylko na zasadzie różnych
kuluarowych ustaleń. Jest to zupełnie niejasny system, którego jestem
przeciwnikiem. Trudno powiedzieć, że to jest polityka, gdyż mamy niby-wybory
i powstają niby-grupy, które powinny tworzyć większość wokół rozmaitych
spraw. A tak się nie dzieje.

not. PF

 

 

drukuj