Tylko dwa z ośmiu

Z Henrykiem Urbanowskim, wiceburmistrzem Kłodzka, rozmawia Marek Zygmunt

W
lipcu 1997 r. kulminacyjna fala powodziowa dotarła do Kłodzka.
Kataklizm pochłonął w tym mieście 3 ofiary śmiertelne, prawie 400 osób
zostało bez dachu nad głową. Jaką pomoc otrzymali wtedy mieszkańcy
dotknięci tą tragedią?

– Byłem wówczas radnym rady miejskiej,
zastępcą dyrektora zespołu szkół budowlanych. Najpierw była pomoc w
zakresie środków żywnościowych i chemicznych. Powodzianie, którzy
stracili swój dobytek, ponad miesiąc mieszkali w naszej szkole. Potem
rozpoczęła się odbudowa zalanych budynków, stawianie nowych, remont
infrastruktury drogowej, wodociągowej. Nowe domy pomogła wybudować
gmina Warszawa Centrum. Powstało duże osiedle dla kilkudziesięciu
rodzin. Z kolei Bank Gospodarstwa Krajowego udzielił miastu nisko
oprocentowanych pożyczek, za które wzniesiono osiedle przy ul.
Korytowskiej. Pomoc dla powodzian zaoferował również rząd Szwecji, który
sfinansował zakup kontenerowych domów. Pięćdziesiąt rodzin mieszkało w
takich obiektach przy ul. Zajęczej prawie dwa lata. W tym czasie
systematycznie przenoszono ich do domów komunalnych.

A jak dzisiaj Kłodzko jest zabezpieczone przed powodzią?

Po tamtej powodzi na terenie ziemi kłodzkiej miało powstać osiem
zbiorników retencyjnych. Wzniesiono, niestety, tylko dwa. W centrum
miasta schodzą się cztery rzeki górzyste. Aby w czasie intensywnych
opadów deszczu woda mogła w nich spokojnie przepłynąć, muszą być
podniesione wały i mury ścian brzegowych. Wtedy Kłodzko będzie w miarę
zabezpieczone przed powodzią.

Dlaczego jeszcze nie jest?

Władze miejskie uczyniły w tym zakresie wszystko, co było możliwe do
zrealizowania. Nie jesteśmy w stanie sami poradzić sobie np. z
modernizacją wałów, regulacją rzek, czyszczeniem ich koryta. Poza
nieustannym monitowaniem na różnych szczeblach nie możemy nic więcej w
tej kwestii zrobić. I to nie tylko ze względu na brak środków
finansowych, ale przede wszystkim z powodów formalnych. Są to bowiem
zadania leżące w kompetencji władz wojewódzkich, centralnych,
Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej we Wrocławiu.

W 1997
r. premier Włodzimierz Cimoszewicz miał przyjechać do Kłodzka, ale
obejrzał jedynie zalane miasto ze śmigłowca. W tym roku Donald Tusk
zapowiadał swój przyjazd do Bogatyni, ale się tam nie pojawił.
Przyleciał natomiast prezydent Bronisław Komorowski, ale unikał rozmów z
powodzianami, którzy mieli do niego wiele pytań. Po krótkim spotkaniu
ze sztabem kryzysowym wyszedł szybko tylnymi drzwiami. W okresie
kampanii prezydenckiej okazywał więcej współczucia…


Zachowanie prezydenta Komorowskiego uważam za skandaliczne. Po raz
kolejny dał dowód, że nie jest – jak szumnie zapowiadał w kampanii
wyborczej – prezydentem wszystkich Polaków. Z kolei premier Tusk miał
pewnie, według niego, w tym dniu pilniejsze sprawy do załatwienia.
Trudno jednak wyobrazić sobie ważniejsze sprawy niż stan tak ogromnego
kryzysu, wielkiej tragedii dla przeszło tysiąca ludzi, którzy w Bogatyni
stracili swoje domy, miejsca pracy itp. Władze Bogatyni i kilkunastu
innych miast dotkniętych na Dolnym Śląsku klęską obecnej powodzi na
pewno same nie poradzą sobie zarówno z likwidacją skutków, jak i z
odpowiednim zabezpieczeniem przed takim kataklizmem. Samorządowcy muszą –
moim zdaniem – mocno naciskać, aby w budżecie znalazły się środki
finansowe niezbędne do realizacji inwestycji przeciwpowodziowych.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj