Najłatwiej zaciskać komuś pasa
Z prof. Jerzym Żyżyńskim z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu
Warszawskiego, wieloletnim członkiem zespołu budżetu i finansów Biura
Studiów i Ekspertyz Kancelarii Sejmu, rozmawia Małgorzata Goss
Jak wysokie jest zadłużenie naszych finansów publicznych?
–
Najpierw ustalmy, co to jest zadłużenie. Jest ono konsekwencją
pożyczania przez określony czas pieniędzy. Jeśli biorę pożyczkę z banku i
jej nie spłacam, tylko zaciągam kolejną, to suma tych zobowiązań
stanowi zadłużenie. Liczone w taki sposób zadłużenie finansów
publicznych zbliża się do 50 proc. PKB., tj. do połowy wartości
wszystkich dóbr wytworzonych w gospodarce. Niektórzy twierdzą, że
zadłużenie jest w rzeczywistości znacznie wyższe, chodzi o tzw.
zadłużenie ukryte, ale problem w tym, iż obliczając je, popełniają
metodologiczny błąd. Doliczają mianowicie do zadłużenia sektora
publicznego przyszłe zobowiązania, np. z tytułu przyszłych deficytów
Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Otóż deficyt FUS bierze się stąd, że
system emerytalny został poszerzony o filar kapitałowy i część naszych
składek emerytalnych, zamiast do sektora publicznego, tj. ZUS, odpływa
do funduszy emerytalnych zarządzanych przez prywatne firmy. Na ZUS ciążą
określone zobowiązania emerytalne, podczas gdy wpływające środki –
wskutek reformy – są obecnie niższe niż te zobowiązania, i wobec tego
powstaje deficyt, w tym roku na blisko 35 mld złotych. Ten deficyt
rokrocznie jest pokrywany z budżetu państwa. W celu oszacowania
przyszłych zobowiązań niektórzy liczą tak: biorą przewidywane deficyty
roczne FUS, np. do 2040 r., dyskontują je na rok bieżący i sumują z
bieżącym zadłużeniem. To jest oczywisty absurd. Zadłużeniem – podkreślam
– są pieniądze pożyczone przez państwo przed dzisiejszą datą. Natomiast
to, co mamy pożyczyć w przyszłości – nie jest długiem.
Ale
państwo, pobierając składki na ZUS, zobowiązuje się, że w przyszłości
będzie wypłacać nam określone świadczenia, nawet zadłużając się na ten
cel. Dlaczego nie można zsumować takich zobowiązań finansowych, które
nie mają pokrycia w systemie, z aktualnym długiem publicznym?
–
Dyskontowanie jakiejś przyszłej kwoty zobowiązania na moment obecny
pokazuje, ile dzisiaj musielibyśmy włożyć pieniędzy do banku, aby w
przyszłości uzyskać tę kwotę przy danej stopie procentowej (nazywamy ją
stopą dyskonta). Tymczasem przyszłe zobowiązania będą płacone z
przyszłych pieniędzy, a nie z obecnych. Ta operacja kompletnie nie ma
sensu. Nie można sumować przyszłych zobowiązań z aktualnym długiem. To
są różne kategorie.
W emerytalnych funduszach kapitałowych operacja miałaby sens.
–
Ale nie w ZUS. Jeśli dyskontuje się przyszłe zobowiązania ZUS wobec
aktualnego PKB, to należałoby także zdyskontować przyszłe PKB na obecną
chwilę. Wtedy można by było mówić o prawdziwej relacji zadłużenia do
PKB. Ale tego badający nie robią. Na tym polega błąd. PKB w przyszłości
może być 2-3 razy większy, wszystko zależy od tempa wzrostu
gospodarczego. Błąd polega też na tym, że autorzy przyjmują jako
docelowy okres wyliczeń dowolny rok. Powstaje pytanie, dlaczego obliczać
„ukryty dług” akurat na okres 40, a nie np. 100 lat? Jeśli
zdyskontujemy ciąg zobowiązań dla stu lat, okazałby się on jeszcze
większy… To nie ma sensu.
A więc co jest długiem ukrytym?
–
To, na co państwo powinno wydać pieniądze, ale ich nie wydało. Na
przykład drogi, wały przeciwpowodziowe i inne inwestycje. Te niewydane
pieniądze powodują, że stan infrastruktury i urządzeń się pogarsza, a
potem niespodziewanie przychodzi powódź – wtedy nagle trzeba zapłacić
cały rachunek wstecz, i jeszcze więcej. Gdybyśmy chcieli mieć „tanią
rodzinę” i nie wydawali pieniędzy na zdrowe żywienie dzieci, wizyty u
dentysty, kształcenie – to w konsekwencji musielibyśmy później wydać
więcej na leczenie, odbudowę uzębienia czy uzupełnienie kwalifikacji
niezbędnych do podjęcia pracy. Mówiąc jednak o zadłużeniu państwa,
powinniśmy brać pod uwagę dług jawny, wyrażony w obligacjach Skarbu
Państwa. Obecnie zbliża się on do 700 mld złotych. Żeby zabezpieczyć się
przed zadłużeniem przekraczającym konstytucyjne 60 proc. PKB, wpisano
do ustawy progi ostrożnościowe 50 i 55 proc., po których przekroczeniu
należy zacząć obniżać deficyt.
Dziś zadłużenie przekracza 50
proc. PKB i nadal rośnie. Rolowanie długu, tj. pożyczanie na jego
spłatę, pochłania dziesiątki miliardów z budżetu…
– Można
pokazać za pomocą wzoru matematycznego, że dług nie będzie rósł w
nieskończoność. Granica wzrostu relacji długu do PKB jest matematycznie
określona przez ułamek, gdzie w liczniku mamy stosunek deficytu do PKB, a
w mianowniku – tempo wzrostu gospodarki. Żeby zatem obniżyć zadłużenie
gospodarki, tj. relację długu do PKB, by nie przekroczyła progów
ostrożnościowych – trzeba działać na mianownik, a więc zwiększać tempo
wzrostu gospodarki. Natomiast oddziaływanie na licznik, tj. zmniejszanie
deficytu, nic nie daje, a może wręcz pogarszać sytuację. Tylko przy
zerowym wzroście gospodarczym relacja długu do PKB dąży do
nieskończoności, to znaczy jest nieograniczona.
Rząd jednak
właśnie tak chce zrobić. Rządowy plan redukcji deficytu polega na
zmniejszeniu wydatków budżetowych i zwiększeniu podatku VAT.
–
Jeśli państwo ogranicza swoje wydatki, to działa przeciwko wzrostowi
gospodarczemu. Podwyższenie VAT uderzy w realne dochody społeczeństwa,
zwłaszcza z grup najbiedniejszych. Jeśli rachunek za rozmowy komórkowe
wynosi 100 zł netto, to brutto (po naliczeniu VAT) musimy zapłacić 122
zł, po podwyżce zaś zapłacimy 123 złote. Ta złotówka, która wypadnie nam
z portfela za rozmowy telefoniczne, plus inne złotówki za pozostałe
towary i usługi, które nabywamy, spowodują, że miesięcznie nie wydamy na
inne cele, powiedzmy, ok. 100 zł, ponieważ pochłonie to VAT. Polskie
społeczeństwo jest bardzo biedne. Praktycznie całość dochodów przeznacza
na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Po podwyżce VAT stanie się
jeszcze biedniejsze. Z drugiej strony, zmniejszy się suma zakupionych
dóbr, co uderzy we wzrost gospodarczy. Redukowanie deficytu przez
podniesienie VAT to nieporozumienie.
Jakie będą skutki cięcia
wydatków? Według „reguły wydatkowej” wydatki budżetowe będą mogły rosnąć
nie więcej niż o 1 proc. powyżej inflacji, bez względu na tempo wzrostu
gospodarczego.
– Reguła wydatkowa będzie oddziaływać negatywnie
na popyt tej części społeczeństwa, która jest zatrudniona w sektorze
budżetowym, co – podobnie jak podwyżka VAT – będzie osłabiać wzrost.
Przestrzeganie
„reguły wydatkowej” może też ograniczyć inwestycje publiczne, a więc
nie zarobią firmy prywatne – wykonawcy tych inwestycji. Skutkiem planu
finansowego będzie ograniczenie popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego,
co uważam za poważny błąd. Zwolennikom zmniejszenia wydatków budżetowych
proponuję, by dali przykład i sami wystąpili o zmniejszenie własnych
wynagrodzeń. Oczywiście tego nie zrobią, bo najłatwiej zaciska się pasa
komuś, a nie sobie. Problem polega na tym, że przez dwadzieścia lat
transformacji nie ukształtowano właściwej, służącej rozwojowi struktury
budżetu państwa, m.in. przez niepotrzebne zmniejszanie jego udziału w
PKB. W efekcie np. mamy najmniejsze w stosunku do PKB nakłady państwa na
naukę: Polska wydaje ok. 0,6 proc. produktu krajowego (w tym z budżetu
0,3 proc.), podczas gdy w Unii normą wynikającą z Strategii Lizbońskiej
jest 2,5 procent. Wystarczy porównać wynagrodzenia: profesor czołowego
uniwersytetu brytyjskiego ma wynagrodzenie 10 razy wyższe niż czołowego
uniwersytetu polskiego, podczas gdy brytyjski produkt krajowy na głowę
jest nieco ponad dwukrotnie wyższy niż w Polsce. Ta różnica jest
świadectwem długu, jaki narósł w stosunku do własnego społeczeństwa i
gospodarki: nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe powinny wzrosnąć nie o
kilkadziesiąt procent, lecz kilkakrotnie, by zapewnić Polsce właściwe
miejsce w Unii Europejskiej i by możliwe było efektywne wykorzystywanie
środków unijnych. To nie poziom długu i deficyt są świadectwem kryzysu
finansów publicznych, lecz to, że państwo nie finansuje na właściwym
poziomie podstawowych dziedzin jego odpowiedzialności – nauka czy
zabezpieczenia przeciwpowodziowe, drogi, ochrona zdrowia – to tylko
przykłady szerszego problemu upadku różnych dziedzin w wyniku
niedofinansowania i szkodliwej koncepcji ograniczania wydatków państwa.
Koncepcja zastopowania wydatków budżetowych, którą sformułował premier
Tusk, tylko pogłębi ten problem, dlatego jest błędna.
Jak powinno się redukować deficyt finansów publicznych?
–
Należy szukać tych pieniędzy, które nie służą realnej gospodarce, nie
generują popytu konsumpcyjnego ani inwestycyjnego. To są pieniądze osób
najwięcej zarabiających, które uciekają za granicę i do sektora
finansowego, by pompować bańki spekulacyjne.
Pieniądze ulokowane w sektorze finansowym służą realokacji kapitału, ktoś inny je pożycza, inwestuje…
–
Problem w tym, że kiedy spadają tempo wzrostu gospodarki i realny popyt
– nie będzie żadnych inwestycji pierwotnych, inwestycji w realną
gospodarkę. Owszem, mogą być nakręcane inwestycje wtórne – w rozmaite
instrumenty finansowe typu spekulacyjnego, mówi się wtedy, że sfera
finansów odrywa się od gospodarki realnej. Pamiętajmy, że jedną z
przyczyn kryzysu była właśnie gospodarcza alienacja sektora finansowego.
Niestety PiS popełniło błąd, spłaszczając skalę podatkową i
zmniejszając PIT najbogatszym podatnikom. Był to ukłon w stronę
wpływowych elit – sympatyków Platformy, bez gospodarczego uzasadnienia, a
sympatii elektoratu Platformy Prawo i Sprawiedliwość i tak nie
uzyskało. W trzeciej grupie podatkowej znajdowało się ok. 1 proc.
podatników, ale dochody podatkowe uzyskane od tej grupy stanowiły aż 25
proc. wpływów podatkowych z PIT, tj. ponad 10 mld złotych. Powinno się
przywrócić trzecią stawkę podatkową, a nawet wprowadzić czwartą, co by
zresztą odpowiadało obecnym tendencjom pokryzysowym w krajach
zachodnich, gdzie mówi się o powrocie do racjonalnych, wyższych stopni
progresji podatkowej. Mało kto pamięta, że czwarta stawka,
50-procentowa, obejmująca podatników z dochodem miesięcznym ponad 50
tys. zł, została uchwalona za rządów Millera. Trybunał Konstytucyjny, do
którego zaskarżył ten podatek jeden z ministrów Millera, orzekł, że
powinna wejść w życie po rocznym vacatio legis. Ale rok później rządy
objęło PiS i za cichym przyzwoleniem całej „elity” politycznej na
uchwaloną przecież ustawę spuszczono zasłonę milczenia.
Wysokie opodatkowanie zachęca do ukrywania dochodów, więc korzyści dla budżetu byłyby pozorne…
–
Jak ktoś chce ukryć dochody, to i tak ukryje, choćby miał tylko 20
proc. podatku. Rząd Millera otworzył im wygodną furtkę, umożliwiając
„samozatrudnienie” najbogatszym, opodatkowane liniową stawką 19 proc.,
jak dla firm. Po tej karygodnej decyzji liczba osób w trzeciej grupie
podatkowej wyraźnie spadła, co oznacza, że duża grupa najzamożniejszych
korzysta z tej formy unikania dołożenia się do naszego dobra wspólnego,
jakim jest państwo. Wszyscy na świecie jakoś radzą sobie z
wyegzekwowaniem podatku od najbogatszych, w związku z kryzysem i
ekscesami płacowymi elit finansowych mówi się o podwyższeniu górnych
stawek podatkowych i tylko my jesteśmy tacy bezradni… Ale uważam, że
stosowanie progresji w podatku dochodowym musi być połączone z systemem
ulg inwestycyjnych i ulg służących rodzinie – tak się robi w państwach
demokratycznych. Nie chodzi bowiem o to, by komuś zabrać, jeśli dużo
zarobił, lecz o to, by te pieniądze skierować do realnej gospodarki, tak
aby służyły jej rozwojowi.
Gdzie jeszcze rząd powinien szukać pieniędzy, by zmniejszyć zadłużenie?
–
Moi zdaniem, zmiany w podatkach powinny mieć na celu przede wszystkim
uruchomienie służących rozwojowi strumieni przypływu pieniądza w
gospodarce, dlatego trzeba chronić popyt najbiedniejszych i klasy
średniej – powinno się więc raczej obniżać podatki w dolnych skalach
podatkowych, a nie w górnych. Nie chodzi w gruncie rzeczy o to, by
bogaci płacili więcej, ale by ich wysokie dochody służyły twórczo
gospodarce. Uważam, że progresja powinna iść w parze z mądrze
skonstruowanym systemem ulg – to przecież działało, ludzie z ulg
korzystali i budowali domy, remontowali mieszkania, kupowali książki (za
to też były ulgi). Co ważne, to oczyszczało gospodarkę z szarej strefy,
bo ludzie zbierali rachunki – i o to chodzi. Likwidacja ulg, którą
zapoczątkował minister finansów w rządzie Jerzego Buzka, była
świadectwem niekompetencji. Dochodów trzeba szukać w nieopodatkowanych
przepływach i transakcjach gospodarczych, czyli w nieuzasadnionych
przywilejach podatkowych i lukach w systemie, które umożliwiają
niepłacenie podatków. Co ważne, chodzi o luki i nieuzasadnione
przywileje, ale nie o ulgi i zwolnienia, które mają ważny sens
ekonomiczny. Spójrzmy na bilans płatniczy Polski. Saldo dochodów – w
którym mieszczą się m.in.: dywidendy firm, pensje menedżerów
zagranicznych – jeszcze w 2001 r. wynosiło minus 5 mld zł, czyli był
stosunkowo niewielki wypływ pieniędzy, ale od 2003 r. ten ujemny wynik
zaczyna silnie rosnąć. W 2003 r. mieliśmy minus 14 mld zł, w 2004 –
minus 42 mld zł, w 2009 r. – minus 43,4 mld złotych. To są pieniądze
zarobione w Polsce, które co roku wypływają za granicę i tam są
wydawane. W latach 2003-2009 wypłynęło w ten sposób prawie 260 mld
złotych. Warto się przyjrzeć, czy został od nich w Polsce zapłacony
podatek, i czy nie był to millerowski podatek 19-procentowy…
Jest jeszcze ciekawsza pozycja w bilansie zatytułowana „Saldo błędów i opuszczeń”.
–
Zawiera transfery finansowe, które nigdzie nie zostały sklasyfikowane,
zawiera także wypływy nielegalne. To saldo bywało w ubiegłych latach raz
dodatnie na kilka miliardów, raz ujemne. I nagle w 2007 r. wyskakuje
minus 30 mld złotych! W 2008 r. – minus 53 mld zł, w 2009 r. – szok:
minus 65,6 mld złotych. Nikt nie wie, co to za pieniądze, może
nielegalne transfery w sektorze bankowym? To tutaj rząd powinien szukać
źródeł dochodów. Może zamiast zwiększać koszty utrzymania i tym samym
zaciskać pasa najbiedniejszym i klasie średniej, trzeba przyjrzeć się
realnym procesom w gospodarce, pilnować, co dzieje się z pieniędzmi, z
naszym dochodem narodowym, gdzie on ginie. Warto zdać sobie sprawę i
wyciągnąć wnioski z tego, że Polacy należą do najbiedniejszych w Unii
Europejskiej. Zanim się zacznie mówić o zaciskaniu cudzego pasa, warto
wiedzieć, że w 2006 r. 93,3 proc. podatników było w I grupie podatkowej
(najniższa stawka 19 proc. z dochodami do 3085 zł miesięcznie), a ich
średni dochód (brutto, ale po odliczeniu składek na ubezpieczenia
społeczne) wynosił niecałe 1100 zł (ze składkami było to nieco ponad
1200 zł). W 2008 r. w I grupie o nieco przesuniętej skali (dochody do
3708 zł) było 92,2 proc. podatników, a ich średni dochód wyniósł 1370 zł
(ze składkami 1490 zł) i był o 25 proc. wyższy w porównaniu z 2006 r. –
co wynikało częściowo z przesunięcia skali, a częściowo ze zmniejszenia
składki rentowej. Dlatego uzasadnione wydaje się twierdzenie, że
obniżenie tej składki przez prof. Zytę Gilowską wspomogło Polskę w walce
z kryzysem. Ale te liczby świadczą o tym, że olbrzymia większość
Polaków jest bardzo biedna. Potwierdza to udział kosztów związanych z
zatrudnieniem w PKB – jest jednym z najniższych w Europie – w 2008 r.
wyniósł 37,1 proc., podczas gdy w Europie norma to ok. 45-50 proc.
(najwyższy był w Szwajcarii – 61,2 proc., Danii – 56,3 proc., i w USA –
56 proc.). Wyższe dochody Polaków oznaczałyby nie tylko ich ogólną
pomyślność, możliwość oszczędzania (przecież połowa Polaków nie ma
żadnych oszczędności, dlatego jesteśmy na szarym końcu w Europie pod
względem oszczędzania), ale też wyższe wpływy z podatku dochodowego,
silniejsze państwo, lepiej sfinansowane obszary jego odpowiedzialności.
Dlatego mówienie o reformie finansów publicznych bez postulatu
uporządkowania całej gospodarki, sfery podziału dochodu narodowego tak
naprawdę nie ma większego sensu, jest po prostu nieprofesjonalne.
Trzeba
jasno powiedzieć, że Platforma Obywatelska, nie mając spójnego –
nastawionego na przyszłość, na czynniki długofalowo decydujące o naszym
rozwoju – planu, wpędza nas w sytuację, w której będziemy skazani na
status marnego, biednego kraju peryferyjnego Unii. A przecież chyba nie o
to nam chodzi…
Dziękuję za rozmowę.
