To nie idee się zestarzały

Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem, wykładowcą na Uniwersytecie
Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytecie w Bremie, rozmawia Jacek
Dytkowski

Na czym polegał fenomen pokolenia roku 1920?
– Myślę, że to wydarzenie pokazało, iż w pewnych dramatycznych sytuacjach
krańcowych Polacy potrafią się zjednoczyć, zmobilizować i ostatecznie wygrać.
Wiemy przecież, że mogło się to potoczyć zupełnie inaczej. Więc niewątpliwie
bitwa przechodzi do historii przede wszystkim jako zwycięstwo, i to w dodatku
osiągnięte w sytuacji prawie beznadziejnej, tragicznej.

Skąd takie zachowanie Polaków po ponadstuletniej niewoli?
– Na pewno wynika ono m.in. z faktu odzyskania niepodległości. Są różne teorie
na ten temat. Można powiedzieć, że był to efekt zmiany geopolitycznej i gdzie
indziej skupiały się siły decydujące o przyszłości tej części Europy. Są także
rozmaite oceny ruchu niepodległościowego w Polsce. Wydaje się jednak, że w
wydarzeniach 1918 r. zaważyły mobilizacja i determinacja polskiego
społeczeństwa. Oczywiście w tego typu działaniach na początku zawsze angażuje
się jego część – czyli elita, która doprowadziła w ogóle do odzyskania
niepodległości. W 1920 r. mieliśmy do czynienia z zupełnie realnym zagrożeniem.

Niektórzy nie postrzegali w ten sposób nadciągającej Armii Czerwonej…
– Byli oczywiście również polscy komuniści. Nie należy zapominać o tym, co
zostało opisane w utworze Stefana Żeromskiego "Na probostwie w Wyszkowie", gdzie
Julian Marchlewski i inni działacze komunistyczni chcieli, żeby Polska stała się
Republiką Rad. Jeśli więc mówimy o mobilizacji całego społeczeństwa, nie należy
rozumieć tego dosłownie, ale mieć na myśli jego przeważającą większość. Ludzie
walczyli wtedy w obronie wolności, którą nagle odczuli po uzyskaniu
niepodległości. Podobne rzeczy działy się zresztą wcześniej, np. w bitwie pod
Olszynką Grochowską w Powstaniu Listopadowym. Stolica stawiała wtedy opór, tak
jak i później – w 1939 roku. Wyrastało to właśnie z tej determinacji, próby
ochrony tego, co wywalczono w 1918 roku.

Czy dzisiejsze pokolenie ma wiele wspólnego z tym z 1920 roku?
– Trudno to porównywać. Dzisiaj sytuacja jest o wiele bardziej złożona. Myślę
nawet, że wielu młodych ludzi, którzy wydają nam się cyniczni albo zajęci
wyłącznie swoimi prywatnymi sprawami, byliby w stanie zmobilizować się w
sytuacji tego typu. Wtedy była ona łatwa do ogarnięcia w sensie intelektualnym,
o ile nie było się zaślepionym ideologią komunistyczną. Otóż w 1920 r. sytuacja
była klarowna, nadciągały obce wojska. Ustawienie się po jednej lub drugiej
stronie barykady oznaczało, że walczy się w obronie kraju albo jest się zdrajcą.
Dziś natomiast wielu młodych ludzi nie rozpoznaje sytuacji, która jest bardzo
złożona. W sensie intelektualnym trudniejsza do odgadnięcia. Bardzo łatwo jest
im wmówić na przykład, że stają w obronie państwa, gdy idą pod Pałac Prezydencki
i wznoszą okrzyki typu: "Kto nie skacze, ten za krzyżem". Na pewno jest też
część młodych, którzy w ogóle nie przywiązują wagi do niepodległości – bo tak
zostali wychowani. Jest przecież ideologia, która mówi, że są to bardzo stare
ideały, anachroniczne, a Polska przedwojenna była jedną wielką katastrofą. Są
osoby, które za całkowicie wystarczające uznają koncentrowanie się na życiu
indywidualnym, jednostkowym. Jest również ideologia europejska, która gdzie
indziej słabnie, a w Polsce odżywa. Czyli decydują tutaj dwie rzeczy: złożona
sytuacja oraz większy wpływ mediów. Możliwe, że gdyby w 1920 r. czytano prasę
angielską, istniałyby Twitter, Facebook i usiłowano by polską młodzież
przekonać, że nie ma sensu walczyć o coś tak absurdalnego jak wolna Polska,
wtedy może też inaczej zachowaliby się młodzi Polacy.

Sądzi Pan, że byłoby dziś możliwe zjednoczenie Polaków w sytuacji tak
szczególnej dla kraju?

– Myślę, że tak. Pokazały to trochę dni żałoby po katastrofie rządowego
samolotu, którym leciał prezydent Lech Kaczyński razem z delegacją. Znowu nie
będą to wszyscy, ale na pewno ta część, która potrafi zebrać się, przyjść,
zmobilizować i obronić wartości. Natomiast, niestety, rzadko takie działanie
przekształca się w bardziej trwałe struktury. Wydaje się również, że bardzo
często – w przeciwieństwie do tamtych czasów – brakuje nam przywódców.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj