Człowiek wielkiego formatu
Z Ewą Zając, wychowanką księdza prałata Zygmunta Malackiego, rozmawia
Maria Popielewicz
Jaki był ksiądz prałat Malacki?
– To był naprawdę i kapłan, i człowiek wielkiego formatu. Był zwyczajny i
niezwyczajny. Z jednej strony bardzo otwarty, serdeczny, uśmiechnięty, dowcipny,
świetnie współpracował z młodzieżą. Wszystko, co robił, czynił z wielką Bożą
pasją, z wiarą, że jest to wypełnianiem jego kapłaństwa, że służba maluchowi w
szkole podstawowej, studentowi w duszpasterstwie akademickim czy starszej,
schorowanej pani w konfesjonale są najważniejsze. Jego kapłaństwo było
autentyczne. On go nie oddzielał od sfery prywatnej, od rana do wieczora był
kapłanem. Nie było tak, że miał czas pracy i czas odpoczynku. I te wszystkie
zadania, które otrzymywał jako kapłan, wypełniał całym sobą.
Ostatnie miesiące życia ks. Malackiego zdominowała sprawa beatyfikacji ks.
Jerzego, ale wiele czasu ksiądz prałat poświęcał też na działalność
charytatywną…
– To był człowiek, który na co dzień był dobroczyńcą. Pomagał bardzo wielu
ludziom przez całe swoje życie. Wspierał finansowo rodziny, ale trzeba
podkreślić, że robił to z własnych środków, nie z jakiegoś parafialnego
funduszu, pomagał znaleźć lekarza, wykupić leki. Służył w duchu
chrześcijańskiego miłosierdzia. Ale także jako przełożony – czy jako rektor, czy
proboszcz – zawsze dbał, by zajmować się osobami biednymi, potrzebującymi,
chorymi, samotnymi, szczególnie dziećmi. Dlatego powstały te dwie fundacje –
"Pro Bono" w św. Annie, a tutaj, na Żoliborzu – Fundacja "Bonum". Obie miały na
celu organizowanie wypoczynku czy zajęć pozalekcyjnych dla dzieci i młodzieży, a
także poszukiwanie środków na wsparcie osób potrzebujących. Zatem nie tylko sam
działał, ale zapalał innych do dobroczynności. Podkreślał, że we wspólnym
działaniu jest wielka siła.
Każdy etap w jego życiu był zadaniem. Bardzo pragnął beatyfikacji ks. Jerzego.
Wiele trudu włożył w upamiętnianie ks. Jerzego, a beatyfikacja stanowiła
zamknięcie jednego z ważniejszych, albo najważniejszych, etapów jego życia. I
to, że mógł doczekać beatyfikacji, to dar Pana Boga i dopełnienie kapłaństwa
księdza prałata.
Była Pani przy księdzu Malackim, gdy przebywał w szpitalu, gdy odchodził…
– Tak. O swojej chorobie ksiądz prałat dowiedział się w marcu 2007 roku. I
swoistym cudem było, że przeżył prawie 3,5 roku. Bardzo wielu jego przyjaciół,
uczniów, wychowanków, parafian modliło się za niego od początku jego choroby.
Kiedy znalazł się w szpitalu, modlitwa została jeszcze bardziej spotęgowana…
Umarł spokojnie, łagodnie, otoczony modlitwą. Jesteśmy głęboko przekonani, że
razem z nami uczestniczył w tej modlitwie. Znosił swoje cierpienie bardzo
mężnie. Już w okresie przygotowań do beatyfikacji czuł się słabo i był to dla
niego wielki wysiłek fizyczny, żeby się przygotować do tego wydarzenia, żeby
zorganizować uroczystości. Szczęśliwie Pan Bóg pozwolił, że sił mu wystarczyło.
Natomiast kilka tygodni po beatyfikacji musiał podjąć nowe leczenie i wtedy
zaczęła się jego golgota. Bo rzeczywiście bardzo cierpiał, ale wszystko
przeżywał w łączności z Bogiem, który dał mu spokojną śmierć. Po prostu zasnął.
W czasie modlitwy, wśród ludzi, którzy byli mu bliscy. Tam, przy jego łożu
śmierci, było kilka osób, ale co ciekawe, wszystkie one reprezentowały kolejne
miejsca związane z życiem księdza prałata. Był ktoś ze środowiska parafii w
Wiązownie, z Bródna, ze św. Anny i oczywiście ze św. Stanisława Kostki, i był
jego kolega kursowy. I w takim gronie towarzyszyliśmy mu w jego spokojnym
umieraniu. I tak naprawdę to ostatnie "amen" w Koronce do Miłosierdzia Bożego
było chwilą jego ostatniego westchnienia.
Dla mnie to była piękna śmierć. Ksiądz proboszcz wielokrotnie mówił, że chciałby
godnie odejść… i to się spełniło. To bardzo piękne świadectwo kapłana,
chrześcijanina, dobrego człowieka…
Dziękuję za rozmowę.
