Nieznośna dwuznaczność polityki

Z Henrykiem Skwarczyńskim, pisarzem mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, rozmawia Małgorzata Rutkowska

„Wolność
warta jest więcej niż wszystko inne” – pisze Pan w swojej najnowszej
książce „Majaki Angusa Mac Og”. Dostrzega Pan jakieś zagrożenia dla
wolności w Polsce? Rządzi przecież monopartia, która, jak dawniej PZPR,
przejęła wszystkie najważniejsze segmenty władzy.


Metaforycznie: im większy wzlot takiej monopartii, tym większy upadek.
Zakres wolności w Polsce od zarania odzyskania przez nią suwerenności
jest sprawą kontrowersyjną. Obywatele mają paszport w szufladzie, ba,
gdy podróżuje się do krajów Unii Europejskiej, wystarcza dowód
tożsamości. Z drugiej strony zaś wielu ludzi bulwersuje istnienie
wiodących mediów wyrosłych na „kulturze politycznej” nawet nie samych
przedstawicieli systemu, ale jego kolejnych reformatorów. Czyli innymi
słowy, nie są to media wyrosłe w sposób naturalny z potrzeby wolności.
Jest widoczny kontrast pomiędzy nimi a tymi, którzy są poddawani praniu
mózgu. Pokazał to film Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego
„Solidarni 2010”. Cofając się zaś w czasie – II Rzeczpospolita powstała
na skutek czynu zbrojnego. To on był zasadniczym impulsem w budowaniu
państwa po 123 latach nieistnienia. Komunistyczna Partia Polski była
przed wojną partią – ze względu na agenturalny charakter nielegalną
zresztą – nawołującą do przyłączenia Polski do rodziny narodów ZSRS. Za
to na przykład odsiadywał wyrok więzienia przyjaciel Czesława Miłosza,
niejaki Stefan Jędrychowski. Późniejszy aparatczyk i pupil generała
Iwana Sierowa. Po wojnie PZPR mogłaby realizować ochoczo program
włączenia PRL do Związku Sowieckiego, ale takiej potrzeby nie było.
Rosjanie kontentowali się istnieniem satelickiej Polski. Dzisiaj
niepokoi obecność poputczików PZPR, choćby w rodzaju Andrzeja Wajdy, w
otoczeniu partii rządzącej. Zagrożenia dla wolności w tym nie widzę.
Nastąpi natomiast zwiększona polaryzacja stanowisk w odniesieniu do
obywateli dawnej PRL, którzy nie cierpią jeszcze na amnezję.

Dla
tych, którzy nie chcą zapomnieć, wciąż ważna jest sprawa szeroko
pojętej lustracji. Ale ten temat, nie mówiąc już o dekomunizacji, został
przez obecną koalicję wypchnięty z głównego nurtu polityki. Jest jakaś
szansa na jego powrót do debaty publicznej? W jakiej formie powinno
dokonać się dziś rozliczenie z przeszłością?

– W sferze
dekomunizacji, jeśli kiedykolwiek ta rzecz powróci do polityki – a nie
uważam, że jest na nią za późno – powinno nastąpić ustawowe odsunięcie
byłych członków PZPR od możności zajmowania kierowniczych stanowisk w
państwie. Nade wszystko w sądownictwie i kluczowym Ministerstwie Spraw
Zagranicznych. Także ktoś o przeszłości Daniela Passenta nie może
reprezentować kraju jako ambasador. Polacy nie powinni zwracać uwagi na
„wrażliwość” w tym względzie zachodniej Europy. Tam populacje przeżyły w
dobrobycie prawie pół wieku, kiedy tu pastwiono się nad ludźmi.
Specyfika postkomunizmu musi być przy tym rozwiązana przez tych, którzy
doświadczyli jej na własnej skórze. Czy jest to możliwe? Rozwiązanie
Wojskowych Służb Informacyjnych pokazuje, że tak. Czytając raport
Antoniego Macierewicza – jest dostępny w internecie – można sobie zdać
sprawę, jak III Rzeczpospolita była spenetrowana przez KGB i GRU.

To
chyba nie tylko efekt grubej kreski i niepisanej amnestii dla
„właścicieli” PRL? Niemal wszystkie rządy po 1989 r. nie miały woli, by
osądzić i napiętnować komunizm.

– Dlatego dekomunizacja powinna
też dotyczyć tych, którzy rozpostarli parasol ochronny nad
komunistycznymi przestępcami, takimi jak Wojciech Jaruzelski czy Czesław
Kiszczak. Chronienie przestępców jest przestępstwem. Tym samym
Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy, Leszek Miller czy Włodzimierz
Cimoszewicz stali się współwinnymi popełnionych w minionej epoce
zbrodni. Nie mówiąc już o uwłaszczeniu, czego przykładem jest ich los
czy byłych powiatowych i wojewódzkich pierwszych sekretarzy. Dotychczas
partie rządzące skrywały ten widoczny gołym okiem problem, jakby nie
wierząc, że oskarżenie publiczne tych ludzi może przynieść skutek. W
wystąpieniach medialnych osobnicy tej formacji traktowani byli przez
prowadzących, ale też przez przedstawicieli partii postsolidarnościowych
jako przedstawiciele lewicy. Tym samym uzyskiwali status kogoś
zbliżonego do zachodnioeuropejskiej socjaldemokracji. Jest to
nieporozumienie. Oddano bez walki za cenę zaistnienia, a także poprzez
nieumiejętność wyartykułowania tych „subtelności” pewną przestrzeń,
wprowadzając dwuznaczność życia politycznego.

Ta sytuacja sprawia, że lustracją zajmują się dziś tylko nieliczne media i niezależni badacze.

W pełnym wymiarze dokona jej następne pokolenie historyków, tyle że dla
ofiar komunizmu – a jest ich wciąż wiele – nie będzie to już miało
żadnego znaczenia. Dzisiaj musimy doceniać to, co w tej materii zostało
jednak uczynione. Jeśli dowiaduję się, że Michał Boni, który kończył
polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim w tym samym roku co ja, był
tajnym współpracownikiem, a dzisiaj jest ministrem, że mąż koleżanki z
grupy – Julii Pitery – też ma kontestowaną w sądzie przeszłość, to jak
muszą się czuć osoby, którym złamali oni życie? Nawet więc przy całej
obecnie bezsilności ofiar trzeba głosić przy każdej okazji, co jest już
wiadome. Ryszard Kapuściński nie był – jak wiele osób chciałoby
utrzymywać – utalentowanym dziennikarzem i niewiele znaczącym
peerelowskim agentem. Jego analizy dotyczące krajów Trzeciego Świata
lądowały na biurkach przełożonych w Moskwie. Czy sprawy te ujrzą kiedyś
światło dzienne? Przypuszczalnie tak. Ale do tego czasu społeczeństwo
karmione będzie legendą, jaką to Kapuściński był złożoną postacią i jak
wrażliwą na społeczną niesprawiedliwość. W tej materii do wyjątków
należy Wojciech Dzieduszycki, który po ujawnieniu wieloletniej
współpracy z UB, a następnie SB, u schyłku swego życia publicznie
wyraził skruchę i żal wobec ofiar swego donosicielstwa. Większość
jednak, jak wspomniany Michał Boni, chodzi z podniesioną głową. Ba,
reprezentują oni wolną Polskę bez uczucia zażenowania, że byli niegdyś
Nieczajewem czy Razumowem w wysypisku śmieci – bo to jedynie pozostawili
po sobie komuniści – zarządzanym przez marksistowską ideologię.

Wspomniał
Pan o konieczności dekomunizacji wymiaru sprawiedliwości. Nie tylko nie
osądzono komunistycznych zbrodni, jak choćby zabójstwa Grzegorza
Przemyka, ale też nie wyjaśniono zagadkowego mordu na Piotrze i Alicji
Jaroszewiczach w 1992 roku. Przed paru laty złożył Pan w Prokuraturze
Okręgowej w Warszawie materiały będące podstawą książki „Jak zabiłem
Piotra Jaroszewicza”. Ktoś się nimi zainteresował?

– Byłem wtedy
skłonny spotkać się z osobami, które zaangażowałyby się w śledztwo
mające wykazać, czy zleceniodawcą mordu na Jaroszewiczach był Wojciech
Jaruzelski. Nie chodziło o sensację, ale o zweryfikowanie możliwości
popełnienia przestępstwa. I to nie byle jakiego, ale zabójstwa
politycznego uwikłanego w dziesiątki różnych uwarunkowań. Na to moje
pismo – łamiąc zresztą prawo, jeśli chodzi o termin udzielenia
odpowiedzi – nigdy nie odpowiedziano. Ba, wkrótce potem – z tego co wiem
– wykradziono z prokuratury resztki tego, co mogłoby w takim
dochodzeniu mieć znaczenie. Sam Jaruzelski także nabrał wody w usta,
choć otrzymał – na moją prośbę – od Wydawnictwa Arcana pierwszy
egzemplarz książki.

Nie miał Pan wątpliwości, że warto zbadać ten trop?

Wszystko, co nastąpiło pomiędzy rokiem 2007 a 2010, skłania mnie do
stwierdzenia, że sprawa powinna być jednak poddana prokuratorskiej
weryfikacji. Przydałaby się też wtedy publiczna debata, bo pomogłaby
wydobyć na światło dzienne udział Jaruzelskiego w Informacji Wojskowej w
stopniu daleko większym, niż uczynił to film Grzegorza Brauna. Film,
który przecież mocno trzyma się ziemi i nie fantazjuje. Na ślad
uczestnictwa Jaruzelskiego w podporządkowanej całkowicie KGB formacji,
już po moim zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa do
prokuratury, natrafili pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej. Zaznaczam
– już po tym, co złożyłem do prokuratury. Do samego więc wątku
morderstwa na Jaroszewiczach dochodzi jeszcze inny, mający swoje mocne
podstawy. Czy Wojciech Jaruzelski, zajmując stanowiska kierownicze w
reżimie komunistycznym, nie był agentem zainstalowanym i kierowanym
bezpośrednio przez Rosjan? Ustalenie tego faktu pozwoliłoby wiele
zrozumieć z najnowszej historii. Politycy, którzy tę sprawę
bagatelizują, przyczyniają się do coraz bardziej intensywnego
zakłamywania rzeczywistości.

Ostatnie wybory po raz kolejny
ujawniły pęknięcie Polski – na część wierną tradycyjnym wartościom,
patriotyczną, i na część jakby słabiej zakorzenioną w obywatelskiej
tożsamości, budującą na „lotnych piaskach” nowoczesności. Na ile ten
podział przypomina „dwie Ameryki”, jakie dochodzą do głosu przy
kolejnych wyborach?

– Dwie Polski? Dwie Ameryki? Tego się nie da
wyliczyć i wyniki jakichkolwiek wyborów nie są w pełni do tego
racjonalną przesłanką. Co prawda dla Amerykanów wojna domowa w XIX wieku
na wiele lat wykreśliła taką właśnie linię podziału. W ostatnich latach
także nie brakowało teorii, że stany tradycyjnie związane z obecną
Partią Demokratyczną, do których zaliczyć można przykładowo te
znajdujące się w Nowej Anglii, powinny się połączyć z Kanadą, natomiast
reszta ogłosi secesję. I powstaną nowe Stany Zjednoczone wzorowane
bardziej na tym, co projektowali ojcowie założyciele. Nie przypuszczam
jednak, żeby do tego doszło. Natomiast wyborcze wahadło będzie coraz
bardziej w ruchu. Czyli jeśli prezydent Obama nie przekona społeczeństwa
do swej reformy państwa i swej polityki, to następne wybory – nie mam
tu na myśli jedynie wyborów prezydenckich – odmienią oblicze Stanów
Zjednoczonych. Różnica jest taka, że mieszkaniec USA nie musi mierzyć
się z tym, co trudno opisać, a już na pewno zrozumieć człowiekowi
Zachodu, czyli w przypadku Polski z trwającymi prawie ćwierć wieku
konsekwencjami istnienia potężnej grupy społecznej, która jeszcze
wczoraj reprezentowała państwo totalitarne. Przykładem – jednym z
dziesiątków tysięcy – jest członek SLD Tadeusz Iwiński. Wczoraj partyjny
wykonawca woli Moskwy. Dzisiaj parlamentarzysta o lewicowych poglądach.

Klucz do przyszłości Polski leży więc w uczciwym osądzeniu przeszłości?

Na oczach Polaków partia postkomunistyczna – bo do takiej należy SLD –
przepoczwarzyła się w partię nieledwie konserwatywną. Nieprzypadkowe są
słowa Aleksandra Kwaśniewskiego o „świętym prawie własności”. Przecież
gdyby doszło do jakichkolwiek w tym względzie rozliczeń, to tacy jak on
stoją w pierwszym szeregu tych, których stan posiadania byłby
kwestionowany, o czym jednoznacznie mówił w rozmowie Józef Oleksy z
Aleksandrem Gudzowatym. Najpewniej nigdy do tego nie dojdzie. Podobnie
jak dzisiaj nikt telewizyjnego prezentera nie będzie kojarzył z
partyjnym aparatczykiem, który za życia okradał społeczeństwo, ale zanim
wyzionął ducha, załatwił synowi intratną posadę. Wiemy przecież, że
dzieci przestępców nie są czemukolwiek winne. Taka jednak „młodzież”
stanowi wciąż szarą sferę poparcia dla partii, które w cień będą usuwać
możliwość ostatecznego rozliczenia się z tym, co pozostawił po sobie
komunizm. A pozostawił sporo.

Z reliktami komunizmu próbowali
walczyć ludzie, którzy razem z prezydentem Lechem Kaczyńskim zginęli w
katastrofie pod Smoleńskiem. Reprezentowali niezależne, propaństwowe
myślenie, byli symbolem odradzania się elit po hekatombie pierwszego
Katynia. Jakie będą długofalowe skutki tego dramatu?

– Katyń to
miejsce symboliczne. Symbol setek innych miejsc, gdzie wymordowano setki
tysięcy Polaków. Jątrzący jest jednak nie tylko sam fakt mordu, ale
skrywanie go przez dziesiątki lat przed oczyma światowej opinii
publicznej. Kłamał przecież nie tylko Stalin. Nie tylko przedstawiciele
angielskiej Partii Pracy. Nie tylko Chruszczow, Breżniew czy Andropow.
Nie tylko Gomułka, Gierek, Kiszczak i Jaruzelski. Wraz z nimi kłamały
miliony członków KPZR, a w kraju członkowie Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej, latami próbując wtłoczyć do głów żyjących kłamliwą wersję
zdarzeń. Pierwszy sekretarz partii w Skierniewicach, którym był Leszek
Miller, nie tylko głosił kłamstwo jako oficjalną prawdę, ale
uczestniczył aktywnie w uciszaniu jakichkolwiek głosów domagających się
prawdy. Dziś do pewnego stopnia historia się powtarza, choć kontekst
polityczny katastrofy jest nieco inny.

Rosja narzuca od pierwszych minut swoją narrację katastrofy…

Po stronie rosyjskiej wersji zdarzenia stoi murem Europa Zachodnia. A
nie są to przecież państwa totalitarne, ale pretendujące do wzorca
demokracji. Także obecna amerykańska administracja nie jest
zainteresowana pogorszeniem stosunków z Rosją niosącą gałązkę oliwną
czeczeńskim dzieciom czy gruzińskim podżegaczom wojennym. Putinowska
Rosja nie jest postrzegana przez świat Zachodu jako sprawca wielu
konfliktów wśród narodów dawnego Związku Sowieckiego, ale jako zasobne
państwo raczkującej demokracji. Taki kontekst polityczny nie wróży
dobrze zabiegom mającym prowadzić do ustalenia prawdy.
Co nie
znaczy, że w internecie nie będą się ukazywać takie analizy katastrofy
jak ta – szalenie rzeczowa i ciekawa – przeprowadzona przez Gene’a
Poteata, emerytowanego już, ale o międzynarodowym doświadczeniu,
analityka działu naukowego Centralnej Agencji Wywiadowczej. Nowojorski
kongresman Peter King złożył też 30 czerwca tego roku w Izbie
Reprezentantów rezolucję domagającą się powołania międzynarodowego
śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy. Będzie ona najpewniej
rozważana po wakacjach, ale w obecnym układzie sił w Kongresie szanse na
jej przyjęcie są prawie żadne. Myślę, że dotarcie do prawdy będzie tak
samo żmudne jak ustalenie, kto naprawdę kierował zamachem na Jana Pawła
II. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie będzie utrzymywał, że za
zamachem stali pracownicy bułgarskiego wywiadu. Prawdziwy sprawca skrywa
wciąż swe oblicze w ciemnościach. Błąd zaniechania osądzenia komunizmu
na początku lat 90. odbijać się będzie czkawką przez wiele jeszcze
dziesiątek lat. Choć ma to odległy związek ze śledztwem w sprawie
katastrofy, to istnieją nici, które w pewnych płaszczyznach te
odniesienia ze sobą wiążą. Splatają się w gordyjski węzeł, którego
rozcięcie najpewniej nie będzie nigdy możliwe.

Próbował Pan te nici połączyć w jakąś całość?

W kwietniowy poranek, dosyć wcześnie, bo chyba przed godz. 6.00, buczy
telefon. Dzwoni mieszkająca w Melbourne moja siostra Joanna z
wiadomością o tym, co się wydarzyło. Idę na piętro do gabinetu i
otwieram komputer. Co pisze o tym prasa izraelska – to mnie interesuje.
Izraelczycy reagują niekiedy neurotycznie, ale też najszybciej
artykułują sedno sprawy. Czytam: „Israeli press accuses Putin of
Kaczynski’s elimination”. Prasa izraelska oskarża Putina o
wyeliminowanie Kaczyńskiego. Przeglądam kolejne artykuły. Co podaje
„Maariv”, „Haaretz”, czyli co piszą wiodące pisma o katastrofie pod
Smoleńskiem. Dla nich od samego początku podejrzanym jest Władimir
Putin. Dla izraelskich komentatorów nie ma w tej sprawie wątpliwości.
Nawet religijny „Be-Hadrei Haredim” wyraźnie wskazuje na przywódców
Rosji jako potencjalnych sprawców katastrofy. Nawet jeśli był to
wypadek, to jest i osoba podejrzana. Jest nią były oficer KGB, a obecnie
niekoronowany car Rosji Władimir Putin. Podejrzewać kogoś nie jest
przestępstwem. Jest naturalną rzeczą umysłu. Wiemy, że Putin morduje.
Także za granicą. Angielskie służby wywiadowcze pokazały to czarno na
białym. Wiemy o ataku na Gruzję i mordowaniu Czeczenów. A wszystko to
przy milczącej akceptacji Europy Zachodniej. Także Stanów Zjednoczonych,
zaprzątniętych swymi sprawami w Iraku i Afganistanie.

W
przeglądzie prasy polskiej tuż po katastrofie poza „Naszym Dziennikiem”
nie odnalazłby Pan żadnych rozważań na temat sugestii wiążących się z
rosyjskim wątkiem.

– Szokujące odkrycie! Żadne z
wysokonakładowych krajowych pism nikogo o nic nie podejrzewa. Ani słowa o
Putinie. Ba, milcząca zgoda na to, żeby to on prowadził śledztwo. Czyli
tak jakby zlecić Kiszczakowi śledztwo w sprawie skrytobójczych mordów
księży. On już dołoży starań, żeby sprawę wyjaśnić. Tyle że tamto miało
miejsce w państwie komunistycznym. Zniewolonym. A teraz jest wolna
Polska. Czy aby? Niedługo wszystko to zresztą przyjmie formę groteski,
kiedy pojawią się nawoływania do składania kwiatów na grobach tych,
którzy wywozili, gwałcili i zabijali. Na ich bagnetach zafundowano
Polsce pół wieku poniżającej propagandy, więzienia i mordowania tysięcy
ludzi. Dopiero po kilku tygodniach w polskich gazetach pojawią się
zdecydowane głosy o tym, że Rosjanie mogli jednak mieć coś wspólnego z
rozbiciem się samolotu. Niezależnie od tego, jak było, każde pytanie w
wolnym kraju ma swe pełne uzasadnienie. Każde. Każde racjonalne
podejrzenie należałoby sprawdzić.

Przecież jeśli kłamano przez pół wieku, to dlaczego nie miano by kłamać i teraz?

Wiemy, że ani jeden z tych, którzy strzelali do bezbronnych i
skrępowanych jeńców w Lesie Katyńskim – takich jak choćby pochodzący z
Kłobucka poeta Władysław Sebyła – nie stanął przed sądem. Czyli może
opłaciło się kłamać? Opłaciły się te wszystkie lata. A teraz to i tak
nie ma znaczenia. Przecież wszyscy oni już nie żyją. Nie ma Janusza
Kurtyki. Nie ma Zbigniewa Wassermanna. Nie ma Aleksandra Szczygły. Nie
ma ich. Po co się w ogóle nimi zajmować? Są ważniejsze sprawy. Trzeba
odpolitycznić media. Politycy też niech zajmą się sprawami ważnymi.
Ważnymi dla państwa. Dla społeczeństwa. A ponieważ od czegoś trzeba
zacząć, to niech na przykład każdy obywatel zawiesi w swym domu portret
nowego prezydenta. Władysław Gomułka dał niegdyś przykład, nawołując
Naród do jedności. To będzie sygnał na zgodę. Zgoda przecież buduje.
Mołotow umierał, mając 97 lat, w swej daczy i w otoczeniu wnuków…

Przy
okazji 30. rocznicy Sierpnia ’80 powraca temat inspiracji tych wydarzeń
przez sowieckie służby specjalne, które w pewnym momencie wymknęły się
spod kontroli. Anatolij Golicyn ma rację, pisząc, że komunizm ewoluował
według zaplanowanego scenariusza?

– Trudno uchwycić granicę
pomiędzy tym, co mogło być planowane, a tym, co nastąpiło spontanicznie.
Oba te elementy nieustannie ze sobą konkurują. Jeśli przyjmiemy za
dobrą monetę słowa Kiszczaka – a ja je przyjmuję – że „Solidarność” była
kontrolowana przez podległe mu służby, to wciąż nie sposób procentowo
wyliczyć, co tej kontroli się wymykało. Sytuacja odmienna w zestawieniu
na przykład z hierarchią Kościoła prawosławnego w Rosji. Ta była
kontrolowana przez KGB w stopniu, który pozwala na użycie frazy
„kontrolowana całkowicie”. Historia pokazuje, że nawet w okresie
stalinizmu prześwietlenie mózgów wszystkich obywateli było niemożliwe.
Nikt też nigdy nie będzie w stanie przewidzieć – nawet fantazja
nieprojektowana – kiedy historia wpada w galop i przenosi nas w inną
rzeczywistość. Myślę, że największym szokiem dla komunistów było nie to,
co działo się z dnia na dzień w procesie rozpadu systemu, ale to, co
nastąpiło potem.

Scenariusz wydarzeń w poszczególnych krajach
bloku komunistycznego przebiegał odmiennie. Można sobie wyobrazić
alternatywną wersję w Polsce?

– Realny był dla polskich
komunistów rumuński wariant historii. Ale potrafili nawet z rumuńskiej
lekcji wyciągnąć wnioski. Podobnie było przecież ze śmiercią Józefa
Stalina. Ledwie zamknął oczy, a już szykowano się – nawet Ławrientij
Beria miał takie intencje! – do wskoczenia na trybunę i zakrzyknięcia:
Oto ta kreatura nie żyje, ale my mamy ręce czyste jak śnieżnobiały
świąteczny obrus i nie boimy się poprowadzić was w lepszą przyszłość.
Ostatecznie zrobił to Nikita Chruszczow. Człowiek odpowiedzialny za
śmierć paru milionów ludzi na Ukrainie i osoba odpowiedzialna za
utopienie węgierskiego powstania 1956 roku w morzu krwi. W Polsce
chwytem tym posłużyli się prawie wszyscy, zainspirowani Chruszczowem,
architekci stalinizmu. Ideologia stawała się już sprawą drugorzędną.
Jeśli nie trzeciorzędną. Czy opłaciło im się? I to jak jeszcze! Do dziś
wymierają jako bohaterowie wolnej Polski. Ci młodsi – taki odpowiednik
Hitlerjugend – brali z nich przykład. W suwerennej Polsce stali się
prezydentami, marszałkami Sejmu, posłami, ministrami, senatorami. Także
strona finansowa zapewniona została do czwartego pokolenia do przodu. I
proszę zwrócić uwagę, że politycy – nawet ci bardziej w swych poglądach
skrajni – nie mówią już o rozliczeniu komunistów. Tacy jak Aleksander
Kwaśniewski, Sławomir Wiatr, Józef Oleksy czy Włodzimierz Cimoszewicz to
na dzisiaj dżentelmeni. Ludzie o co najwyżej innych poglądach
politycznych. A przecież im z butów wyłazi słoma. Słoma utaplana
moralnie we krwi tych, którzy za wolność Polski zapłacili najwyższą
cenę.

Dziękuję za rozmowę.

Henryk Skwarczyński – pisarz
urodzony w Polsce w roku 1952, mieszkający w USA. Były korespondent
„Głosu Ameryki” i wykładowca w Defence Language Institute w Monterey w
Kalifornii. Autor m.in. wydanych w kraju przez krakowskie Wydawnictwo
Arcana książek: „Jak zabiłem Piotra Jaroszewicza” i „Majaki Angusa Mac
Og”.

drukuj