Głowa państwa w roli notariusza

Najmniej obaw mam co do tego, jak nowy prezydent sprawdzi się w roli,
nazwijmy to, reprezentacyjno-ceremonialnej, polegającej np. na wygłaszaniu
okolicznościowych przemówień itp. Nie widzę natomiast powodu do optymistycznych
prognoz co do działań nowego prezydenta w tej sferze, którą można nazwać jego
realną władzą.

Nie lekceważę roli reprezentacyjnej głowy państwa i myślę, że do jej pełnienia
prezydent elekt jest przygotowany nie najgorzej. W 2004 roku, w ramach
zorganizowanych przez śp. prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego obchodów 60.
rocznicy Powstania Warszawskiego, słuchałem przemówienia posła Komorowskiego
otwierającego rekonstrukcję heroicznych i tragicznych wydarzeń na warszawskiej
Woli w sierpniu 1944 roku; muszę przyznać, że było to niezłe przemówienie.
Byłoby bardzo dobrze, gdyby nowy prezydent starał się dorównać klasie
rocznicowych przemówień swego śp. poprzednika, np. przemówienia wygłoszonego
przed rokiem na Westerplatte czy tego, które Lech Kaczyński miał w tym roku
wygłosić w Katyniu.
Jeśli zaś chodzi o sprawowanie władzy, sytuacja wygląda zgoła inaczej. Zacznę od
polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa.
W krótkim okresie tymczasowego wykonywania obowiązków głowy państwa marszałek
Komorowski pokazał, że jego ambicja zaistnienia w sprawach zagranicznych nie ma
dostatecznego pokrycia w jego wiedzy, charakterze i wyobraźni. Dążąc do
"wizerunkowych" sukcesów w kampanii wyborczej, marszałek popełnił, z punktu
widzenia polskich interesów, co najmniej poważne błędy taktyczne w dwóch
sprawach: naszych relacji z Rosją i wojskowej obecności w Afganistanie.

Pasmo błędów i zaniechań marszałka
Przeszło 2,5-letni okres pełnienia przez Bronisława Komorowskiego funkcji
marszałka Sejmu to czas, w którym reformowano Unię Europejską, i powinno nam
było zależeć na dobrym usytuowaniu naszych izb ustawodawczych w unijnym systemie
decyzyjnym (por. mój artykuł "Zmarnowane pięć minut marszałka", "Nasz Dziennik"
z 2 lipca br.). Marszałek jest, niestety, typowym reprezentantem tej części
polskiej klasy politycznej, która do Unii ma stosunek nie realistyczny, lecz
adoracyjny – troszczy się nie tyle o to, żeby Polsce było dobrze w Unii, ile o
to, żeby Unii było dobrze w Polsce.
Można mieć tylko nadzieję, że PO i popierany przez nią prezydent wreszcie
przestaną propagandowo grać unijną Kartą Praw Podstawowych (KPP) i sprawą tzw.
protokołu polsko-brytyjskiego. Protokół ten minimalizuje ryzyko użycia Karty
przeciwko polskiej demokracji i polskim interesom narodowym. Dla każdego trzeźwo
oceniającego, ale nie dla euroentuzjastów z PO i SLD, przystąpienie naszego
kraju do protokołu jest osiągnięciem braci Kaczyńskich, a nie polskim kłopotem.
Demagogiczna kampania na rzecz "dobrej" KPP przeciwko "złemu" protokołowi,
prowadzona przez Donalda Tuska i jego kolegów jeszcze przed wyborami
parlamentarnymi w 2007 r., nie wystawia im dobrego świadectwa. Jest przykładem
lekceważenia racji stanu połączonego z niekompetencją, dyspozycyjnością wobec
federalistycznych tendencji w UE i tanim populizmem (za taki trzeba uznać
wmawianie Polakom, że protokół im coś "zabiera"). Zdaje się, że marszałek po
pierwszej turze wyborów chciał pozytywnie odpowiedzieć na apel Grzegorza
Napieralskiego w sprawie KPP, ale ludzie mądrzejsi od kandydatów w zapleczu obu
tych panów zorientowali się, że lepiej będzie, jeśli temat zostanie "wyciszony".
Skandaliczna uchwała Sejmu RP z 20 grudnia 2007 r. dystansująca się od protokołu
polsko-brytyjskiego (za – 248 głosów, w tym marszałka, przeciw – 142 głosy)
pozostaje jednak faktem, nad którym nie sposób przejść do porządku dziennego.

Polityk-zakładnik
O realnej władzy prezydenta RP w sferze polityki wewnętrznej mówi się, że ma
charakter głównie negatywny. Jej najważniejsze instrumenty to prawo wetowania
nowo uchwalonych ustaw albo ich kierowania do Trybunału Konstytucyjnego. W
sprawach, w których "pakiet kontrolny" będzie trzymać w Sejmie partia Donalda
Tuska, trudno się spodziewać, że prezydent będzie aktywny w imię ponadpartyjnych
racji (np. media publiczne i IPN), solidarności społecznej (np. reforma służby
zdrowia) czy fundamentalnych zasad moralnych (np. zapłodnienie in vitro – bardzo
chciałbym się mylić zwłaszcza w tej sprawie).
Dotychczasowa działalność marszałka pozwala przewidywać, że jako głowa państwa
nie będzie wybitnym politykiem. Choćby w takim sensie, żeby trudne decyzje
podejmował po starannym przemyśleniu, opierając się na własnych przekonaniach,
brał za nie pełną odpowiedzialność i potrafił ich bronić także wobec
politycznych przyjaciół. Przypuszczenie to opieram na dwóch przesłankach.
Po pierwsze, w czasach III RP Bronisław Komorowski miał zawsze nieodpartą
potrzebę współbrzmienia ze swoim aktualnym środowiskiem, w którym ton nadawał
zresztą kto inny, potrzebę uznania i akceptacji przez swoich. Wiele jego popisów
retorycznych, nierzadko pełnych pogardy lub godnych Palikota insynuacji wobec
politycznych przeciwników ("Jaka wizyta, taki zamach", "Jest nie tylko Miro, ale
i Przemo"), najwyraźniej służyło zaspokojeniu potrzeby poklasku we własnym
zapleczu partyjno-medialnym. Będzie nadal zakładnikiem jego oczekiwań.
Po drugie, marszałek w swoich wypowiedziach, np. na tematy konstytucyjne i
europejskie, dawał dowody tego, że brakuje mu wyrobienia, polotu i precyzji w
sprawach prawno-ustrojowych – tego, czego mielibyśmy prawo oczekiwać od osoby na
stanowisku szefa izby parlamentu dużego państwa. Nie chodzi tu o brak
prawniczego wykształcenia; trzej poprzedni marszałkowie – Marek Borowski, Marek
Jurek i Ludwik Dorn – też nie byli prawnikami, ale przy wszystkich różnicach
łączyło ich to, że byli dobrze lub wręcz bardzo dobrze przygotowani od strony
prawnej, potrafili wnikliwie analizować skomplikowane materiały i suwerennie
korzystać z różnych opinii. Marszałek Komorowski najwyraźniej nie miał do tych
rzeczy ani głowy, ani cierpliwości. Często sprawiał wrażenie, że nie do końca
wie, o czym mówi, za to kurczowo krył się za opiniami ekspertów, którzy skłonni
są przedstawiać interpretacje wyrażające ich własne preferencje polityczne i
ideologiczne jako prawdy absolutne. Zapewne niejeden raz się zdarzy, iż
prezydent Komorowski, w zaufaniu do swoich doradców, podpisze jakąś ustawę,
którą później Trybunał uzna za niekonstytucyjną, albo zablokuje z powodu
rzekomej niezgodności z Konstytucją lub prawem europejskim ustawę, która w
Trybunale by przeszła.

Prezydent bardzo z siebie zadowolony
W lutym br. partyjni koledzy marszałka z Platformy wnieśli do laski
marszałkowskiej projekt nowelizacji Konstytucji RP, którego celem jest – moim
zdaniem niezwykle szkodliwe – zmarginalizowanie roli głowy państwa, m.in.
poprzez osłabienie siły weta ustawodawczego i ograniczenie swobody decyzji
prezydenta w sprawach ratyfikacji umów międzynarodowych i nominacji
sędziowskich. Mimo zmiany sytuacji politycznej po katastrofie smoleńskiej
projektu nie wycofano i 27 kwietnia marszałek zakwalifikował go do pierwszego
czytania na plenarnym posiedzeniu Sejmu (druk nr 2989). W kampanii wyborczej nie
nadawano sprawie rozgłosu, bo doprawdy trudno byłoby zmobilizować elektorat PO
do głosowania na prezydenta, który znaczyłby tak mało, jak chcą partyjni koledzy
marszałka. Donald Tusk być może chciałby przejść do historii jako ten, którego
zasługą będzie ustrojowe zredukowanie urzędu głowy państwa do roli notariusza,
który bez szemrania sygnuje to, co postanowi ośrodek władzy skupiony wokół
premiera – "kanclerza" i szefa rządzącej partii w jednej osobie. Taka zmiana
Konstytucji jest jednak na razie mało prawdopodobna ze względu na rozkład głosów
w Sejmie. W zasięgu ręki jest natomiast praktyka, że prezydent działa tak, jak
gdyby konstytucyjna poprawka PO obowiązywała. I jest bardzo zadowolony z siebie
oraz ze stanu państwa. Do takiej roli Bronisław Komorowski nadaje się idealnie.

Dr Bolesław Banaszkiewicz

Autor jest doktorem nauk prawnych, w latach 2006-2007 był wiceprezesem Rady
Legislacyjnej przy premierze.

drukuj