Przekraczanie Rubikonu

Komentarze tuż po I turze wyborów prezydenckich skupiły się na wyniku
Grzegorza Napieralskiego. Uznano go dość zgodnie za co najmniej dobry.
Naturalnie więc pytania o II turę formułowane były w kontekście 2,3 mln
głosów wyborców Napieralskiego jako pola do zagospodarowania. Od razu
też pojawiły się kwestie związane z możliwymi targami z obozem lidera
Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz z ceną, jaką przyszłoby zapłacić za
jego publiczne poparcie. Co taka optyka przed drugą turą oznacza dla
Bronisława Komorowskiego, a co dla Jarosława Kaczyńskiego?

Czy
warto walczyć o lewicowy elektorat?

Sądzę, że tylko dla
Komorowskiego może to być optyka sensowna. Przede wszystkim dla wyborców
Napieralskiego marszałek Sejmu jest znacznie częściej kandydatem
„drugiego wyboru” niż Kaczyński – jeśli wierzyć badaniom CBOS.
Oficjalnie obóz Platformy Obywatelskiej odżegnuje się od możliwości
zainicjowania cichych negocjacji z Napieralskim, poza tym poparcie ze
strony Włodzimierza Cimoszewicza nie wywołało żadnego widocznego skutku.
Niemniej jednak prasa informowała już, że na ostatnie posiedzenie
zarządu PO Napieralski został podobno zaproszony przez Komorowskiego,
wbrew intencjom premiera Donalda Tuska. Z pewnością marszałek Sejmu
przyjął Napieralskiego w Belwederze. Czy kandydat PO będzie się w stanie
zdystansować od lewicowego elektoratu, zwłaszcza wobec zapowiedzi
ponownego sięgnięcia po strategię straszenia recydywą IV RP? Marek Belka
został mianowany prezesem Narodowego Banku Polskiego. Także zapowiedzi
wycofania naszych wojsk z Afganistanu to pozytywna dla lewicowego
wyborcy wiadomość. Cena, jaką Komorowski za to zapłaci, to rozmycie
wizerunku, ale powiedzmy szczerze – klarownego wizerunku kandydata PO
brakuje od początku tej kampanii.
W przypadku Jarosława Kaczyńskiego
rozważania i działania pod kątem ewentualnych umizgów do Napieralskiego i
lewicowego elektoratu są mało zrozumiałe i powodują więcej szkody niż
pożytku. Po pierwsze, lider PiS na taktyce sojuszów z partnerami
odległymi ideowo raz już się sparzył. Koalicja z Samoobroną i Ligą
Polskich Rodzin pozwoliła na utworzenie rządu, a potem „skonsumowanie
przystawek”, ale cena, jaką przyszło zapłacić za marginalizację tych
dwóch ugrupowań, była chyba zbyt wysoka. W tym kontekście flirt z
Napieralskim to już przekroczenie Rubikonu, działanie zniechęcające
elektorat PiS – zwłaszcza tę jego część, dla której ważne są wartości
patriotyczne oraz tradycje niepodległościowe, a idea sanacji państwa
bliska. Po drugie, Kaczyński zniweczyłby ugłaskiwaniem lewicy
wcześniejsze starania o zmianę wizerunku, w którym ważnym negatywnym
elementem był jego makiaweliczny charakter. Makiaweliczny – bo
pozwalający elastycznie na wszelkie sojusze (przypomnijmy, PiS paktowało
już z SLD przy zmianach w TVP). Kaczyński nie może więc bezboleśnie
wyjść z uścisku z lewicowym elektoratem, chcąc jednocześnie zachować
wiarygodność. Już zresztą symbolika pojedynczych słów Kaczyńskiego jest
źle przyjmowana („lewica” zamiast „postkomunistów”). A zręczność posła
PiS Artura Górskiego objaśniającego tę sytuację jest zaiste z gatunku
słoniowatych. Także europoseł Marek Migalski tłumaczący przyjętą taktykę
brnie w ślepy zaułek. Zamknijmy więc rozważania nad wynikiem
Napieralskiego konstatacją, że jest on wewnętrzną sprawą lewicy. Wynik
ten pozwoli mu zapewne na uratowanie władzy w SLD i być może snucie
scenariuszy w kontekście przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. I
tyle.

Kto nie głosował, kto nie zagłosuje

Istnieją
wszak inne sposoby spojrzenia na elektorat. Zwróćmy uwagę na milczące w
pierwszej turze 45 proc. wyborców. Kto to był? Przede wszystkim
mieszkańcy najmniejszych i małych gmin, a z innej perspektywy –
mieszkańcy wsi. Docelowo stanowią oni elektorat Kaczyńskiego, który
wyraźnie zdobył najlepsze wyniki zarówno na terenach wiejskich, jak i w
małych gminach. Dla Komorowskiego być może zaktywizowanie niegłosujących
miałoby sens z perspektywy poszczególnych województw – cenne są tu
zwłaszcza warmińsko-mazurskie i opolskie. Tam kandydat PO zanotował
względnie dobry wynik, a frekwencja była dość niska.
Być może
kluczowy okaże się bój o województwo mazowieckie – tu obaj kandydaci
uzyskali bardzo zbliżone wyniki – w granicach 40 proc. poparcia. Jest o
co walczyć – w województwie tym mieszka najwięcej uprawnionych do
głosowania, a są to wyborcy zdyscyplinowani. Widoczne było to nie tylko
poprzez frekwencję w pierwszej turze – najwyższą w Polsce, ale także w
wyborach do Parlamentu Europejskiego, którymi zasadniczo polskie
społeczeństwo nie wykazało większego zainteresowania. Znów jednak walka o
województwo mazowieckie wyznacza zupełnie inne warunki dla obu
kandydatów. Kaczyński musiałby walczyć przede wszystkim o głosy
warszawian, Komorowski zaś o wyborców większości powiatów mazowieckich.
Zresztą wyrokowanie o górnych przedziałach potencjalnego elektoratu jest
niezwykle trudne. Wiadomo tylko tyle, że rzeczywisty elektorat PiS z
wyborów przeprowadzanych w ostatnich latach pęcznieje wyraźniej niż
elektorat PO.
Zasygnalizujmy też problem tych wyborców z pierwszej
tury, którzy z różnych względów nie zagłosują w drugiej turze. To raczej
większy ból głowy dla marszałka Komorowskiego. Wyczuła to „Gazeta
Wyborcza”, przypominając o pobraniu niezbędnych zaświadczeń potrzebnych
do głosowania poza miejscem zameldowania uczestnikom gdyńskiego
festiwalu Open’er. I pewnie czujnie przypomni to także wszystkim
urlopowiczom grillującym poza domem i wakacyjnej młodzieży…

Obciach
już nie działa?

Sposobem przechylenia szali na swoją stronę
będzie poszukanie przez obu kandydatów opowieści, która odróżni go od
rywala i pozwoli na najbardziej skuteczne wydzielenie elektoratu.
Wyraźne zaakcentowanie różnic zapowiedział już zresztą prezes PiS.
Propozycje obu sztabów są na razie niejasne. Podział na Polskę solidarną
i Polskę liberalną – pomysł PiS sprzed pięciu lat! – może okazać się
nieskuteczny, bo możliwy do skontrowania wyliczeniem rzeczywistych
działań rządów PiS, które niekoniecznie miały „solidarny” charakter. I
podobnie wygląda kwestia punktowania PO za chęci prywatyzacji służby
zdrowia. Z innej strony – dobry wynik Jarosława Kaczyńskiego w pierwszej
turze, a także scenki z filmu dokumentalnego „Solidarni 2010” wskazują,
że być może publiczne artykułowanie poglądów niepodległościowych,
propaństwowych, patriotycznych przestało mieć stygmat „obciachu”. Czy to
dla zwycięstwa wystarczający wątek? Wątpię.
Bronisław Komorowski –
jeśli uruchomi retorykę straszenia IV RP i „dorzynania watahy” – wejdzie
w nurt grząski, który prawdopodobnie nie porwie go do zwycięstwa, tak
jak stało się to w 2007 roku. Tym bardziej że nurt ten słusznie
utożsamiany jest z lewicowo-liberalnym establishmentem medialnym, który
aktualnie dodatkowo traci wiarygodność w zawiązku z (kolejnymi!)
nierzetelnymi sondażami wyborczymi. Poza tym można by zapytać o
przyczyny impregnacji kandydata PO na „obciachowość”. Czy impregnat
ciągle zapewnia szczelność w kontekście co najmniej kilku publicznych
gaf marszałka, kompromitującego wsparcia ze strony Władysława
Bartoszewskiego oraz całusa wysłanego przez gen. Marka Dukaczewskiego?
Niejako na marginesie zwrócę uwagę, że na oficjalnej stronie kandydata
PO nie znajdziemy informacji o jego łowieckich pasjach – czyżby podział
na myśliwych i niemyśliwych był dla marszałka zdecydowanie niekorzystny?

Debaty
nie do przecenienia

Dziś jednak nie bardzo widać, jakie są
wątki główne i poboczne narracji obu kandydatów. Liczę na to, że ujawnią
je debaty – czynnik nie do przecenienia dla ostatecznego wyniku
wyborów. Liczę, że będą to debaty sensu stricto, a nie dwie serie
nudnych monologów. Chciałbym posłuchać dyskusji o wizji przyszłorocznej
prezydencji Polski w UE, o stanie państwa w obliczu możliwej szansy
wykorzystania złóż gazu łupkowego, o wyzwaniach rozwojowych stojących
przed Polską dziś, za lat pięć i dwadzieścia; o pomysłach na
upodmiotowienie społeczeństwa i przedsiębiorców, a także o praktycznym
modelu prezydentury, który zapewne będzie wyglądał zupełnie inaczej u
obu kandydatów. Debaty powinny być dobrym przykładem myślenia o polityce
i uwolnieniem się od pozornych problemów i trzeciorzędnych dylematów w
rodzaju – „kot” czy „pierwsza dama”, in vitro czy nie, co dziś zrobił
poseł Palikot. Debaty powinny ujawnić różnice nie tylko w radzeniu sobie
z emocjami i językiem, ale przede wszystkim w formacie intelektualnym i
w strategicznym planie dla Polski. Dobre wrażenie lub zły smak,
zwłaszcza po debacie środowej, może pozostać do niedzieli, 4 lipca.

Daniel
Wicenty

Autor jest doktorem socjologii, wykładowcą
Uniwersytetu Gdańskiego.

drukuj