Kaczyński ryzykuje dużą stratę

Z dr Ewą Rzeczkowską z Katedry Historii Najnowszej Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego rozmawia Paulina Jarosińska

Zaskoczyła
Panią deklaracja Jarosława Kaczyńskiego na temat zaprzestania
definiowania lewicy jako postkomunistycznej?

– Niewątpliwie
Grzegorz Napieralski otrzymał bardzo dużą część głosów w pierwszej turze
wyborów, blisko 14 procent, tj. prawie 2 miliony głosów. Ta liczba może
przesądzić o zwycięstwie pozostałych kandydatów w drugiej turze. Choć
nie przeszedł do drugiej tury, jest w centrum zainteresowania obydwu
kandydatów. Wyborcy Napieralskiego nie mają obecnie swojego kandydata,
muszą wybrać między Jarosławem Kaczyńskim a Bronisławem Komorowskim.
Część tego elektoratu na drugą turę może w ogóle nie pójść, a pozostała
część może zagłosować tak, jak będzie się jej podobać, niezależnie od
tego, co lider SLD powie, a myślę, że nie zajmie żadnego stanowiska. Ale
elektorat Grzegorza Napieralskiego, co by nie mówić, jest proweniencji
postkomunistycznej.

Wypowiedź prezesa PiS świadczy o
radykalnym zwrocie w lewo?

– W ogóle w ostatnich dniach można
zauważyć, że polska scena polityczna jest mocno lewicowa, bo takie
poglądy deklaruje zarówno Bronisław Komorowski, jak i Jarosław
Kaczyński. Moim zdaniem, jest to niewątpliwie walka polityczna, a umizgi
w kierunku SLD są zagraniami kampanijnymi. Rodzi się tylko pytanie, czy
przyniosą one Jarosławowi Kaczyńskiemu więcej korzyści, czy raczej
strat. Odnosi się to również do Bronisława Komorowskiego. Trudno znaleźć
właściwą odpowiedź. Moim zdaniem, przyniosą więcej strat Kaczyńskiemu.

PiS
od początku starało się utrzymywać wizerunek partii, która w
zdecydowany sposób odnosi się do sprawy rozliczenia z przeszłością
komunistyczną (sprzeciw wobec nowelizacji ustawy o IPN). Czy ukłony w
stronę Napieralskiego, abstrahując od medialnej otoczki, oznaczają
koniec silnej opozycji parlamentarnej dla lewicy, która przecież swoją
genezę ma w komunistycznej PZPR?

– Według mnie, Kaczyński dużo
ryzykuje, mówiąc o swojej lewicowości, dlatego że jego wyborcy, którzy w
dużej części z lewicą nie mają nic wspólnego, mogą nie zechcieć na
niego zagłosować. To zniszczy jego wizerunek, jak Pani powiedziała,
silny i wyrazisty, wizerunek twardego przywódcy o jasnych poglądach na
przeszłość, na PRL. Moim zdaniem, te wypowiedzi Kaczyńskiego o tym, że
postkomunistów już nie ma, że są tylko działacze lewicowi, jak i
wypowiedź Girzyńskiego dotycząca Józefa Oleksego, mogą mu przynieść
niewiele korzyści, a właściwie duże straty.

Jak pozyskiwanie w
ten sposób głosów wyborczych może wpłynąć na ewentualną prezydenturę
Jarosława Kaczyńskiego?

– Niewątpliwie prezydent Lech Kaczyński
postawił sobie za jeden ze swoich kanonów przywrócenie polityki
historycznej. Uważam, że była to jedna z silniejszych stron jego
prezydentury. Mam nadzieję, że kandydujący na urząd prezydenta Jarosław
Kaczyński będzie kontynuował politykę swojego brata. Sam prezes PiS to
właśnie deklarował. Czy nastąpi rehabilitacja ludzi związanych z
komunizmem? Myślę, że jest to już niemożliwe. To proces nieodwracalny.
Warto tu choćby przywołać pracę IPN, historyków związanych z tym
instytutem. Powstała ogromna liczba prac, które mają na celu
odkłamywanie najnowszej historii Polski. Wierzę, że dzieło zmarłego
tragicznie Janusza Kurtyki znajdzie swoich młodych kontynuatorów, a
Jarosław Kaczyński będzie te działania wspierał. Liczę na to jako
historyk.

W publicznym dyskursie funkcjonują już tezy, jakoby
po katastrofie w Smoleńsku trzeba było zmienić retorykę na bardziej
koncyliacyjną. Ta zmiana może oznaczać porzucenie pamięci o przeszłości?


To bardzo trudne pytanie. Ja nie jestem zwolenniczką zmian, jeśli
chodzi o retorykę, bo to nie świadczy o szczerości kandydata. Jak
powiedziałam wcześniej, to jest retoryka kampanijna, tylko na użytek
kampanii wyborczej. Uważam, że wyborcy Jarosława Kaczyńskiego chcieliby
widzieć swojego kandydata jako silnego przywódcę, który wierzy w siłę
własnych poglądów. Takiego Jarosława Kaczyńskiego Polacy zobaczyli przy
grobie zmarłego brata. Po tragedii w Smoleńsku Polacy zjednoczyli się
wokół rodziny zmarłej pary prezydenckiej, a tamta sytuacja wzbudziła w
Polakach współczucie i poparcie dla Jarosława Kaczyńskiego. Moim
zdaniem, błędem było odejście od tamtego nastroju i zmiana retoryki na
obecną.

Powróćmy jeszcze do kwestii zdobywania głosów
Grzegorza Napieralskiego; ostatnio od członków PiS i samego prezesa
można usłyszeć o elementach programowych, które łączą obydwu kandydatów.


Ostatnio zarówno ze strony Bronisława Komorowskiego, jak i Jarosława
Kaczyńskiego można usłyszeć, że mają poglądy lewicowe. Obydwaj
zapraszają lidera SLD do rozmów, dziękowali mu podczas wieczoru
wyborczego. Bronisław Komorowski zadeklarował, że ma wiele zbieżnych
poglądów z Napieralskim, jak parytety czy kwestia refundowania
zapłodnienia pozaustrojowego. A Jarosław Kaczyński powołuje się na
wspólnotę poglądów w kwestiach socjalnych. Moim zdaniem, wyborcy
Napieralskiego zagłosują tak, jak im się będzie podobało. Te głosy mogą
się rozłożyć na obydwu kandydatów, ponieważ ludzie często nie kierują
się programem kandydata.

Czy można powiedzieć, że SLD zmienił
twarz, wystawiając Napieralskiego?

– Wystawienie Napieralskiego,
kandydata młodego, było chwytem reklamowym, żeby zdobyć elektorat
młodych ludzi. Moim zdaniem, w szeregach SLD nic się nie zmieniło. To
nadal partia z rodowodem komunistycznym, z silnym betonem
postkomunistycznych działaczy, co widać choćby w podpieraniu się przez
Napieralskiego prezydentem Kwaśniewskim. Twierdzę, że wybór
Napieralskiego to tylko chwyt marketingowy.

Do jakiego
elektoratu może odwoływać się Kaczyński, by nie wchodzić w alianse z
lewicą?

– Te umizgi do Napieralskiego mogły namieszać w głowach
części elektoratu Kaczyńskiego. Sam Kaczyński powinien raczej odwołać
się do ludzi jeszcze niezdecydowanych, jak równi7śeż do własnego
elektoratu, by go zmobilizować. Duża część społeczeństwa nie poszła na
wybory, więc do niej powinien skierować się prezes PiS.

Dziękuję
za rozmowę.

drukuj