Rząd i jego ulubiony prezydent

Donald Tusk włączył się
oficjalnie do kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego. Widocznie
doszedł do wniosku, że po pierwszej turze szanse partyjnego kolegi na
zwycięstwo nieco się zmniejszyły. Pan premier dobrze pamięta własną
klęskę w 2005 roku, kiedy to Lech Kaczyński pokonał go w drugiej turze,
mimo przegranej w pierwszej. Udział szefa rządu w kampanii Komorowskiego
to jeszcze jeden z bardzo wielu „państwowych” obowiązków, którym musi
dziś sprostać premier. O tyle jest to dziwne, że Bronisław Komorowski,
występując w kilku rolach: marszałka Sejmu, p.o. prezydenta i
oficjalnego kandydata Platformy Obywatelskiej do stanowiska prezydenta,
doskonale daje sobie radę z prowadzeniem kampanii i nie sprawia wrażenia
osoby oczekującej pomocy. W ostatnim tygodniu w ramach „prezydenckiej”
aktywności wręczał on medale strażakom za poświęcenie w akcji
przeciwpowodziowej, a podczas nagłej wizyty w Afganistanie zapowiedział
zwiększenie żołnierzom żołdu.
Premier wie, że druga tura wyborów
prezydenckich niesie zawsze większe ryzyko, gdyż nie wiadomo, jak
rozłożą się głosy tych, którzy popierali wcześniej innych kandydatów, i
nie wiadomo, jak postąpią ci, którzy jeszcze nie uczestniczyli w
wyborach. Ryzyko tym większe, że firmy sondażowe badające polityczne
nastroje Polaków, promując kandydata PO, znacznie straciły na
wiarygodności, a tym samym na skuteczności. Osłabiły swoją
mobilizująco-dezinformującą funkcję, która zachęcając sondażami do
poparcia pewniaka Komorowskiego, zniechęcała do głosowania na
potencjalnego przegranego, czyli Jarosława Kaczyńskiego.

Pomoc
premiera dla Bronisława Komorowskiego nie polega na zachwalaniu własnego
kandydata, ale na krytykowaniu i ośmieszaniu jego kontrkandydata. To
typowa metoda walki politycznej Platformy Obywatelskiej z jej
pięcioletniego repertuaru. Sprowadza się do przypominania słów czy
całych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, które mają udowodnić jego
obłudę i zakłamanie. Ponieważ gra toczy się o głosy lewicy, która
zagłosowała na Grzegorza Napieralskiego, niektóre „zaprzyjaźnione” z
rządem media z lubością przypominają dawne wypowiedzi Kaczyńskiego o
przestępczym charakterze SLD. Ma to osłabić wiarygodność szefa PiS,
który tak jak PO poszukuje poparcia na lewej stronie sceny politycznej.
Tymczasem deklaracje Kaczyńskiego o lewicowym, a nie postkomunistycznym
obliczu obecnego SLD, mimo obecności w nim wielu byłych członków
komunistycznej partii, są dziś w dużym stopniu uzasadnione. Grzegorz
Napieralski, choć jest synem etatowego instruktora z Komitetu PZPR w
Szczecinie, był zbyt młody, by współtworzyć „przewodnią siłę narodu”, a
głosujący dziś na niego młodzi ludzie widzieli w nim lewicowca, a nie
młodego komunistę czy postkomunistę. Gdyby te same media przypomniały
liczne i nie tak dawne, bo sprzed dwóch lat, wypowiedzi Stefana
Niesiołowskiego o Grzegorzu Napieralskim („obrzydliwy”, „załgany”,
„zakłamany hipokryta”, „polski Zapatero”) oraz główną sentencję: „My,
Platforma Obywatelska, żadnych rozmów z panem Napieralskim prowadzić nie
będziemy”, byłaby może jakaś symetria w przedstawianiu nastawienia obu
tych partii do lewicy. Niestety, tej symetrii nie ma, a Niesiołowski
deklaruje dziś bardziej przyjazne (niż PiS) związki PO z lewicą.
Ale
chorobą polskiej młodej demokracji – i to znacznie gorszą od tej, która
polega na stosowaniu podwójnych standardów – jest nieustanne odmawianie
opozycji prawa do istnienia w państwie. Jarosław Kaczyński doświadczył
tego już 17 lat temu, kiedy jego partia – Porozumienie Centrum, została
uznana za antydemokratyczną i antypaństwową i wobec której prowadzono
inwigilację za pomocą tajnych służb. Przejawem właśnie takiego
„totalniackiego” myślenia jest ostatnie wystąpienie premiera Tuska o
poparcie kandydatury Bronisława Komorowskiego tylko dlatego, że rządowi
potrzebny jest zgodny (czyli swój) prezydent, by przeprowadzić w Polsce,
w ostatnim roku przed wyborami parlamentarnymi, niezbędne reformy.
Przez trzy lata rząd wmawiał nam, że przeszkodą do dalszego
modernizowania kraju jest osoba Lecha Kaczyńskiego na urzędzie
prezydenta. Prezydent miał nieustannie utrudniać rządzenie.
Tymczasem
Donald Tusk, uzasadniając swoją rezygnację z kandydowania na urząd
prezydenta, przekonywał nas, że funkcja prezydenta w państwie jest bez
większego znaczenia (żyrandole itd.) i tylko rząd ma pełne możliwości
wpływania na bieżącą politykę państwa. Teraz znowu apeluje o wsparcie
kandydata na prezydenta, dzięki któremu rząd będzie mógł przyspieszyć
wprowadzenie oczekiwanych reform. To, co nie mogło się udać przez trzy
lata, ma się udać teraz. Warunek – poparcie dla Bronisława
Komorowskiego, a będzie normalnie, a będzie pięknie, jak w tej piosence
wyborczej Platformy.
Tworzy się monopol, przy którym krótki okres
równoczesnego sprawowania władzy przez premiera Jarosława Kaczyńskiego i
prezydenta Lecha Kaczyńskiego będzie wspominany jako czas wolności i
pluralizmu. Był to też dobry czas dla ówczesnej opozycji, którą była
wówczas PO. Jej „radosny” wniosek o dymisję wszystkich 19 ministrów
rządu Jarosława Kaczyńskiego przeszedł już do historii polskiego
parlamentaryzmu jako przykład kompletnego idiotyzmu. Warto też pamiętać,
że ówczesny premier Jarosław Kaczyński, gdy doszedł do przekonania, że
nie jest w stanie wywiązać się ze swoich konstytucyjnych obowiązków,
dobrowolnie ustąpił z urzędu, składając dymisję gabinetu na ręce brata,
prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I to jest przykład odpowiedzialnego
myślenia o państwie i demokracji. Jeżeli rząd nie daje sobie rady, to
podaje się do dymisji, a nie szuka pomocy u swojego ulubionego
prezydenta, nawet jeżeli jest nim rodzony brat.

Wojciech Reszczyński

drukuj