Przy Księdzu Jerzym był kawałek wolnej Polski

Z Wojciechem Bąkowskim, lekarzem, studentem Akademii Medycznej za czasów
duszpasterskiej posługi ks. Jerzego Popiełuszki, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z księdzem Jerzym Popiełuszką?
– Tak. Było to we wrześniu 1979 roku w kościele św. Anny na Krakowskim
Przedmieściu, gdzie ksiądz Jerzy prowadził wówczas duszpasterstwo medyczne.
Dołączyłem do grupy, która zbierała się w kościele św. Anny. Spotykaliśmy
się co tydzień, zawsze w piątki wieczorem. Kiedy w maju 1980 roku ksiądz
Jerzy przeszedł na Żoliborz, razem z nim przeniosła się nasza grupa.

Co wyróżniało księdza Jerzego na tle innych kapłanów, których Pan
wtedy znał?

– Niezwykła łatwość nawiązywania kontaktów. Miał wielki dar spotykania się
z ludźmi, jakąś charyzmę skupiania wokół siebie różnych osób. Myślę,
że jego cechy osobowościowe, a także bardzo dobry stosunek do nas – taki
prawie koleżeński, i ciekawe zagadnienia, które były poruszane na
spotkaniach, pociągały studentów. Tam zawsze coś się działo. Można
powiedzieć, że ksiądz Jerzy jak gdyby mniej od nas wymagał, a więcej starał
się nam dawać. Myślę, że to wyróżniało tę grupę od innych. Poza tym
ksiądz Jerzy niezwykle starannie przygotowywał nasze konwersatoria. Zapraszał
na nie wybitnych ludzi, jak chociażby profesorostwo Emilię i Antoniego Chrościckich
czy dr. Aleksandra Waliszewskiego z Poznania, ostatniego żyjącego wówczas
przedwojennego badacza Całunu Turyńskiego. Czuliśmy się jak w jednej
wielkiej rodzinie. Ksiądz Jerzy uczestniczył w naszych imieninach, urodzinach,
ślubach, chrztach, pogrzebach… Starał się, w miarę możliwości, pomagać
nam w tym wszystkim.

Czyli od początku był dla Pana i innych studentów medycyny jak członek
rodziny…

– Dokładnie tak. On taki był. Jego najważniejszą misją było przybliżanie
ludziom Boga. Bardzo się cieszył, kiedy ludzie przychodzili do niego do
spowiedzi, gdy coraz więcej osób uczestniczyło we Mszach Świętych, słuchało
jego kazań.

Których tak naprawdę zawsze bardzo się obawiał i poświęcał wiele czasu
na ich przygotowanie…

– To prawda, zawsze mówił, że nie umie śpiewać i mówić kazań, co brzmiało
nawet trochę śmiesznie, bo nieźle śpiewał i głosił wspaniałe kazania. Często
mówił do nas: "No idźcie już, jest godzina 22.00, a ja na jutro nie mam
przygotowanego kazania. Muszę je wygłosić o godzinie 10.00 do parafian na Żoliborzu,
przecież tylu ludzi przyjdzie, coś zechcą usłyszeć, ja muszę im coś mądrego
powiedzieć". Swoje kazania spisywał na karteczkach drobnym drukiem i
odczytywał. Nigdy nie wychodził nieprzygotowany. Coś było w tych krótkich
kazaniach, nie wiem, czy chodziło tu o jego intonację czy o treści w nich
zawarte, lecz zmuszały one do słuchania. Zwróciłem na nie uwagę już
jesienią 1979 roku w kościele Świętej Anny na Mszy św. dla studentów o
godz. 21.00, gdy jeszcze nie znałem nazwiska kapłana, który je mówił. Jak
się wkrótce dowiedziałem, był to ks. Jerzy Popiełuszko. Gdy tylko mogłem,
starałem się uczestniczyć w sprawowanych przez niego Eucharystiach, by usłyszeć
kazania, w których wzywał do solidarności serc i umysłów.

Podkreślał, że "Solidarność" żyje, wierzył, że odegra rolę
w odnowie moralnej Narodu. Jak Pan się na to zapatrywał?

– Te słowa przewijały się w jego rozmaitych kazaniach, oczywiście wszyscy w
to wierzyli. Ksiądz Jerzy mówił, że "Solidarność" jest z ducha
Ewangelii, z inspiracji ewangelicznych i w związku z tym musi zwyciężyć.
Msze Święte za Ojczyznę tworzyły pewnego rodzaju przestrzeń wolności. Ksiądz
Jerzy uważał, że nie może milczeć, bo innym odebrano głos. Że jest on właśnie
głosem tych, których uwięziono, internowano, zabito, których wyrzucono z
pracy, którzy mówić nie mogą itd. Swoje nauczanie zawsze opierał na tym, co
mówili Ojciec Święty Jan Paweł II i ks. kard. Stefan Wyszyński, którego
bardzo cenił i szanował. Proszę zwrócić uwagę na jedną rzecz – w styczniu
1982 roku ksiądz Jerzy nie powiedział w ogóle kazania, po Ewangelii oznajmił:
"Ponieważ odebrano nam wolność słowa, kazania nie będzie". Te słowa
odebrane zostały jak najlepsze kazanie. Ksiądz Jerzy mówił za nas, tu był
kawałek wolnej Polski. Kiedy pytałem go w grudniu 1983 roku, po jego
dwudniowym aresztowaniu, czy się za bardzo nie naraża, odpowiedział: "Słuchaj,
jeżeli ludziom, którzy tutaj byli w niedzielę na Mszy św. za Ojczyznę, będzie
lżej i łatwiej przeżyć poniedziałek, to już to wystarcza, żeby się narażać".

Czy Msze Święte dla środowiska medycznego miały również taki podniosły
charakter jak comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę?

– Nie, miały charakter kameralny. Warto dodać, że ksiądz Jerzy regularnie
odprawiał też Msze Święte dla starszych pracowników służby zdrowia i
opiekował się tymi, którzy przebywali na ul. Elekcyjnej w Domu Wysłużonego
Pracownika, który nazywał zawsze Domem Zasłużonego Pracownika.

Można powiedzieć, że księdzu Jerzemu udało się zjednoczyć środowisko
medyczne?

– W sposób naturalny, bo raczej niezamierzony, połączył to środowisko. Oprócz
naszych cotygodniowych spotkań studenckich i Mszy Świętych w kościele św.
Stanisława Kostki odbywała się także ogólnopolska pielgrzymka służby
zdrowia na Jasną Górę, do której ksiądz bardzo zachęcał. Jego bezpośredniość
i dobroć to były cechy, które ujmowały. Za nim szli ludzie. I to nie tylko
studenci, ale przecież także świat pracy, nauki, sztuki. Miał poczucie
misji, że ma być kapłanem tu i teraz, bo Pan Bóg dał nam życie tu i teraz
i mamy żyć według Jego wskazań w konkretnych sytuacjach. Miał poza tym
wielkie poczucie odpowiedzialności za ludzi, którzy do niego przychodzili. Nie
zapomnę, jak całą naszą grupę poczęstował kiedyś herbatą, która wtedy
była towarem trudno dostępnym, i dał jeszcze każdemu z nas po paczce, bo
dostał jakieś dary.

To znaczy, że każdy, kto był w potrzebie, udawał się najpierw do księdza
Jerzego?

– Tak, bo wiedział, że u niego znajdzie pomoc… Poza tym ksiądz Jerzy miał
niezwykłą pamięć, zapamiętywał różne drobne sprawy i potrzeby. Kiedyś
na przykład poprosiłem go o jakieś lekarstwo, które było wtedy nieosiągalne.
Za kilka dni, gdy zapomniałem już o swej prośbie, podszedł do mnie i mi je
wręczył. On obdarowywał zarówno tych ludzi, którzy byli blisko, jak i
internowanych, rodziny wyrzuconych z pracy. Już następnego dnia po ogłoszeniu
stanu wojennego zorganizował dla ludzi pierwszą pomoc . Postawił kwadratowy
stoliczek w kaplicy Res Sacra Miser na Krakowskim Przedmieściu i poprosił nas,
żebyśmy pełnili przy nim dyżury. Siedzieliśmy tam po godzinie, po dwie…
Bo może ktoś przyjdzie, może zostawi jakąś wiadomość, może będzie ktoś
czegoś potrzebował… Oczywiście za chwilę powstał już profesjonalny
komitet w kościele św. Jacka, a później w kościele św. Marcina.

Jakie osobiste wspomnienie związane z księdzem Jerzym jest dla Pana
najbardziej wyraziste?

– Jest ich bardzo dużo, ponieważ w ciągu pięciu lat odbyłem z nim liczne
spotkania. Pamiętam jednak, jak 17 grudnia 1981 r. na Krakowskim Przedmieściu
zostałem pobity przez zomowców. Dzień wcześniej zginęli w kopalni
"Wujek" górnicy, Warszawa była wtedy sterroryzowana. Ksiądz Jerzy
nie mógł się z tym pogodzić. "Jak to, ciebie pobili, ciebie milicja
uderzyła?" – zapytał z żalem w głosie, jakby się za chwilę miał rozpłakać.
Bardzo takie sytuacje przeżywał. Zawsze, gdy słyszę podczas Mszy Świętej słowa
z Ewangelii św. Jana: "Tak Bóg umiłował świat, że Syna Swego
Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie
wieczne", wyraźnie słyszę głos księdza Jerzego…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj