Dobijanie do lewej ściany

Jan Filip Staniłko, ekspert w dziedzinie polityki z Instytutu Sobieskiego


O ile można było się zastanawiać, dlaczego kandydat Bronisław Komorowski
chciał tak szybko obsadzić stanowisko szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego
(czy nie dlatego, że szukał tam aneksu do raportu z likwidacji Wojskowych Służb
Informacyjnych?), o tyle dopiero nominowanie byłego premiera Marka Belki jest
pierwszą poważną decyzją p.o. prezydenta.

Znamionuje ona poczucie zagrożenia w Platformie Obywatelskiej. Ten manewr
Komorowskiego, od którego dość umiejętnie Donald Tusk się oficjalnie
dystansuje, jest efektem strachu przed Jarosławem Kaczyńskim. Marszałek liczy
na to, że w ten sposób zapewni sobie zasób głosów potrzebnych do wygrania
już w pierwszej turze. Jego sztab wie, że Kaczyński rośnie w siłę i boi się
powtórki z 2005 roku. Komorowski jako kandydat ma problemy w różnych
dziedzinach, stąd pomysł tak szybkiego porozumienia z Sojuszem Lewicy
Demokratycznej z nadzieją, że jakoś doturlają się do zwycięstwa w najbliższych
wyborach, a do następnych – parlamentarnych – PO będzie prowadził już Donald
Tusk. Poza tym dla PO jest bardzo ważne, by kontrolować instytucję zarządzającą
tak olbrzymimi pieniędzmi i mającą tak wiele bezpiecznych posad jak Narodowy
Bank Polski.
Jest oczywiste, że nominacja na szefa NBP została uzgodniona z Aleksandrem Kwaśniewskim,
którego Marek Belka jest politycznym protegowanym i długoletnim współpracownikiem.
Jest to zarazem kolejny etap "połykania" SLD przez Platformę. Przy
czym nie tyle chodzi o poparcie jej przez stary elektorat lewicowy, ile o przejęcie
tego segmentu lewicy, który w latach 80. stał się prozachodni dzięki np.
stypendiom Fulbrighta, który ma dobre kontakty z europejską lewicą, czy też
nabył doświadczenia w działalności w instytucjach międzynarodowych. Tusk
wybiera sobie z SLD co bardziej wartościowe rodzynki, podobnie jak kiedyś
dokonał tego z Unią Wolności. To jest po prostu konsumowanie formuły pookrągłostołowej,
choć nie w taki sposób, jak wyobrażali to sobie Adam Michnik i Kwaśniewski,
i na warunkach Tuska. Oczywiście ten sojusz z Włodzimierzem Cimoszewiczem,
Danutą Hübner czy już niedługo z Wojciechem Olejniczakiem jest osadzony na
podobnym liberalnym światopoglądzie, podobnej retoryce
proeuropejsko-modernizacyjnej. Ale przede wszystkim są to ludzie, którzy
dobrze się nadają do "kupowania" ich, bo całe życie uprawiali
politykę transakcyjną.
Tusk dobija w ten sposób do lewej ściany, jak niegdyś Jarosław Kaczyński do
prawej, wypychając ze sceny politycznej Ligę Polskich Rodzin. Po nominacji
Belki SLD stanie się niemal filią PO. Notabene poniekąd zabawne jest to, że
obecnie z PO flirtują i Roman Giertych, i Kwaśniewski. Natomiast wracając do
SLD, to jego "połykanie" przez PO jest nieuniknione. Za Grzegorzem
Napieralskim stoją już tylko byli członkowie ORMO, pracownicy aparatu, którzy
na transformacji jakoś specjalnie nie wygrali, ale czują wyraźnie swoją odrębność
z powodu przeszłości. Z kolei młodą lewicę trudno jest przeciągnąć do
SLD, ponieważ reprezentująca ten nurt "Krytyka Polityczna" fundusze
od tej partii wzięła, ale nie jest zainteresowana uprawianiem partyjnej
polityki, bo chce zdobywać instytucje niedemokratyczne – uniwersytet, sztukę,
media, biurokrację. Nowa lewica w wydaniu Sławomira Sierakowskiego nie będzie
startować w wyborach. Ona po prostu liczy na nominacje eksperckie.
Marzenie o dominacji PO utrudnia m.in. zmiana retoryki Jarosława Kaczyńskiego.
Platforma starała się wcześniej budować swoje notowania na lęku przed nim,
co lider Prawa i Sprawiedliwości skutecznie osłabia, rezygnując z ostrej
retoryki i odwołując się do solidarności ze słabymi oraz idei modernizacji.
W ten sposób wraca on trochę do swoich tez sprzed prawie 20 lat. Dlatego
porzucił w tej kampanii dyskurs "nasycony religijnie" i mówi o
ludziach biedniejszych i słabszych, odwołując się do idei PiS Lecha Kaczyńskiego,
oraz o państwie jako narzędziu modernizacji. PO odwołuje się zaś do tych,
którzy na niej wygrali. Jednak te zabiegi PiS mogą nie wystarczyć. Widać, że
tematy kampanii ustala szefowa sztabu wyborczego Joanna Kluzik-Rostkowska, która
specjalizuje się w sprawach społecznych (kwestia domów dziecka, pomocy społecznej
itd.). Kampania wyborcza prezesa Kaczyńskiego jest wciąż trochę mało
dynamiczna. Kampania "kobieca" to dobry pomysł, ale bez poszerzenia
wachlarza tematów Jarosław Kaczyński nie będzie miał szans na zwycięstwo w
wyborach.
Poza tym PiS musi się zmienić, jeśli chce myśleć o dalszej przyszłości.
Najważniejsze wybory bowiem wcale nie odbędą się w najbliższych tygodniach
czy miesiącach, ale w 2015 roku. Wtedy właśnie zakończy się w Polsce pewien
cykl polityczny, który rozpoczął się w 2004 roku. W takim 12-letnim cyklu
zmieniają się generacje w naszej polityce. Będzie to moment, w którym skończy
się bardzo korzystny dla nas budżet UE, a kolejny będzie dużo bardziej
wymagający. Do tego pojawią się kwestie związane z dużymi kosztami
finansowymi. Na przykład będzie już obowiązywał pakiet klimatyczny, z
powodu zapóźnień w modernizacji zacznie brakować mocy wytwórczych
elektroenergetyce. Do tego może dojść kryzys budżetowy podobny do tego, który
był niedawno na Węgrzech. Będzie to więc gigantyczne nawarstwienie się
problemów, których możemy nie zdążyć rozwiązać przy obecnym sposobie
uprawiania polityki. Z drugiej strony wówczas będzie już jasne, czy i ile
mamy gazu łupkowego. Będą to więc całkiem inne warunki polityczne i
gospodarcze. To wszystko może przemodelować wyobraźnię polskiego wyborcy.
Tymczasem obecnie PiS wciąż nie dorównuje organizacyjnie PO, a do tego ma
poważne problemy kadrowe, zwłaszcza po tragedii w Smoleńsku, w której zginęli
najważniejsi politycy tej partii. W obecnej sytuacji prezes Kaczyński przeżywa
żałobę, a jednocześnie musi prowadzić kampanię prezydencką i rekonstruować
partię. To ogromne wyzwanie.
Z kolei od nadchodzących prezydenckich ważniejsze będą przyszłoroczne
wybory parlamentarne. W tym kontekście nie przeceniałbym znaczenia objęcia
przez Polskę półrocznego przewodnictwa w Unii Europejskiej. Przez taki okres
jej nie zmienimy. Jeśli uda się w jej trakcie załatwić jedną z trzech
proponowanych zwykle spraw, to już jest dużo. W dodatku będziemy musieli
zapewne zmagać się z kolejnymi konsekwencjami kryzysu gospodarczego i budżetowego
w strefie euro, do której nie należymy. Stąd listę priorytetów możemy
odziedziczyć, a zdolność do wpływu będziemy mieli ograniczoną.
Powrotu Kaczyńskiego do władzy ewidentnie nie chcą ani Niemcy (i inne duże
kraje UE), ani tym bardziej Rosjanie. Widać to było w tym roku, kiedy kraje te
pokazywały, kogo preferują. Premier Tusk dostał dzięki kanclerz Angeli
Merkel nagrodę im. Karola Wielkiego, a oficjalne uroczystości w Katyniu
organizował premier Rosji, przez co wskazywał, że chce mieć za partnera
premiera Polski i to jemu pragnie przyznać zasługę za złagodzenie napięcia
w relacjach z Rosją w oczach polskiej opinii publicznej. Trudno się właściwie
dziwić przywódcom tych krajów, że stawiają na PO, skoro mają niezbyt
przyjemne wspomnienia z czasów rządów PiS, kiedy to Polska – ku ich
zaskoczeniu – domagała się głosu w sprawach, o których nie decydowała od
wielu dziesięcioleci. Tusk i Komorowski gwarantują – w przekonaniu dużych
krajów europejskich – to, że polska polityka zagraniczna będzie nadal polityką
wewnątrzkrajową uprawianą środkami zagranicznymi, bez większych ambicji
definiowania swoich interesów narodowych.

not. BM

drukuj