Koncentracja i skupienie kontra chaos i panika

Platforma Obywatelska, która straciła prosty i wypróbowany sposób na
kampanię wyborczą – straszenie Prawem i Sprawiedliwością – pozostała bez żadnego
pomysłu na Polskę. Metoda dezinformacji, prowokacji, ośmieszania, napuszczania
jednych na drugich, ohydnego szkalowania przeciwnika politycznego już nie
zadziała. Ludzie się na to nie nabiorą, bo zobaczyli i usłyszeli siebie na
Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim w dniach narodowej żałoby.
Jak słusznie wskazał Jan Pietrzak, „katastrofa pod Smoleńskiem to były prawdziwe
prawybory”. Ujawniła się w pełni bezradność PO w obliczu nowej sytuacji po
smoleńskiej tragedii.

Polska Konstytucja z 1997 r. określa prerogatywy prezydenta Rzeczypospolitej
Polskiej następująco: Jest on najwyższym przedstawicielem RP i gwarantem
ciągłości władzy państwowej. W stosunku do ustawy konstytucyjnej z 1992 roku,
która regulowała wzajemne stosunki między władzą ustawodawczą i wykonawczą
[prezydent był według niej najwyższym przedstawicielem państwa polskiego w
stosunkach wewnętrznych i międzynarodowych] sformułowanie mówiące o gwarancie
ciągłości władzy państwowej sprawia wrażenie zbyt dużej ogólności. Skoro
prezydent jest pierwszą osobą w państwie, to zrozumiałe powinno być jego
uprawnienie do kształtowania polityki państwa, zarówno wewnętrznej, jak i
zewnętrznej. Zadanie to obecna Konstytucja nieco rozmyła, co miało swoje
negatywne skutki wobec sporej aktywności politycznej, jaką prezentował śp.
prezydent Lech Kaczyński.

PO wobec Lecha Kaczyńskiego
Donald Tusk w 2005 roku
zaciekle walczył z Lechem Kaczyńskim o urząd prezydenta, a gdy dwa lata później
został premierem, oskarżał go o utrudnianie mu wykonywania władzy. „Mnie
prezydent nie jest do niczego potrzebny” – mówił, gdy Lech Kaczyński wbrew
nagonce ze strony wszystkich partii, oczywiście poza PiS, słusznie chciał
uczestniczyć w gremiach decyzyjnych Unii Europejskiej. Od pierwszych dni
urzędowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego upowszechniano w mediach taką
interpretację przepisów Konstytucji, z której miało wynikać, że głównymi
atrybutami władzy prezydenckiej są: reprezentowanie państwa polskiego na
zewnątrz, ale tylko w uzgodnieniu z rządem, który kształtuje politykę
zagraniczną państwa, oraz wetowanie ustaw przedstawiane jako przykład destrukcji
i nieodpowiedzialności prezydenta za politykę wewnętrzną kraju. Od czasu, gdy
władzę przejęła Platforma Obywatelska, prezydentura Lecha Kaczyńskiego i w ogóle
jego osoba traktowane były przez obóz rządzący wręcz wrogo. Okoliczności
zorganizowania lotu prezydenta na uroczystości katyńskie, co należało do
kompetencji rządu, najlepiej temu dowodzą.
Z chwilą rezygnacji Donalda Tuska
z ubiegania się o władzę zwierzchnią w Polsce obraz tego niechcianego przez
premiera urzędu został przedstawiony jako mało istotny dla państwa (słynne już
„żyrandole”). Nie zmieniło to jednak stosunku szefa rządu i jego obozu
politycznego do samego Lecha Kaczyńskiego. Jego prezydenturę oceniano wyłącznie
przez pryzmat tego, jak bardzo był związany z bratem bliźniakiem stojącym na
czele opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości. Urząd prezydenta odbierano jako
polityczną ekspozyturę PiS.
Takie podejście było możliwe dzięki
bezkrytycznemu wspieraniu polityki rządu przez większość mediów.

Podwójne standardy
Dzięki temu powstało wrażenie pełnej
legitymizacji polityki rządu wobec urzędu prezydenta. Te same media fakt
obejmowania przez marszałka Bronisława Komorowskiego prerogatyw po tragicznie
zmarłym prezydencie Lechu Kaczyńskim potraktowały jako oczywistość, mimo że były
co do tego poważne wątpliwości. Także sposób, w jaki marszałek pełniący
obowiązki prezydenta doprowadził w imieniu swojego środowiska do nowelizacji
ustawy o IPN, która likwidując samodzielność tej instytucji, wyklucza tym samym
szanse na sprawiedliwy osąd historii w stosunku do byłych funkcjonariuszy
państwa komunistycznego. Pełniący obowiązki prezydent uczynił to wbrew
zdecydowanej woli Lecha Kaczyńskiego wyrażonej odpowiednimi dokumentami
powstałymi tuż przed jego śmiercią. O ile w sprawie likwidacji IPN protestowały
niektóre środowiska naukowe, o tyle w kwestii pozbawionego podstaw prawnych
powołania przez marszałka Bronisława Komorowskiego Rady Bezpieczeństwa
Narodowego panuje zgodne milczenie. Warto zatem przypomnieć, że według
Konstytucji, RBN powołuje prezydent, a nie osoba pełniąca obowiązki prezydenta.
Chyba jest jakaś różnica między prezydentem wybranym w wyborach bezpośrednich a
osobą pełniącą po jego śmierci obowiązki urzędującego prezydenta?
W takim
podejściu daje o sobie znać najcięższa choroba III RP, mianowicie cyniczne
stosowanie podwójnych standardów: słuszne i usprawiedliwione jest to, co my
(czyli elita) robimy, nasi przeciwnicy z kolei zasługują tylko na krytykę, a
nawet potępienie.

Jaki prezydent?
Konstytucja mówi o uprawnieniach
prezydenta, o tym, do czego jest zobowiązany względem Narodu, pozwala mu, gdy
zechce, odwołać się do Boga w momencie składania przysięgi, ale nie stanowi o
tym, jakim człowiekiem ma być prezydent.
Konstytucja z marca 1921 roku w
treści przysięgi prezydenckiej zmuszała nawet do wypowiedzenia słów publicznego
zobowiązania: „Sprawiedliwość względem wszystkich bez różnicy obywateli za
pierwszą sobie mieć cnotę”. Słowa te były szczególnym zobowiązaniem. Warto
przypomnieć, że na poczucie sprawiedliwości i równości wszystkich obywateli
wobec prawa zwracał wielokrotnie uwagę śp. prof. Lech Kaczyński.
Dziwi mnie,
gdy słyszę domaganie się od kandydatów na prezydenta, by przedstawili swoje
programy polityczne, by zaprezentowali je w debatach politycznych. Znacznie
ważniejsze wydaje mi się wszechstronne poznanie przeszłości kandydata, jego
faktycznych dokonań i postaw, tak by dawały one rękojmię godnego sprawowania
urzędu. Chodzi przede wszystkim o kwalifikacje, ale i pewne cechy charakteru,
które mogą decydować o skuteczności w sprawowaniu najwyższego urzędu.
Przekonaliśmy się, jak media w obliczu narodowego dramatu sprawnie potrafiły
zmienić polityczny i osobisty wizerunek prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nagle
okazał się i mądry, i sprawiedliwy, rodzinny, skromny i przystępny. Ten
ujawniony mechanizm zamiany czarnego na białe powinien zmusić nas do poważnego
zastanowienia się nad oceną kandydatury marszałka Bronisława Komorowskiego.
Kreowany jest on na polityka zrównoważonego, mądrego i bezkonfliktowego, który
nie potrafi się na nikogo obrazić. Przedstawia się go jako człowieka pełnego
wszelakich cnót, arystokratę z pochodzenia i z ducha, prawdziwego Sarmatę,
równocześnie rodzinnego i zabawnego, lubiącego krótkie mowy i długą kiełbasę.
Czy to obraz prawdziwy, czy wykreowany? Czy za Bronisławem Komorowskim nie kryje
się zupełnie inna, nieznana opinii publicznej historia urzędnika III RP, wokół
którego zawsze pełno było oficerów i generałów szkolonych w moskiewskiej
„woroszyłówce”?
– Woda ma to do siebie, że spływa – powiedział Komorowski,
komentując powódź. Prawda ma podobną cechę. Powoli, ale zawsze wychodzi na jaw.
Czy marszałek Sejmu odpowie na pytania redaktora Aleksandra Ściosa, zadane w
jego blogu „bez dekretu” (powtórzone w wielu innych portalach internetowych),
które stawiają go w świetle poważnych wątpliwości natury politycznej, prawnej, a
nawet korupcyjnej. Jak w tej sprawie zachowają się ogólnopolskie media
elektroniczne?

Chwilowa refleksja mediów
Głęboki i powszechnie
manifestowany żal społeczeństwa polskiego po stracie tylu wybitnych Polaków
wymusił niejako na mediach zupełnie inne, bardziej racjonalne spojrzenie na
osobę śp. prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego. Spokojna, refleksyjna atmosfera w
środkach społecznego przekazu musiała też zostać przeniesiona na osobę
najbliższą zmarłemu prezydentowi – Jarosława Kaczyńskiego, szefa PiS, na oraz
jego partię, która w tej katastrofie poniosła największe straty. Ucichł
szyderczy śmiech, w debacie publicznej wytłumiono agresywne tony, rzadziej
zapraszano tych polityków i dziennikarzy, którzy słynęli z opluwania ludzi. Był
to krótki, ale wart odnotowania moment, w którym media, nawet gdyby bardzo
chciały, nie mogły się przeciwstawić społecznemu oczekiwaniu na głęboką narodową
refleksją. Była to też, mam nadzieję, ważna lekcja dla młodych dziennikarzy,
także tych z TVN, którzy zobaczyli na rynku w Krakowie, jak reaguje tłum na
telewizyjny przekaz, który mija się z oczekiwaniami odbiorców.
Po tym krótkim
okresie refleksji w mediach sytuacja wydaje się jednak powracać na stare tory.
Tym bardziej że Platforma Obywatelska, polityczny opiekun prywatnych
elektronicznych mediów, bardzo chce wygrać wybory prezydenckie. Na razie nie wie
jeszcze, w jakie uderzyć tony. Smoleńska katastrofa odebrała bowiem sens
kontynuowania jedynej skutecznej, bo sprawdzonej od 5 lat, politycznej linii
walki z PiS. Polegała ona na tym, aby poprzez media tworzyć w społeczeństwie
atmosferę zagrożenia opozycją, Kaczyńskimi, ich ideami, ich IV RP.

Ferdynand Kiepski za Komorowskim, czyli gafa goni
gafę
Nic też nie dało ponaddwuletnie nękanie PiS komisjami sejmowymi
i nadaktywną, „niezależną” prokuraturą. Spisku w PiS przeciwko państwu nie
wykryto, nie znaleziono też PiS-owskich „kryminalistów”.
Główny ciężar
kampanii prezydenckiej przyjął Komorowski, który dwoi się i troi, by dobrze
wypaść, ale popełnia same gafy – szybko, choć nie zawsze zręcznie tuszowane
przez przyjaciół. Po wizycie w Muzeum Powstania Warszawskiego trafił do mediów
tekst-apel Komorowskiego, by PiS nie zawłaszczało patriotycznej tradycji. Gdyby
marszałek był z innej opcji albo wyzwolił się spod uroku swojego przyjaciela
Palikota, w tym akurat miejscu podziękowałby Lechowi Kaczyńskiemu za stworzenie
wspaniałego muzeum i w ten sposób zyskałby punkty wyborcze.
Przy innej okazji
subtelny inaczej Bronisław Komorowski powiedział: „Polityka nie rządzi się
współczuciem”. Co zatem wygnało z Warszawy na zalane wodą południe Polski i
marszałka, i premiera (w kaloszach)?
Powołanie w świetle kamer Rady
Bezpieczeństwa Narodowego przez Bronisława Komorowskiego miało być mocnym
elementem kampanii wyborczej marszałka. Miał to być wyraźny sygnał, że jako
kandydat na prezydenta jest przygotowany do przyszłej roli, ale i pewny
wygranej. Dobre samopoczucie Komorowskiego kontrastuje z zachowaniem jego
zaplecza polityczno-towarzyskiego, które chce, by było tak, jak dawniej w Unii
Wolności, skąd wywodzi się większość „salonu”. Hasło kampanii: „Zgoda buduje”,
nie miało nic wspólnego z atmosferą, jaką zaprezentował komitet honorowy
marszałka, komitet, który przez jednego z internautów trafnie został nazwany
„komitetem horrorowym”. Wystąpienia Andrzeja Wajdy o wojnie domowej czy
nienawistne bredzenie Władysława Bartoszewskiego o Polsce jako Ruandzie i
Burundi, a o Kaczyńskim jako o hodowcy zwierząt futerkowych, wreszcie popisy
satyryka Majewskiego o psychopatach z charyzmą spotkały się z jednoznaczną
krytyką opinii publicznej, nawet w zaprzyjaźnionych z marszałkiem mediach.
Jeszcze bardziej żałosne było tłumaczenie szefowej sztabu wyborczego Bronisława
Komorowskiego, posłanki Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Dowiedzieliśmy się, że
każdy ma prawo mówić, co chce. Z tego zawsze słynęła Unia Wolności, dobrze
wyrażała się tylko o sobie, o innych – źle. Szczególnie zastanawiająca jest
postawa Andrzeja Wajdy, który zachowuje się tak samo panicznie nerwowo, jak Lech
Wałęsa w czerwcu 1992 roku, kiedy w nocy odwoływał rząd Jana Olszewskiego. Ten
sam paniczny strach… Tylko przed czym? Czego się obawia artysta Wajda? Czy nie
powinien go uspokoić kolega z komitetu honorowego, zawsze wyluzowany aktor znany
z roli Ferdka Kiepskiego?

Spokój, który budzi optymizm
W Platformie szamotanina,
brak koncepcji i zagubienie, natomiast w Prawie i Sprawiedliwości koncentracja i
skupienie. Jeszcze się nie zaczęła kampania, a już słyszeliśmy, że PiS będzie ją
politycznie wykorzystywać. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Jeszcze
Jarosław Kaczyński nie zabrał głosu, a już dywagowano o tym, co powie, i
dlaczego jest to z gruntu złe. Znaleźli się i tacy, jak np. Magdalena Środa,
których wręcz obrażało bezczelne milczenie Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem
„kandydat specjalnej troski”, jak Jarosława Kaczyńskiego nazwał Sławomir Nowak z
kancelarii Tuska, nie lata z tekstami z Wikipedii w ręku, nie występuje w
telewizjach, a „Do braci Rosjan” zwrócił się przez internet. Wystąpienie zostało
w Rosji przyjęte jako dobre i potrzebne, za to w Platformie jako fałszywe,
nieszczere i cyniczne.
Jarosław Kaczyński udzielił kilku wywiadów, zachowuje
w swojej żałobie godność i spokój. Wiemy, co sobą reprezentuje i do czego dąży.
Można przyjąć jako pewne, że nie da się sprowokować do podjęcia polemiki z tymi,
którzy doszczętnie się skompromitowali. Teraz dywagują o tym, czy Jarosław
Kaczyński się zmienił. Oczywiście zmienił się on pod wpływem tego wielkiego
nieszczęścia, które go spotkało. Każdy człowiek, gdy dotknie go coś podobnego,
musi się zmienić. Stracił brata, bratową i przyjaciół, ale zachował swoje
poglądy i wizję Polski. Prezes PiS nie musi, i nie powinien, się zmieniać. Ma
być tym, kim był do tej pory. Tego oczekują jego wyborcy.

Wojciech Reszczyński

drukuj