Zawłaszczyć wszystko, co się da

Platforma Obywatelska po raz kolejny dała sygnał, że poprzez media –
również publiczne – chce mieć wpływ na społeczeństwo, które poddane
odpowiedniej propagandowej „obróbce” w zbliżającym się głosowaniu
powinno wybrać kandydata wskazanego przez „salon”.

Podczas
inauguracyjnego spotkania honorowego komitetu poparcia dla kandydatury
Bronisława Komorowskiego Andrzej Wajda zapowiedział „wojnę domową”.
Udzielił też znamiennej rady kandydatowi PO na prezydenta i jego
poplecznikom: by stoczyć zwycięską walkę o pełnię władzy, powinni
przejąć kontrolę nad mediami, w tym nad telewizją publiczną. Chodzi o
monopol PO w dziedzinie informacji, czy raczej propagandy. W liberalnych
mediach na co dzień od kilku już lat możemy obserwować gloryfikowanie
Platformy, ale dziś, w obliczu wielkiego narodowego przebudzenia, wydaje
się ono niewystarczające dla „przepchnięcia” Bronisława Komorowskiego
na urząd prezydenta. Ludzie bowiem zauważyli, że wizja rozwoju państwa
proponowana przez PO jest medialną wydmuszką, a rządzący tak naprawdę
nie wywiązują się ze swoich podstawowych zobowiązań. Ale przecież
wystarczy tylko na krótki czas – w okresie wyborów – omamić za pomocą
mediów tych, którzy jeszcze nie wiedzą, jak zagłosować. A decyzja
podjęta przy urnie nie podlega reklamacji przynajmniej do czasu
kolejnych wyborów.
Dysponenci mediów robią wszystko, by poprzez
zmonopolizowanie przekazu informacji utrzymać pozyskaną grupę
zwolenników w przeświadczeniu, że wybrali najlepiej. Jednocześnie osoby o
przeciwnych niż PO zapatrywaniach próbuje się odwieść od uczestnictwa w
życiu publicznym poprzez chociażby zniechęcanie ich do udziału w
wyborach. Manipulatorzy, wiedząc, że ludzie zwracają uwagę na zachowania
i poglądy otoczenia, próbują też poprzez media promować określonych
kandydatów i jednocześnie utrącić tych, którzy stają się niewygodni.
Takie zachowanie wpływa zwłaszcza na wyborców mało zorientowanych w
sprawach publicznych, a przez to niezdecydowanych co do ostatecznego
wyboru. Dlatego Andrzej Wajda zaapelował do sztabu wyborczego Bronisława
Komorowskiego: „Polak siedzi parę godzin przed telewizorem. Jeżeli tego
nie ma w telewizji, to tego nie ma w ogóle. Dlatego bardzo proszę
wszystkich tych, którzy się lepiej orientują i lepiej to rozumieją ode
mnie, aby znaleźli taką formę, która by nam zapewniła miejsce w
telewizji dla naszego kandydata i tych, którzy będą przemawiać w jego
imieniu”. Na podstawie tej wypowiedzi widać wyraźnie, że sztab
Komorowskiego zamierza zdobyć władzę, a potem rządzić poprzez propagandę
sączącą się ze szklanego ekranu.

Liberalni dziennikarze za
Komorowskim

Konsolidacja sił Platformy w mediach jest znaczna.
Wielu liberalnych dziennikarzy, opierając się na wspólnocie
ideologicznej oraz powiązaniach finansowych, staje się w obecnym czasie,
pomimo deklaracji o obiektywizmie, narzędziem dezinformacji
społeczeństwa. Ta grupa zawodowa jest w swoich preferencjach partyjnych
wyraźnie bliższa Platformie Obywatelskiej niż pozostała część
społeczeństwa. Jak wynika z badania przeprowadzonego w 2006 r. przez
Pentor, w 2005 r. 60 proc. ankietowanych dziennikarzy głosowało w
wyborach parlamentarnych na PO, a 77 proc. w drugiej turze wyborów
prezydenckich poparło Donalda Tuska. Wówczas też 75 proc. przebadanych
dziennikarzy wydało pozytywną ocenę działalności Bronisława
Komorowskiego. To poparcie dla PO i Komorowskiego wśród dziennikarzy ma
dzisiaj wyraźne przełożenie na kampanię prezydencką. Wprawdzie w związku
z katastrofą w lesie pod Katyniem muszą się nieco powstrzymać od
atakowania Jarosława Kaczyńskiego. Ale codziennie sprawdzają, na ile
społeczeństwo pozwoli im na prowadzenie jednostronnej agitacji.

Poparcie
z „Gazety Wyborczej”

Bronisław Komorowski i jego obóz polityczny
gwarantują nienaruszalność układu Okrągłego Stołu, dlatego media, które
są beneficjentami takiego stanu rzeczy, z całych sił popierają
kandydata PO. Uczyniła tak już „Gazeta Wyborcza”. Adam Michnik 14 maja
br. stwierdził wprost: „(…) nie oddam głosu na Jarosława Kaczyńskiego.
Będę głosował na Bronisława Komorowskiego”. Warto tu przypomnieć, że
nie jest to jedyne tego typu zaangażowanie „Wyborczej”, która od
początku swego istnienia (od 1989 r.) przejawiała skłonności lewicowe.
Jednakże zanim ludzie „Solidarności” zorientowali się, że Michnik ma
własną wizję przemian w Polsce, która daleko odbiegała od oczekiwań
społecznych, udało się „Wyborczej” maksymalnie wykorzystać widniejący na
pierwszej stronie znaczek „Solidarności”. Spółka Agora, której
współzałożycielem był Andrzej Wajda, popierający dziś aktywnie
Bronisława Komorowskiego, wydawanie „Gazety” tak naprawdę rozpoczęła,
nie wykładając na ten cel własnych pieniędzy. Przyznaje się do tego sam
Michnik, mówiąc: „Nasz rozruch nastąpił na kredyt. Ustalenia Okrągłego
Stołu pozwoliły na to, że drukarnia zaczęła drukować nas na kredyt.
Lokal (…) przydzielił nam prezydent miasta, komputery zabraliśmy ze
sobą z „Tygodnika Mazowsze”” (Darski W., Agora imperium atakuje, Magazyn
Tygodnika „Solidarność”, nr 2/1998). Na rozwój gazety wzięto także
niskooprocentowane kredyty dzięki poręczeniu NSZZ „Solidarność”. W
latach 1989-1991 z X Oddziału PKO BP w Warszawie pozyskano 1 mln 259
tys. 600 nowych zł kredytu (Darski W., Agora imperium atakuje). Niemałe
pieniądze dla „Wyborczej” jako symbolu „Solidarności” spływały również z
zagranicy. Stowarzyszenie Solidarności Francusko-Polskiej ofiarowało
„Gazecie” 2 mln 427 tys. franków, co było wówczas równowartością 428
tys. dolarów. Pieniądze poszły na sfinansowanie przekazania przez „Le
Monde” wycofanych z obiegu drukarskich maszyn rotacyjnych i wsparcie
rozruchu „Wyborczej”. Wprawdzie maszyn drukarskich nigdy nie
uruchomiono, lecz pod zastaw leżących w skrzyniach ich elementów Agora
mogła wziąć kredyty na rozwój bazy technicznej. Nadto amerykańska
organizacja National Endowment for Democracy przekazała „Wyborczej” 55
tys. dolarów na pokrycie podstawowych wydatków technicznych, a 20 tys.
funtów trafiło z Wielkiej Brytanii na modernizację systemu komputerowego
(Darski W., Agora…; Kasprów R., Zalewska L., Z nędzy do pieniędzy,
„Rzeczpospolita”, 8-9.05.1999).

„Przyjaciele w TVN”
„Gazeta
Wyborcza” znalazła się na pierwszej linii frontu walki z „kaczyzmem” w
okresie rządów PiS i dzisiaj robi wszystko, aby utrudnić Jarosławowi
Kaczyńskiemu objęcie urzędu prezydenta. Wojownicza retoryka „Wyborczej”
bardzo odpowiada Platformie, gdyż jak mówił rok temu Stefan
Niesiołowski: „to najbardziej wiarygodna, kompetentna, dobrze
poinformowana i rzetelna gazeta w Polsce”. „Gazeta” promuje te same
„autorytety”, które figurują w honorowym komitecie poparcia Bronisława
Komorowskiego. Władysław Bartoszewski, który zapewnia, że Komorowskiego
będzie wspierał „do ostatniego tchu”, w ubiegłym tygodniu został
ogłoszony Człowiekiem Roku „Gazety Wyborczej”.
Również przywołani
przez Andrzeja Wajdę „przyjaciele w TVN” zapewniają Komorowskiemu stałe
propagandowe zaplecze. Telewizja ta została założona przez Mariusza
Waltera, który od 1961 r. zdobywał szlify dziennikarskie w telewizji
PRL-owskiej, a w latach 1967-1983 był członkiem PZPR. Podstawę
organizacyjną telewizji TVN dała spółka International Trading and
Investments (ITI) założona w 1984 r. przez Mariusza Waltera i Jana
Wejcherta.
W 1992 r. dołączył do nich szwajcarski bankowiec Bruno
Valsangiacomo – ITI współpracowała z nim już od połowy lat 80. przy
sprowadzaniu sprzętu elektronicznego do Polski. Twórca TVN niezmiennie
figuruje w rankingach najbogatszych mieszkańców Polski, ale jest też
osobą wpływową w świecie polityki. Jego alians z PO i awersja do PiS nie
od dziś są widoczne na antenie stacji. Szefowie koncernu ITI wpłacali
też pieniądze na kampanię parlamentarną Hanny Gronkiewicz-Waltz. Pytanie
więc, czy to przypadek, że z budżetu stolicy ITI otrzymało 456 mln zł
dofinansowania na stadion Legii należący do tego koncernu.
Zastanawiające jest również zamieszczenie w 2008 r. reklam
zachwalających planowane osiągnięcia rządu Donalda Tuska w stacjach
koncernu ITI na kwotę ok. 1 mln 270 tys. złotych.
Widać zatem, że
godzące w prawicę dążenia PO i liberalnych mediów mają nie tylko
umocowanie ideologiczne, ale także podstawy finansowe.

Paweł Pasionek

Autor
jest dziekanem Wydziału Nauk o Kulturze Społecznej i Medialnej WSKSiM.

drukuj