Stawiam na obronę praw rodziny

Z Markiem Jurkiem, przewodniczącym Prawicy Rzeczypospolitej i
kandydatem tej partii na prezydenta RP, rozmawia Paweł Tunia

Jakie kwestie Pana zdaniem powinny dominować podczas kampanii
prezydenckiej?

– Nadchodzące wybory to czas, kiedy możemy ocenić
zawarcie traktatu lizbońskiego. Moi kontrkandydaci to politycy, którzy
doprowadzili do wejścia tego traktatu w życie. Ja oceniam to działanie jako złe.
Wydaje mi się, że w trudniejszych warunkach, przez co rozumiem obniżenie pozycji
Polski w Europie, lepiej poradzą sobie ludzie, którzy byli przeciwni temu
traktatowi, którzy bronili znaczenia naszego kraju, a nie politycy, którzy
ponoszą odpowiedzialność za zawarcie traktatu obniżającego to znaczenie.
Następną ważną sprawą będzie euro. W tej chwili żaden rozsądny polityk nie
będzie bronił pomysłu rezygnacji z waluty narodowej, ale nie mamy pewności, czy
ten pomysł nie wróci za rok, dwa czy trzy lata. Potrzebujemy polityków, którzy
będą bronili polskiej waluty jako zasadniczego instrumentu polskiej polityki
gospodarczej i konkurencyjności polskiej gospodarki. Moja kampania to kampania
spraw, które należy podjąć w kraju, a do których należy naprawa życia
publicznego. Konieczna jest reforma polityczna, w tym także obrona praw rodziny,
co stanowi fundament państwa. Konieczne są działania na rzecz podniesienia
znaczenia Polski i jej wpływu w Europie. To są najważniejsze sprawy, które
należy podjąć.

Aktywna prezydentura, której jest Pan zwolennikiem, jest możliwa przy
tych kompetencjach, które prezydent posiada w Polsce?
– Prezydent
przede wszystkim ma obowiązek reprezentować państwo na zewnątrz, bronić jego
zasadniczych interesów, tymczasem w naszej polityce zagranicznej do tej pory,
niestety, rządzi wyborczy frazes, który najpierw był antylizboński i brzmiał:
„Nicea albo śmierć”, a potem był prolizboński i głosił, że traktat to sukces.
Potrzebujemy zdecydowanej i odpowiedzialnej polityki. W Polsce politycy odwołują
się do poparcia opinii chrześcijańskiej, a w czasie negocjowania reformy Unii
Europejskiej nie potrafili zgłosić nawet postulatu wpisania praw rodziny do
wartości zasadniczych UE, po to by prawo to było przeciwwagą dla tego, co się
teraz dzieje. Prezydent posiada inicjatywę ustawodawczą i kontroluje cały proces
ustawodawczy, ponieważ ma prawo veta, ale mając to prawo, może również
oddziaływać w taki sposób, aby jego głos był brany pod uwagę. Prezydent deleguje
członków do ważnych urzędów władzy państwowej, jak Rada Polityki Pieniężnej czy
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, ma także kompetencje oddziaływania na
politykę rządu, ponieważ może zwołać radę gabinetową czy skorzystać z orędzia,
poprzez które kształtuje opinię publiczną. W sytuacji zwalczania się obozów
politycznych czynnikiem stabilności państwa może być właśnie prezydent, i ja o
taką prezydenturę walczę.

W sobotę zainaugurował Pan swoją kampanię. Porozumienie z partią
Jarosława Kaczyńskiego jeszcze przed wyborami jest możliwe?
– Na
pewno jest potrzebne. Jeszcze w listopadzie ubiegłego roku zwróciłem się z
propozycją porozumienia między PR a PiS. To są ugrupowania cieszące się różnym
poparciem, ale mające też różne środki na swoją działalność. My budujemy swoje
poparcie społeczne przede wszystkim siłami społecznymi, PiS jest partią
finansowaną przez państwo. Proponowałem dwupartyjne porozumienie i myślenie o
przyszłości. Nie doszło do niego przed wyborami prezydenckimi. W tej chwili obie
partie uczestniczą w kampanii wyborczej, ale niezależnie od tego w perspektywie
wyborów samorządowych czy parlamentarnych powinniśmy myśleć o współpracy.
Wywieranie presji w trakcie wyborów prezydenckich byłoby nielojalne wobec ludzi,
którzy tę pracę podjęli. Dzisiaj porozumienie mogłoby dotyczyć solidarności w
drugiej turze wyborów oraz wyborów samorządowych i parlamentarnych.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj