Sprzedam Polskę – msp.gov.pl

Pod ręką Platformy Obywatelskiej Polska od trzech lat żyje z
wyprzedaży majątku poprzednich pokoleń i zaciągania długów na koszt przyszłych.
Ekonomiści biją na alarm: sprzedaż strategicznych sektorów gospodarki na rzecz
zagranicznych inwestorów nie zasypie dziury budżetowej, za to zwiększy finansowy
drenaż Polski i narazi nasz kraj na „wrogie przejęcie”. Prywatyzowanie w
kryzysie jest nieracjonalne m.in. dlatego, że firmy prywatne mają teraz znacznie
gorszy dostęp do kapitału niż państwa, które są w ocenie rynków bardziej
wiarygodnym partnerem w czasach kryzysu.

Gorączkowo szukając pieniędzy na łatanie dziur budżetowych, rząd sprzedaje,
co się da, bez względu na to, czy prywatyzacja firmy ma uzasadnienie
gospodarcze, czy też nie ma. Wpływy ze sprzedaży majątku państwowego zaplanowano
w tym roku na 25 mld zł, ale minister Aleksander Grad licytuje w górę,
utrzymując, że sięgną nawet 30 mld złotych. Miliard w górę czy w dół nie zmienia
jednak obrazu sytuacji: mimo totalnej wyprzedaży majątku rząd nie zdoła
ograniczyć dziury budżetowej do zaplanowanych rozmiarów, czyli 52 mld
złotych.
– Szacujemy, że już dziś rzeczywisty deficyt budżetu wynosi 90 mld
złotych. Pod koniec roku dług publiczny sięgnie 780-800 mld zł – ocenia główny
ekonomista SKOK Janusz Szewczak.
– Prywatyzacyjny rozmach rządu doszedł do
punktu, gdy trzeba powiedzieć – nie! Ludzie są zgorszeni beztroską, z jaką rząd
wyprzedaje majątek publiczny budowany przez pokolenia – mówi poseł Gabriela
Masłowska (PiS), ekonomistka.
Po giełdowym debiucie PZU, za sprawą którego
udział Skarbu Państwa w naszej największej ubezpieczeniowej spółce spadł z ponad
50 proc. do 46 proc., rząd przymierza się do sprzedaży zakładów wielkiej syntezy
chemicznej. Pod młotek pójdą Zakłady Azotowe Puławy i Zakłady Chemiczne Police.
W ostatnich dniach Ministerstwo Skarbu Państwa wystosowało zaproszenie do
składania ofert. W obu spółkach rząd zamierza pozbyć się na rzecz inwestora
strategicznego większościowych pakietów akcji. Niewykluczone, że jeden nabywca
przejmie oba przedsiębiorstwa lub sprywatyzowane zostanie jedno z nich. To tzw.
druga grupa chemiczna. Po niej przyjdzie kolej na pierwszą grupę, tj. Ciech,
Zakłady Azotowe w Tarnowie (ZAT) i Zakłady Azotowe w Kędzierzynie (ZAK), których
w pierwszym podejściu nie udało się sprywatyzować. Niemiecka grupa PCC, która
miała wyłączność na negocjacje kupna ZAK i ZAT, zaoferowała tak niekorzystne
warunki zapłaty, że strona polska zmuszona była zamknąć ten etap bez
rozstrzygnięcia.
Do sprzedaży przeznaczona jest energetyka. Rząd chce zbyć
udziały w największych grupach energetycznych – PGE i Tauron. Dotąd była mowa o
zachowaniu w rękach Skarbu Państwa strategicznych pakietów akcji, ale minister
Aleksander Grad wycofuje się rakiem z tych obietnic. Według ostatnich
informacji, w Tauronie ma być sprzedane nie 20 proc., a… 52 proc. akcji. W
ręce inwestora trafi też w całości grupa energetyczna Enea. To drugie podejście
do prywatyzacji, w pierwszym – prowadzonym w dołku kryzysu – nie wyłoniono
nabywcy. Na sprzedaż trafi też pakiet 13 proc. akcji w koncernie naftowym LOTOS,
10 proc. akcji w KGHM „Polska Miedź”, mniejszościowe pakiety w spółkach
paliwowych, część spółek związanych z sektorem obronnym, firmy farmaceutyczne
oraz dalsze 65 proc. akcji lubelskiej kopalni węgla kamiennego Bogdanka, która
zadebiutowała na giełdzie w połowie ubiegłego roku.
Do końca roku ma
rozpocząć się sprzedaż warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych –
najważniejszej instytucji infrastruktury rynku kapitałowego. Akcje giełdy mają
zadebiutować na jej własnym parkiecie. W ubiegłym roku w ostatniej chwili udało
się powstrzymać ministra Grada przed wyjątkowo niekorzystną dla gospodarki i
samej giełdy sprzedażą GPW inwestorowi branżowemu – niemieckiej Deutsche
Boerse.
– Rząd sprzedaje strategiczne dziedziny gospodarki, nie bacząc na
kryzys, bo jedyne, co go zaprząta, to narastające kłopoty z płynnością budżetu.
Ten gabinet kompletnie nie rozumie, w jakim kierunku rozwija się sytuacja na
świecie, i źle nas pozycjonuje – uważa Jerzy Bielewicz, prezes Stowarzyszenia
„Przejrzysty Rynek”. – Katastrofa finansowa Grecji to zaledwie czubek góry
lodowej, zwiastun kolejnej fali globalnego kryzysu finansowego, który tym razem
uderzy najsilniej w Europę, grożąc jej rozpadem – ostrzega finansista.
– Na
razie trwa cisza przez burzą, ale musimy mieć świadomość, że brak gruntownej
reformy globalnego systemu finansowego spycha świat w kierunku konfliktu. W
takiej chwili finanse, obronność, energetyka – to dziedziny, które rządy innych
państw mocno dzierżą w ręku – podkreśla Bielewicz.
Zwraca też uwagę, że
prywatyzowanie w kryzysie jest nieracjonalne także z tego powodu, że firmy
prywatne, w tym największe korporacje, mają obecnie znacznie gorszy dostęp do
kapitału niż państwa, które są w ocenie rynków bardziej wiarygodnym partnerem w
czasach kryzysu.
– Kredyt korporacyjny obecnie nie istnieje, z wyjątkiem
Azji. Banki, w obawie przed stratami, nie chcą pożyczać wielkim korporacjom, a
jeśli oferują kredyt, to na bardzo wysoki procent. Tymczasem polskie obligacje
rządowe są oprocentowane na poziomie 5 proc., dostęp do kapitału jest więc dla
sektora państwowego łatwiejszy – ocenia Bielewicz. – Wejście na giełdę to
jednorazowy zastrzyk kapitału, potem prywatny inwestor musi drożej płacić, gdy
pożycza na rynkach finansowych – zauważa.

Drenaż kapitału i rynku pracy

– Prywatyzacja na rzecz zagranicznych inwestorów wypycha miejsca pracy z
Polski – zwraca uwagę inny finansista związany z Narodowym Bankiem Polskim. Jak
tłumaczy, gdy zagraniczny inwestor nabywa akcje w polskiej spółce, dokonując
wymiany miliardów środków walutowych na złote, podbija tym samym kurs złotego,
czyniąc nasz eksport mniej opłacalnym. Dlatego rezultatem masowej prywatyzacji z
udziałem kapitału zagranicznego jest zjawisko przesuwania się miejsc pracy z
Polski za granicę.
– Zamieniamy aktywa kapitałowe, które dawałyby nam
wieloletnie dochody w kraju, na jednorazową konsumpcję. I to ma być interes? –
pyta retorycznie. O ile prywatyzacja na rzecz kapitału zagranicznego niesie
negatywne konsekwencje, to prywatyzacja w warunkach kryzysu jest – zdaniem
naszego rozmówcy – szkodliwa w dwójnasób.
– Kryzys ma to do siebie, że
powoduje zasysanie środków z peryferii globalnych korporacji do centrali, a więc
w kierunku odwrotnym niż w czasach prosperity, gdy kapitał dokonuje ekspansji i
inwestuje za granicą – wyjaśnia. Oznacza to, że środki finansowe wypracowane w
polskich spółkach z chwilą wejścia zagranicznego inwestora strategicznego będą
transferowane za granicę poprzez wypłatę zysków, ucieczkę przed podatkami,
stosowanie cen transferowych etc. Szczególnie jaskrawo proceder ten widoczny
jest w spółkach o charakterze finansowym, tj. bankach i firmach
ubezpieczeniowych – np. ING w kryzysie dokonało wielomiliardowej lokaty w
zagranicznym banku-matce, jeden z banków wypłacił akcjonariuszom dywidendę
przekraczającą zysk itp. Z kolei ceny transferowe to sposób na wyprowadzanie
zysków przez zagraniczne sieci supermarketów i firmy, których produkty cechuje
wysoki „wsad importowy”.
Premier Donald Tusk i minister Aleksander Grad
upatrują „cudownego lekarstwa” w prywatyzacji poprzez giełdę, gdy miejsce
zagranicznego inwestora strategicznego zajmuje mniej lub bardziej rozproszony
akcjonariat. Wygląda jednak na to, że pokusa drenażu finansowego bynajmniej nie
omija spółek giełdowych, tyle że beneficjent się zmienia.
– Spółki o
rozproszonym akcjonariacie stają się de facto własnością menedżerów, a
akcjonariusze pozostają bez wpływu na zarządzanie. Na przykład włoski UniCredit
kontrolowany jest przez kilka fundacji posiadających większe pakiety akcji, a te
fundacje kontroluje… zarząd – tłumaczy Bielewicz.
– Amerykańskie banki,
które zdefraudowały ogromne pieniądze i zostały wzięte na garnuszek podatników,
to przecież… spółki giełdowe – przypomina. Dowodem na to, że menedżerowie firm
giełdowych stają się quasi-właścicielami, są np. astronomiczne wynagrodzenia
zarządów, niezależne od wyników firmy. – Jak wyliczono w Stanach Zjednoczonych,
dochody głównych menedżerów Goldman Sachs przekraczają kwoty dywidend na rzecz
akcjonariuszy – podaje przykład.
– Twierdzenie, jakoby prywatyzacja w każdym
wypadku gwarantowała szybszy wzrost, jest gołosłowne – twierdzi dr Gabriela
Masłowska, ekonomistka, poseł PiS. – Dowodem jest szybki rozwój krajów Dalekiego
Wschodu, które – w przeciwieństwie do Polski – odrzuciły plan totalnej
prywatyzacji zalecany przez tzw. Konsensus Waszyngtoński [ultraliberalny program
gospodarczy MFW i BŚ dla krajów słabo rozwiniętych przedstawiony w 1989 r. –
przyp. red.].

Prywatyzacja to nie panaceum

– Najpierw warto zapytać rząd, gdzie się podziało ponad 100 mld zł z
dotychczasowej prywatyzacji prowadzonej od początku transformacji. Czy dzięki
wyprzedaży tego majątku mamy wyższe emerytury? Czy za te pieniądze zbudowano
autostrady? Czy Polacy stali się właścicielami fabryk? Czy budżet ma wyższe
wpływy podatkowe? – pyta retorycznie Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK. –
Powiedzmy wreszcie otwarcie: to była od początku koncepcja pozbawiona
perspektywy, ograniczona do doraźnego zatykania luk w finansach publicznych
dochodami z wyprzedaży majątku pokoleń – zaznacza.
– Totalna prywatyzacja nie
jest panaceum na problemy gospodarcze, przeciwnie – w wielu wypadkach może
zaszkodzić – twierdzi Jerzy Bielewicz. Każda dziedzina gospodarki wymaga – jego
zdaniem – odrębnej strategii, jeśli chodzi o status własnościowy.
– Po co
sprzedawać energetykę inwestorom zagranicznym? Wiadomo, że środki na niezbędne
inwestycje będą pozyskiwać na polskim rynku przez zawyżanie cen energii, co
narazi polską gospodarkę na utratę konkurencyjności. Po co pozbywać się kontroli
nad PZU, PKO BP czy GPW? Inwestorzy przejmują dochodowe spółki finansowe po to,
by z nich czerpać zyski, a nie dokładać. Na Zachodzie zaledwie 20 proc. tego
sektora znajduje się w rękach zagranicznych, gdy tymczasem w Polsce – 70 proc. –
zwraca uwagę Bielewicz.

Małgorzata Goss

drukuj