Sowieckie bezprawie bez cenzury i zafałszowań Zbrodnie spod czerwonej gwiazdy
Polecam czytelnikom książkę szczególną, obejmującą tę część naszej
najnowszej historii, która była oficjalnie nieobecna do 1989 roku. Uczono jej
pokątnie w patriotycznych domach, w których pamięć pokolenia rodziców, a jeszcze
bardziej dziadków, wspomagana była trudno dostępną literaturą bezdebitową,
przedwojennymi i wojennymi publikacjami naukowymi oraz audycjami z zagranicznych
rozgłośni radiowych. Rzecz dotyczy zbrodni sowieckich (w istocie
komunistycznych), dokonanych na Polakach od wybuchu sowieckiej rewolucji w Rosji
w 1917 r., aż po rok 1956, który umownie traktowany jest jako kres
stalinizmu.
Książka czworga autorów składa się z bardzo obszernych rozdziałów, ułożonych
chronologicznie (i jest to, jak się wydaje, jedyny sensowny podział). Pierwszy
obejmuje lata: 1919-1939. Istotą jest tu ukazanie mocno zapomnianych zbrodni,
jakich dokonali komuniści na Polakach w Rosji Sowieckiej, od grudnia 1922 r.
noszącej nową nazwę: Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich.
Rozdział
drugi to lata 1939-1944 (od sowieckiej agresji 17 września 1939 r. do ponownego
wkroczenia Armii Czerwonej na ziemie polskie 3 stycznia 1944 r.).
Rozdziały
trzeci i czwarty, obejmujące lata 1944-1956, opisują zbrodnie sowieckie na
ziemiach wcielonych do ZSRS oraz popełnione w „Polsce Ludowej”.
Dzięki temu,
że nie jest to książka stricte naukowa, autorzy uniknęli suchej dydaktyki. Może
ją przeczytać każdy zainteresowany polską historią najnowszą, co więcej – każdy
powinien ją przeczytać. Jest to bowiem dzieło jedyne w swoim rodzaju, obejmujące
całość zbrodni sowieckich (komunistycznych), popełnionych na Polakach w tym
okresie, o których przeciętny czytelnik ma dziś znikome pojęcie.
Zaplanowane ludobójstwo
Statystyki są przerażające. Od
początku rewolucji komunistycznej na Polaków w Rosji spadły potworne represje.
Było to spowodowane kilkoma przyczynami. Przede wszystkim ujawnili oni swe
dążenia niepodległościowe, tworząc na gruzach carskiego imperium własne formacje
wojskowe, z myślą powrotu do kraju. Z natury rzeczy były one dla bolszewików
wrogie, bo nie chciały włączać się w nurt rewolucji. Po drugie, Polacy na
terenach wiejskich postrzegani byli jako posiadacze ziemscy, więc bolszewicka
hołota otrzymywała automatyczne pozwolenie rozprawiania się z „polskimi panami”.
Przy okazji niszczono wszelkie ślady materialnej obecności Polaków i polskości w
ogóle, w tym siedziby, kościoły, biblioteki, nawet narzędzia rolnicze oraz
zbiory, tak jakby żywność też była „wrogiem ludu”.
To już wtedy, podczas
rewolucj i, rozpoczęło się masowe, planowe ludobójstwo na niespotykaną w
dziejach skalę. Nie był to bowiem wcale wynalazek II wojny
światowej.
Odzyskanie przez Polskę niepodległości 11 listopada 1918 r. nie
było końcem gehenny. Rozpoczęła się walka o granice, a wkrótce o utrzymanie
wolności. Bolszewickie hordy, gnane przez komisarzy ludowych i agitatorów,
dotarły pod Warszawę. Wszędzie, gdzie przeszli bolszewicy, zostawiali za sobą
zgliszcza i trupy. Na porządku dziennym były przemoc, rabunki i gwałty.
Komuniści nie gardzili nawet zwierzętami… Na przykład w zajętym przez nich
Płocku „ofiarą zwyrodnialców padła nawet 1,5-roczna klacz, którą następnie
zabili za to, że wierzgała nogami” (s. 64). Stałe przytaczanie przez autorów
takich konkretów, osobistych relacji, ponurych statystyk robi potworne wrażenie.
Po zakończonej wojnie z bolszewikami (która kosztowała stronę polską około 100
tys. zabitych, zmarłych i zaginionych żołnierzy), z sowieckiej niewoli nie
powróciło też ok. 20 tys. jeńców. Ofiar cywilnych nie zliczy
nikt…
Niezwykle dramatycznie wyglądają losy ludności polskiej, która z
różnych powodów pozostała poza granicą II RP. Było to jeszcze ok. 1,2 mln ludzi.
Polityka komunistów wobec nich była zróżnicowana. Po kilkuletnich próbach
ustanowienia „polskich” rejonów autonomicznych (polskich w formie, całkowicie
sowieckich w treści) rozpoczęła się narodowościowa czystka, która polegała na
bezpośredniej eksterminacji tych Polaków, których arbitralnie uznano za czynniki
buntownicze i wrogie, oraz na wywózce reszty na bezkresy Sybiru i
Kazachstanu.
Na szczególną uwagę zasługuje przypomnienie, że wśród ofiar
Wielkiego Głodu na Ukrainie byli również Polacy, albowiem wywołany on został na
terenach mieszanych narodowościowo oraz także czystych etnicznie (polskie tereny
wiejskie w głębi Ukrainy). O tym się dziś przecież w ogóle nie mówi.
Suche
liczby przerażają. „Operacja polska” w latach 1937-1938 pociągnęła za sobą ponad
111 tys. wykonanych kar śmierci! Co dziesiątą ofiarą ówczesnej Wielkiej Czystki
był obywatel Sowietów narodowości polskiej. Autorzy przytaczają nieznane na ogół
w Polsce ustalenia historyków zachodnich, że Polacy traceni byli wówczas aż 31
razy częściej niż przedstawiciele innych narodowości (s. 85). W Leningradzie aż
79 procent aresztowanych Polaków (łącznie ok. 50 tys.) rozstrzelano!
Do tego
należy dodać nieustanne represje wobec katolików (wśród których Polacy stanowili
aż 80 procent) oraz tych pozbawionych życia przy innych okazjach, a i tak nie
uzyskamy pełnego obrazu polskich strat w Sowietach do 1939 roku.
Także z tej
perspektywy należy oceniać postawę i działalność członków Komunistycznej Partii
Polski w II RP i jej wszystkich przybudówek oraz dzisiejszą walkę ich krewnych o
„dobre imię” przodków. A są przecież w dzisiejszej Polsce media, które ze
szczególnym nasileniem przypominają komunistycznych działaczy, propagandzistów,
poetów itp., dostrzegając w nich bojowników o „postęp” i jakoby szlachetne
ideały. Co w tym było szlachetnego? Zdrada, sabotaże, szpiegostwo, terroryzm to
postawa godna pielęgnowania i kultywowania?
Pobratymcy
Druga wojna światowa rozpoczęła się we
wrześniu 1939 r. w Polsce, ale pamiętajmy, że wywołali ją wspólnie niemieccy
naziści i sowieccy komuniści, którzy w zadziwiającej symbiozie odnaleźli
pobratymstwo i wspólne cele. Z jednej strony była swastyka, czyli połamany
krzyż, z drugiej zaś sierp i młot, a wszystko na czerwonym tle – kolorze krwi,
którą potokami wylewali w Polsce okupanci. Wiemy dużo o okupacji niemieckiej,
sowieckie zaś, w latach 1939–1941 oraz od 1944 r., pozostają w głębokim cieniu.
A przecież Sowieci od początku uruchomili swe dywersyjne bandy (mieszane
narodowościowo, w których prawie w ogóle nie było Polaków), których ofiarami
podczas kilku zaledwie dni września 1939 r. padły w męczarniach tysiące ludzi –
oficerów i żołnierzy, pracowników państwowych, księży, nauczycieli, osadników i
zwyczajnych mieszkańców miast i wsi. Niektóre z tych skomunizowanych band
działały pod dwoma czerwonymi flagami: z sierpem i młotem oraz swastyką, aby
podkreślić szczególny sojusz obu ludobójczych ideologii. Tak było w Kobryniu czy
w Lubomlu.
Wraz z okupacją sowiecką narastał metodyczny terror NKWD,
eksterminujący przede wszystkim miejscowe elity. Wszak szykowano miejsce dla
„awansu społecznego” oraz aparatu biurokratycznego, masowo przywożonego z głębi
Rosji. Okres 1939-1941 to kolejne fale tzw. deportacji, które były klasycznym
elementem czystek narodowościowych (chodziło bowiem o ogromne osłabienie
polskości i polskiego stanu posiadania), aresztowań i metodycznych egzekucji
Polaków. Te represje objęły setki tysięcy ludzi, oprócz deportacji masowych cały
czas trwały lokalne aresztowania, wysiedlenia i wywózki z całego obszaru
zajętego przez Sowietów.
No i Katyń – pod tą nazwą należy szerzej rozumieć
eksterminację ponad 20 tys. polskich oficerów, kapelanów wojskowych,
policjantów, urzędników… Po raz kolejny straciliśmy znaczną część narodowych
elit. W czerwcu
i lipcu 1941 r. Sowieci podczas bezwładnego odwrotu wobec
niemieckiej agresji zdążyli jeszcze wymordować dziesiątki tysięcy polskich
więźniów, których nie wypuszczono i nie chciano zostawić przy życiu. Sowieci i
ich kolaboranci szykowali sobie w ten sposób grunt pod nie tylko przejęcie
władzy, ale i panowanie ideologiczne nad Polską w przyszłości.
Piotr
Szubarczyk, autor tego rozdziału, czyni następującą uwagę: „Liczba obywateli
polskich, deportowanych przez władze Związku Sowieckiego tylko w okresie wojny i
tuż po wojnie, przekracza kilkakrotnie liczbę Polaków zsyłanych do Rosji na
przestrzeni kilku wieków – od czasów konfederacji barskiej do wybuchu I wojny
światowej (konfederacja, Powstanie Kościuszkowskie, okres napoleoński, Powstanie
Listopadowe, Powstanie Styczniowe, konspiracja niepodległościowa początku XX
w.). To daje wyobrażenie o charakterze antypolskiej akcji sowieckiej, o jej
skali i o tym, że – podobnie jak Niemcy – Związek Sowiecki dążył do
'ostatecznego rozwiązania’ kwestii polskiej i pogrzebania na zawsze polskich
aspiracji do niepodległego bytu i do własnego państwa” (s. 235-236).
Nie
sposób zatem zrozumieć tego, co stało się z Polską i w Polsce po 1944 r., bez
zrozumienia skali tych represji, strat ludnościowych oraz uświadomienia sobie,
kto i jak zastąpił polską inteligencję…
Sowietyzacja Kresów
W styczniu 1944 r. Sowieci ponownie
wkroczyli na ziemie polskie. Tym razem już nie tylko propagandowo jako
„sojusznicy”, ale faktycznie jako „sojusznicy naszych sojuszników”. Zakończenie
okupacji niemieckiej nie było jednak przywracaniem wolności. Wprost przeciwnie.
Ale już wcześniej Sowieci wysyłali na ziemie polskie pod okupacją niemiecką swe
oddziały „partyzanckie” i „grupy specjalne” NKGB. Ich zadaniem nie była wcale
walka z Niemcami, choć w PRL był to jeden z najbardziej pielęgnowanych mitów.
Chodziło o rozpoznanie i ewidencję ognisk polskiego oporu, aby już wkrótce
przygotować grunt pod nową sowiecką okupację. Dlatego tak łatwo przychodziło
Sowietom rozbijanie i unicestwianie polskiej konspiracji niepodległościowej, w
dodatku mogli liczyć na niczym nieskrępowaną pomoc kolaborantów z tzw. Polskiej
Partii Robotniczej i jej bojówek: Gwardii i Armii Ludowej. Początek sowieckiej
okupacji to masowe represje: aresztowania, obławy, pacyfikacje, ponowne wywózki
całych rodzin na Sybir. Tym razem miało to już być naprawdę „na wsiegda”…
Żywioł polski miał być maksymalnie osłabiony, inteligencja i jednostki
przywódcze wyłapane, skazane i unicestwione. Od tego zaczynała się przecież
budowa „raju na ziemi”. To wszystko odbywało się z udziałem i przy wydatnej
pomocy kolaborantów i sługusów, którzy później, w Polsce Ludowej, otrzymywali za
to synekury – posady państwowe, honoraria, mieszkania…
Cały czas masowo
wyrzucano Polaków z ich siedzib, wysiedlając ich na terytorium Polski Ludowej, a
cały proces nazwano… repatriacją, czyli powrotem do kraju ojczystego. Polacy
mieszkali tam jednak od setek lat i tam był ich kraj ojczysty, bo była to część
Polski zagarnięta przemocą przez Sowietów! Dobrze więc, że Joanna
Wieliczka-Szarkowa zwraca na to uwagę i używa pojęcia ekspatriacja, czyli
wygnanie. Było to bowiem wypędzenie tych ludzi z Ojczyzny tylko za to, że byli
Polakami. Wygnańcy musieli zostawić na miejscu swą własność, dorobek wielu
pokoleń. Pod sowiecką okupacją pozostały też dobra kultury, zabytki, zbiory
muzealne, biblioteczne, dzieła sztuki. Niszczono je metodycznie, aby zatrzeć
ślady polskości, zresztą ten proceder wcale nie zanikł po rozpadzie Związku
Sowieckiego, o czym możemy się naocznie przekonać.
Mimo przyspieszonej,
brutalnej sowietyzacji opór na polskich Kresach Wschodnich trwał. Istniały
oddziały samoobrony tworzone na bazie konspiracji niepodległościowej. Rozbijały
one sowchozy, niszczyły ewidencję, likwidowały najgroźniejszych funkcjonariuszy
sowieckiego aparatu terroru i rodzimych zdrajców. Polski opór zanikał, ale
przetrwał incydentalnie do połowy lat 50. XX w. Czy można o tym zapomnieć?
W
łagrach pozostawały cały czas dziesiątki tysięcy Polaków, do których dołączano
nowe transporty. Na Sybir zesłano także tych żołnierzy gen. Andersa, którzy po
wojnie zdecydowali się na powrót do swych rodzin i gospodarstw. Jako „elementy
wrogie” wraz z rodzinami trafili na Syberię – po raz kolejny.
Ostatni
łagiernicy (z tych, którzy tę gehennę przeżyli) wyjeżdżali do PRL pod koniec lat
50. Nie dane im było zaznać spokoju: tu już czekała na nich Służba
Bezpieczeństwa, która dla tak zaciekłych „wrogów ludu” szykowała procesy. Taki
był los Józefa Halskiego, żołnierza AK, który z łagru w Norylsku został
zwolniony dopiero w 1959 roku. W PRL trafił od razu do więzienia w Inowrocławiu.
Niech teraz ci, którzy dziś tak obficie ronią łzy nad losem „biednych ubeków”,
którym nieco zmniejszono emerytury, popatrzą na to wszystko oczami
nieszczęśników. Jeśli mają wrażliwe oczy.
„Pełniący obowiązki Polaka”
Największy objętościowo
rozdział o „skrywanej okupacji” 1944-1956 pióra Macieja Korkucia to
systematyczna opowieść o podboju i zniewoleniu przez Sowietów i ich
komunistycznych sługusów reszty Polski, zwanej Polską Ludową. Tu posłużono się
fikcją – utworzeniem „samodzielnego” państwa – polskiego w formie, sowieckiego w
treści. I panem w nim był „człowiek sowiecki”, niezależnie od narodowości.
Pierwszym zadaniem okupantów było utworzenie i rozbudowa służb siłowych, aby
zidentyfikować i rozbić wszelki opór. Celem była więc likwidacja Polskiego
Państwa Podziemnego, jego kadry przywódczej, zohydzenie w oczach opinii
publicznej Armii Krajowej i innych organizacji niepodległościowych. Zdrajcy i
kolaboranci w nominalnie polskich mundurach skazywali bohaterów podziemia pod
zarzutem zdrady, kolaboracji z Niemcami i szpiegostwa.
Aparat represji był
bardzo szeroki. Urzędy Bezpieczeństwa, Informacja Wojskowa, Milicja Obywatelska
(wkrótce też ORMO), Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), czyli utworzone na
wzór Wojsk Wewnętrznych NKWD ubeckie wojsko. Cały czas był on wspierany w walce
z niepodległościowym podziemiem oddziałami „ludowego” Wojska Polskiego, które
brało udział w obławach, pacyfikacjach, aresztowaniach i rozstrzeliwaniach na
równi z cywilną i wojskową bezpieką.
Od 1944 r. na ziemiach Polski Ludowej
trwało – z różnym nasileniem w poszczególnych regionach – powstanie
antykomunistyczne. Sowieccy „wyzwoliciele” (od Niemców) byli zarazem
napastnikami, mordercami, grabieżcami i gwałcicielami. Jako zwycięzcy czuli się
– i faktycznie byli – całkowicie bezkarni. Wszelki opór podczas rabowania
rzeczy, gwałtów na kobietach karali śmiercią, nierzadko całej rodziny. Autor
słusznie posługuje się tu nie tyle świadectwami poszkodowanych czy świadków, ale
przedstawicieli nowej władzy, ślących alarmujące raporty o tym, co faktycznie
dzieje się w terenie. Meldunki z różnych miejsc na temat zachowywania się
„wyzwolicieli” były wstrząsające i takie same. To byli okupanci, na ogół jeszcze
bardziej brutalni i dzicy od swych poprzedników!
Autor konsekwentnie opisuje
całą mistyfikację komunistów, którzy co innego głosili i co innego robili,
bezsens referendum (1946) czy „wyborów” (1947). Wszystko sprowadzało się do
bezwzględnej, brutalnej siły, która miała złamać społeczeństwo i zniszczyć
wszelki opór. Cały czas trwała systematyczna sowietyzacja – kolektywizacja,
plany gospodarcze, monstrualne zbrojenia (katastrofalne w skutkach pod kątem
zapewnienia choćby podstawowych towarów i usług dla ludności), weryfikacja kadry
oficerskiej, nawet aparatu partyjnego pod kątem prawomyślności, pochodzenia
klasowego i przydatności dla nowego ustroju. W 1947 r. unicestwiono tzw. legalną
opozycję, likwidacja „reakcyjnego podziemia zbrojnego”, jak nazywano
niepodległościowe oddziały powstańcze, zajęła komunistom kilka lat więcej.
Stalinizm zagościł w Polsce na dobre na wiele lat. Ale pamiętać musimy nie tylko
o sowieckim ustroju i jego ofiarach, których zresztą do dziś nie policzono, a
rozmiarów strat, materialnych i wszelkich innych – nie oszacowano. To wszystko
nie byłoby możliwe bez komunistów-stalinistów, bez aparatu represji, sądownictwa
i prokuratury, bez instancji partyjnych i ich funkcjonariuszy, bez całkowicie
uległych mediów.
Szkoda, że nie ma całościowych, popularnych opracowań o nich
i o roli, jaką odegrali w sowietyzacji Polski. Z dokładnych badań
przeprowadzonych przez IPN wiemy, że ponad 50 procent kadry kierowniczej
bezpieki w latach 1944-1956 nie miało nawet formalnych związków z Polską. Jak
było w Informacji Wojskowej? W aparacie partyjnym? Wystarczy rzucić okiem na
składy Komitetów Centralnych PPR/PZPR z tamtego okresu, aby stwierdzić, że
proporcje były jeszcze bardziej wyraźne. Trudno zatem mówić, że istniał „polski
komunizm” i „polscy komuniści”. Był to raczej komunizm w Polsce jako w części
imperium sowieckiego, a jego funkcjonariusze to komuniści w Polsce, a nie
„polscy komuniści”, którzy nie mieli nic wspólnego z Ojczyzną Polaków, nie dbali
o ich los, przyczyniając się wydatnie do bezgranicznych ofiar i cierpień
trwających przez 45 powojennych lat.
Przecież oni nigdzie nie odeszli, nie
przepadli. Wielu z nich dotrwało na stanowiskach do końca PRL, później, na
skutek „grubej kreski”, otrzymywali renty specjalne lub odeszli „na swoje”,
czyli zajęli się majątkiem, pospiesznie uwłaszczonym pod koniec PRL. Po krótkim
okresie niepewności (1990-1993) komuniści w Polsce zadomowili się na dobre, pod
zmienionymi nazwami istnieją w parlamencie, w instytucjach kultury, w
fundacjach, oświacie, nauce i organizacjach społecznych, w mediach. Dbają nie
tylko o swój status polityczny, materialny i społeczny, ale także o „dobre imię”
swych przodków, przyjaciół, znajomych, słowem: „towarzyszy”.
Trzeba bronić
się przed rozmazywaniem odpowiedzialności za to, co działo się w Polsce pod
rządami komunistów, przed zacieraniem śladów i notorycznym kłamstwem co do
istoty rzeczy, przed propagandową agresją szukającą wroga nie tam, gdzie jest on
naprawdę. Wystarczy wspomnieć, kto i w jaki sposób stanął murem w obronie „czci
i honoru” gen. Wojciecha Jaruzelskiego i dlaczego. Wystarczyło ukazać jego i
rolę, jaką pełnił jako sowiecki namiestnik, aby natychmiast odezwał się medialny
front, do którego włączyły się samozwańcze „autorytety”. Nie jego jednak bronią,
tylko siebie, bo wszelkie odniesienia do przeszłości, ukazujące prawdę o
systemie i ludziach, którzy go tworzyli, są dla nich bardzo groźne.
Książka
Macieja Korkucia, Jarosława Szarka, Piotra Szubarczyka i Joanny
Wieliczki-Szarkowej „W cieniu czerwonej gwiazdy. Zbrodnie sowieckie na Polakach
(1917-1956)” jest dla nich groźna, ukazuje bowiem w niezwykle dostępny sposób i
w nieskomplikowanej formie ten aspekt polskiej historii, który nie istnieje albo
jest bardzo mało dostępny w lekturach szkolnych i podręcznikach.
Ważna lekcja
Otrzymaliśmy bardzo ważną książkę, która
powinna stać się – przynajmniej w sporych fragmentach – obowiązkową lekturą
szkolną w gimnazjach i liceach/technikach. Byłaby to dobra odtrutka na nihilizm
i bylejakość wielu współczesnych podręczników szkolnych. Przecież walka o naszą
świadomość wcale się nie zakończyła po 1989 roku. W podręczniku dla klas IV (i
wyższych) szkoły podstawowej z drugiej połowy lat 90. można przeczytać o
rewolucji bolszewickiej w Rosji w 1917 r.: „Robotnicy i żołnierze zaczęli
tworzyć swoje władze – Rady Delegatów Robotniczych i Żołnierskich. (…) Władzę
zdobyła partia Lenina, ale musiała stoczyć jeszcze wiele walk z przeciwnikami,
aby obronić ją i umocnić. Utworzone przez nową władzę wojsko nazwano Armią
Czerwoną. Rewolucja październikowa miała duże znaczenie w dziejach świata, bo
wskazała partiom działającym w imieniu robotników, jak zdobyć władzę i
zorganizować państwo. Odegrała też pewną rolę w sprawie polskiej, ponieważ nowe
władze ogłosiły w dekrecie, że każdy naród może decydować o swoim losie”. Ten
fałsz i propagandową obłudę zatwierdziło Ministerstwo Edukacji Narodowej już w
1991 roku!
To jest mit, że Polska nagle stała się „państwem prawa”, bo
świadczy o tym brak prawdziwej dekomunizacji i rozliczenia popełnionych zbrodni.
W dodatku ujawnianie dramatycznej przeszłości napotyka cały czas na zmowę
milczenia, a gdy to nie wystarcza, rusza kontrofensywa w postaci prób
zagłuszania osób i środowisk ujawniających prawdziwe oblicze niedawnej przecież
przeszłości. Ostatnio jeden z usłużnych historyków doszedł do wniosku, że
prawdziwą opozycję w Polsce stworzyli dopiero komuniści, cała reszta nie miała
żadnego znaczenia. To wszystko dzieje się przy naszej bierności, zakładamy
bowiem niesłusznie, że szkoła i państwo oraz media dostatecznie wypełniają swą
rolę edukacyjno-wychowawczą, choć gołym okiem widać, że tak nie jest.
Co
więcej, coraz częstsze są próby mieszania nam w głowach przez ukazywanie
„szlachetnych komunistów”, którzy naprawdę chcieli nam stworzyć raj na ziemi,
tylko im… nie wyszło. Ilu z nich potrafiło się przyznać do roli, jaką odegrali
w sowietyzacji Polski? Do udziału w represjach (niekoniecznie fizycznych), w
prześladowaniach na uczelniach czy miejscach pracy za inny sposób myślenia, za
okazywanie wiary i uczuć patriotycznych?
Książka „W cieniu czerwonej gwiazdy”
powinna być też wydana w częściach, w postaci broszur (obejmujących poszczególne
rozdziały) w masowym nakładzie, tak aby znalazła się w każdej polskiej szkole.
Przecież jest to możliwe – wystarczy skreślić z listy ministerialnych
dofinansowań kilka nic niewartych gniotów. Dotacje to są nasze pieniądze, z
naszych podatków, i mamy prawo domagać się, aby były one wydatkowane zgodnie z
wolą olbrzymiej większości, która – jak widać – nie ma odpowiedniego wpływu na
politykę wydawniczą i oświatową. Czy chcemy całkiem utracić wpływ na
kształtowanie historyczne i patriotyczne najmłodszych pokoleń?
Chciałbym tu
odwołać się do typowych przecież losów polskiej rodziny przytoczonych w książce
przez Piotra Szubarczyka: „Wielki polski cmentarz znajduje się na przykład w
Teheranie. Tam pochowany jest m.in. Wacław Siedzik, w młodości zesłaniec, który
po rewolucji bolszewickiej, w 1926 r., cudem powrócił do Polski. W lutym 1940 r.
ponownie zesłany, tym razem nie przez cara, lecz przez NKWD, pracował w kopalni
złota, potem był żołnierzem gen. Andersa. Nie wytrzymał trudów wędrówki po tym,
co przeżył w kopalnianym łagrze, umarł na szlaku. Jego żona Eugenia zginęła w
roku 1943 z rąk gestapo za przynależność do AK. Jego córkę, Danutę Siedzikównę
„Inkę”, zamordowało w roku 1946 UB za działalność w poakowskim oddziale II
konspiracji niepodległościowej. Miała 17 lat. Oto przykładowy wojenny los
polskiej rodziny” (s. 231).
Czas już upomnieć się o pamięć i godność ofiar
komunistycznych w Polsce i pełne uznanie czerwonej gwiazdy, sierpa i młota za
symbole tożsame z niemiecką swastyką. Bo Polacy ginęli w walce i na skutek
represji z rąk okupantów nie tylko spod znaku swastyki, ale też czerwonej
gwiazdy oraz sierpa i młota. Wyniki badań przytoczone we wstępie przez prof.
Andrzeja Nowaka mogą przecież napawać lękiem o przyszłość. W profesjonalnej
ankiecie z 2007 r. tylko 40 procent Polaków w wieku 18-29 lat wskazało, że
zbrodnia katyńska była dziełem Związku Sowieckiego. A nie brakowało tak
kuriozalnych odpowiedzi, że jej ofiarami byli Żydzi, że to Polacy dokonali w
Katyniu mordu na Żydach…
Najnowsze badania wskazują, że ponad połowa
młodych ludzi (do 20. roku życia) nie ma w ogóle pojęcia o tej zbrodni. To, co
nie udało się komunistom w PRL, udaje się wychowawcom młodzieży w wolnej
Polsce?
Leszek Żebrowski
Maciej Korkuć, Jarosław Szarek, Piotr Szubarczyk, Joanna Wieliczka-Szarkowa,
W cieniu czerwonej gwiazdy. Zbrodnie sowieckie na Polakach (1917-1956),
Wydawnictwo Kluszczyński, Kraków 2010.
Książka jest dostępna w księgarniach
„Naszego Dziennika” w: Warszawie, al. Solidarności 83/89, 00-144 Warszawa, tel.
(22) 850 60 20; Krakowie, ul. Starowiślna 49, 31-038 Kraków, tel./fax (12) 431
02 45,
e-mail: [email protected].
Księgarnia ta prowadzi sprzedaż wysyłkową.
