Bronię Instytutu Pamięci Narodowej

Losy Instytutu Pamięci Narodowej są dla mnie istotne w dwu
płaszczyznach: rodzinnej i zawodowej. Proszę wybaczyć, że chcę pokazać problem z
jednostkowego punktu widzenia. Traktuję to jednak jako przykład. Spraw podobnych
były tysiące.

W 1952 r. mój ojciec, Mieczysław Rulka, „za przynależność do tajnej
organizacji godzącej w ustrój Polski Ludowej” został skazany przez Wojskowy Sąd
Rejonowy we Wrocławiu, gdzie mieszkaliśmy, na 10 lat więzienia. Jego kolegę –
Włodzimierza Pawłowskiego – skazano na karę śmierci. Wyrok, już po śmierci
Stalina, został wykonany.

„Wróg Polski Ludowej”
Po roku 1989 kilkakrotnie zwracałem
się do różnych urzędów centralnych o udostępnienie materiałów dotyczących mojego
nieżyjącego już ojca. Za każdym razem otrzymywałem odpowiedź odmowną. Dopiero po
powstaniu IPN i odejściu z dyrektury prof. Leona Kieresa w marcu 2008 r.
otrzymałem do wglądu teczki z zamazanymi (?) nazwiskami prześladowców ojca.
Ilość materiałów i nazwisk w dokumentach była tak duża, że większość osób w
jakichś tam konfiguracjach odczytałem. Dzięki tym dokumentom dowiedziałem się,
że na ojca zbierano materiały już od 1948 r., a główne jego początkowe
„przestępstwa”, według chorążego Eliasza Fefera, tajnie prowadzącego
dochodzenie, były następujące: „Rulka zaznaczył, że w państwie, gdzie nie ma
prywatnej inicjatywy i gdzie nie ma własności prywatnej, nie może być mowy o
dobrobycie, a gdy będą zaprowadzone spółdzielnie na wsi, chłop będzie pracował
jak u pana i będzie głód”. Dalej Fefer pisał: „Podejrzewam, że w czasie wojny
należał do ZWZ i AK. Wszystko, co napisał Eliasz Fefer, było prawdą, jednakże
konkluzja jego wywodów w ówczesnych czasach brzmiała niezwykle groźnie: „Wróg
Polski Ludowej, wróg klasowy”. W efekcie ojca zwalniano z pracy, przeważnie pod
pretekstem fikcyjnych redukcji etatów. W końcu jeden z litościwszych
personalnych (tak nazywano wtedy kierowników kadr zobowiązanych do ścisłej
współpracy z UB), powiedział: „Za panem idzie pismo z Urzędu. Chyba w całym
Wrocławiu nie znajdzie pan zatrudnienia”.
Ojciec zaczął dojeżdżać do
odległego o kilkadziesiąt kilometrów Jawora, wracając do domu najwyżej dwa razy
w tygodniu, ale i tam zredukowano go ze stanowiska wicedyrektora powiatowego
przedsiębiorstwa budowlanego. W efekcie przed aresztowaniem skończył jako
kierownik niewielkiej spółdzielni zbierania złomu (wszystko wtedy było
społeczno-państwowe), czyli stał się śmieciarzem. Jednak robił to z myślą o nas
– dzieciach. W aktach wojskowej prokuratury rejonowej kierowanej przez
zbrodniarza ppłk. Filipa Badnera posługującego się wtedy nazwiskiem Barski,
odpowiedzialnego za śmierć wielu ludzi, jest też notatka z początków 1952 r.,
bezpośrednio przed aresztowaniem: „Córka ww jest studentką V roku medycyny, syn
uczniem I liceum ogólnokształcącego”.
Czyż można się dziwić, że ówczesny
terror polityczny, patriotyzm ojca i jego sytuacja osobista doprowadziły go do
tajnej organizacji (Rzeczpospolita Polska Walcząca) chcącej zmienić ten stan
rzeczy?
Z akt dowiedziałem się też, że prokurator, prymitywny i piszący z
błędami ortograficznymi podporucznik, oraz sędzia por. Jerzy Klimczyk, nie
wspominając już ławników, żołnierzy poborowych, byli tylko figurantami.
Wcześniej w prokuraturze prok. Kałużny, pod nadzorem Badnera, a następnie w
wojskowym sądzie rejonowym – pod nadzorem płk. Włodzimierza Ostapowicza, też
wielokrotnego zbrodniarza, wydano wyrok na tajnych naradach już kilkanaście dni
przed oficjalną rozprawą. (Wiele wstrząsających danych o prześladowaniach we
Wrocławiu zawiera „Golgota wrocławska” Krzysztofa Szwagrzyka i inne jego prace,
które opublikował jako pracownik wrocławskiego oddziału IPN).
Od początku
pieczołowicie dbano też, by nastąpił przepadek mienia oskarżonego. Oficer
śledczy musiał podpisać odpowiedni druczek, że pod sankcją dyscyplinarną ustali,
jaki jest majątek oskarżonego, by prokurator mógł wystąpić o jego przepadek, co
też nastąpiło.

Można było odmówić
W czerwcu 1952 r. zdałem z
wyróżnieniem maturę i musiałem uciekać z Wrocławia. W Toruniu przyjęto mnie na
historię. Po paru miesiącach donos na mnie złożyła koleżanka – aktywistka
(powiedziała mi o tym niedawno, rok przed swoim zgonem).
To był już czas
śmierci Stalina, studentem byłem dobrym, a ludzie, nawet partyjni, okazali
życzliwość. Pod koniec studiów obiecano mi asystenturę, jednak gdy na ogromnym
wiecu społeczności akademickiej, po XX zjeździe KPZR, z udziałem I sekretarza
Komitetu Wojewódzkiego PZPR Władysława Kruczka powiedziałem, w jakich warunkach
przebywają i umierają więźniowie polityczni w Strzelcach Opolskich, sprawa
oczywiście upadła. Uniwersytet zwrócił się do mnie z propozycją zatrudnienia
dopiero po dziesięciu latach, gdy obroniłem doktorat.
W latach 70., gdy byłem
w Toruniu adiunktem, dwóch smutnych panów zaprosiło mnie na kawę, wykazało w
rozmowie doskonałą znajomość moich zajęć i zaproponowało współpracę z
„organami”. Zdecydowanie odmówiłem. Zgłosiłem też protest uniwersyteckiemu
sekretarzowi partii docentowi Januszowi Symonidesowi. Gdy więc słyszę, że
„musieli” donosić: Daniel Passent, minister Michał Boni, prof. Andrzej Garlicki
i setki innych, stwierdzam z całą stanowczością: nie musieli. Wykazali słabość
lub chęć współpracy.
W tej sytuacji wolałem zmienić pracę na Wyższą Szkołę
Pedagogiczną w Bydgoszczy, ale i tam na mnie donoszono.
I jeszcze jedno
wydarzenie. W stanie wojennym wyemitowano w telewizji esbecką, spreparowaną,
wulgarną rozmowę Lecha Wałęsy z bratem. Rozmowa ta miała zniszczyć przywódcę
„Solidarności” w opinii społecznej. Dzień po emisji doszło do spotkania członków
Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego z ówczesnym sekretarzem KC i zastępcą
Jaruzelskiego, Józefem Czyrkiem. W czasie spotkania oświadczyłem, że protestuję
przeciw takim próbom manipulacji i nie życzę sobie, aby tego typu przekazy
kiedykolwiek się powtórzyły. Jest to dosłowny cytat z mojej wypowiedzi. Na sali
było ok. 30 profesorów, w tym przynajmniej 10 członków Akademii Nauk. Ani jeden
mnie oficjalnie nie poparł. W kuluarach owszem. A przecież ja byłem tylko
docentem w peryferyjnej uczelni, a oni autorytetami, którym w najgorszym wypadku
można było wstrzymać wyjazdy zagraniczne. Dziś żyjący uczestnicy tych wydarzeń
są wielkimi zwolennikami Lecha Wałęsy. Natomiast ja uważam, że 20 lat po
uzyskaniu niepodległości, a prawie 40 lat od grudnia 1970 r., nie można hamować
badań historycznych. Są one potrzebne i konieczne. Z ustaleniami poszczególnych
badaczy można polemizować, krytykować ich metody pracy i wnioski, ale nie wolno
odmawiać prawa do badań i prób ustalenia faktów; należy jednak pamiętać, by
widzieć je w istniejących wtedy kontekstach i uwarunkowaniach.
Moją teczkę,
do której SB zbierała na mnie materiały, spalono w styczniu 1990 roku. Uważam,
że zniszczenie przez esbeków tysięcy teczek nastąpiło wskutek przyzwolenia
(świadomego lub grzechu zaniechania) premiera Tadeusza Mazowieckiego, ministra
Henryka Samsonowicza, przewodniczącego Bronisława Geremka, ministra Krzysztofa
Kozłowskiego i posła – redaktora Adama Michnika, bo był on od początku
przeciwnikiem udostępniania akt.
Kwintesencją poglądów tego środowiska jest
dla mnie wypowiedź Marka Beylina: „Dość tego IPN-u” („Gazeta Wyborcza”
30.05-1.06.2008), w której redaktor stwierdził: „Nie widzę dziś w Polsce
instytucji bardziej szkodliwej dla polskiej wiedzy i pamięci od IPN-u”.
Od
lat zastanawiam się, dlaczego w niektórych kręgach opiniotwórczych panuje taka
niechęć do IPN. Widzę to w skomplikowaniu losów obywateli polskich w XX wieku.
Weźmy jako przykład wspomnianego Marka Beylina. Wywodzi się z rodziny
prominentów KPP i PPR, o czym dowiedziałem się z pamiętników Antoniego
Zambrowskiego. Podobne pochodzenie ma duża część kierownictwa „Gazety
Wyborczej”. W ich interesie nie leży nagłaśnianie tych koligacji. Również
psychologicznie nie mogą mieć poglądów zbieżnych z dziećmi ofiar tego systemu.
Wspomniany wyżej Antoni Zambrowski, też wywodzący się z komunistycznego
środowiska, jest wyjątkiem, a nie regułą.

Kagańcowa ustawa
Ostatnie lata, a szczególnie badania
IPN, obnażyły też skalę nasycenia społeczeństwa w czasach komunistycznych
agenturą służb specjalnych. Okazało się, że szczególnie infiltrowane były
środowiska inteligenckie: naukowcy, dziennikarze, prawnicy, inteligencja
twórcza. Nie należy tego widzieć jednostronnie. Ze swej natury środowiska te
dążą do akceptacji stanów idealnych. Marksistowska teoria równości i „szczęścia
na ziemi” znajdowała i nadal znajduje (szczególnie w kapitalistycznych krajach
wysokorozwiniętych) swoich zwolenników.
Gdy w krajach „realnego socjalizmu”
ludzie ci zauważyli, że są „równi i równiejsi”, często nie mieli siły lub chęci
wyplątywać się z powiązań, w których byli uwikłani. Dlatego gdy zaczęto ujawniać
ich agenturalne więzi, stawili opór. Szczególnie widoczne było to wtedy, gdy
miała nastąpić lustracja szkolnictwa wyższego. Przeważnie najgłośniej
protestowali ci, którzy byli tajnymi współpracownikami. Dzięki zmasowanej i
kłamliwej propagandzie różnych grup nacisku udało się lustrację
zlikwidować.
Część powiązanych ze służbami, którzy nie przeszli na emeryturę,
zajmują obecnie stanowiska m.in. profesorskie, kierują instytucjami naukowymi
itp. Według zasad znowelizowanej ustawy o IPN znajdą się też wśród elektorów
wybierających kandydatów do władz IPN, a same władze Instytutu zwykłą
większością głosów w Sejmie wybierze i sobie podporządkuje partia
rządząca.
Moje zarzuty można odeprzeć: przecież Platforma Obywatelska nie
dąży do likwidacji Instytutu. Oczywiście, bo opór społeczny byłby zbyt silny.
Ale „robi krok we właściwym kierunku” (opinia SLD). Wystarczy teraz, aby na
czele Instytutu znaleźli się ludzie z byłego otoczenia Leona Kieresa: prof.
Paweł Machcewicz, prof. Andrzej Friszke lub bliscy im poglądami. Będziemy wtedy
mieć IPN z pierwszych lat jego istnienia, o którym opowiadano zjadliwe dowcipy i
który był bardzo odległy od realizacji swoich statutowych zadań.
Pięciolecie
IPN 2006-2010 pod kierownictwem prof. Janusza Kurtyki i prof. Jana Żaryna to
chlubny czas jego działalności. Jest to najlepsza instytucja badająca i
upowszechniająca polską historię najnowszą. Z trzech jej pionów dwa zasługują na
najwyższą pochwałę.
Pion naukowy w ciągu tego czasu opublikował kilkadziesiąt
poważnych monografii. Za szczególnie cenne uważam prace dotyczące złowrogiej
działalności Urzędów Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa, a także prace
biograficzne. Równie cenne są opracowane naukowo publikacje źródłowe. Ogromnym
osiągnięciem jest wydanie ponad stu dziesięciu numerów miesięcznika
popularnonaukowego „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”. Tego dorobku
porównywalnego, a może nawet więcej, z pracą wszystkich uniwersyteckich
instytutów historycznych łącznie nie można przecenić.
Równie istotne
osiągnięcia ma dział edukacji publicznej IPN. Swoją działalność koncentruje na
powszechnie dostępnych wykładach, konkursach dla młodzieży, organizowaniu wystaw
przypominających trudne problemy naszej najnowszej historii. Są to wystawy
poświęcone zarówno bohaterom, jak i zbrodniarzom naszych dziejów najnowszych. Na
całe życie pozostanie mi w pamięci widok ponad stu starszych ludzi – ofiar
zbrodni okresu stalinowskiego, czekających w końcu lat 90. na otwarcie wystawy
we wrocławskim arsenale. A także widok ich pooranych wiekiem i przeżyciami
twarzy, gdy zobaczyli, że ich oprawcy umieszczeni na planszach mają z polecenia
dr Ewy Kuleszy, szefa urzędu Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych,
zasłonięte paskami papieru oczy, aby nie można było ich rozpoznać. Jest dla mnie
niepojęte, że każdy oczywisty, niewielki kroczek w wolnej Polsce musi być
osiągany z takim wysiłkiem i w pełni nigdy nie jest zrealizowany…
Chcę
jednak zmartwić przeciwników lustracji i zwolenników amnezji historycznej. Tego
się już nie da powstrzymać. Nie tylko wśród znienawidzonych przez was „moherów”,
lecz i wśród młodzieży, co widzieliśmy chociażby w okresie żałoby
narodowej.
Najsłabiej, w mojej ocenie, działa pion śledczy IPN, ale przyczyny
tego leżą poza Instytutem. Podam tylko jeden przykład. Naczelny prokurator lat
50., wielokrotny zbrodniarz sądowy, Stanisław Zarako-Zarakowski, żył do 1998
roku. Władze III RP doskonale o nim wiedziały, bo w 1991 r. prezydent Lech
Wałęsa zdegradował go ze stanowiska generała brygady. Ale dlaczego ówczesne
władze, w tym ministrowie – prokuratorzy generalni – nie postawili Zarakowskiego
w stan oskarżenia? Jest to, w moim mniemaniu, hańbą dla całej III RP (por.
„Biuletyn IPN” 3/2010).
Nowa ustawa o IPN ma charakter kagańcowy. Protesty
dużych grup historyków, polityków i wielu kręgów społecznych na Bronisławie
Komorowskim, tymczasowo wykonującym obowiązki prezydenta RP, nie robią wrażenia.
Dlatego do marszałka Sejmu i premiera Donalda Tuska kieruję słowa:
Nie macie
prawa zabierać nam pamięci i świadomości historycznej, dając w to miejsce
„jedynie słuszną”, własną i zmieniającą się w zależności od potrzeb wykładnię
przeszłości.

Prof. Janusz Rulka

Autor jest historykiem i pedagogiem, od 30 lat bada przemiany
świadomości historycznej młodzieży oraz wzajemne relacje mediów i historii.

 
 

drukuj