Grecy nie chcą zaciskać pasa

Protesty w Grecji przybierają na sile z dnia na dzień. Wczorajsze
demonstracje były najliczniejsze i najdramatyczniejsze od początku kryzysu w tym
kraju. Pracownicy sektorów publicznego i prywatnego sprzeciwiają się
zapowiedzianym przez premiera gigantycznym cięciom budżetowym.

Dziesiątki tysięcy ludzi protestowało na ulicach greckich miast przeciwko
ostrym planom oszczędnościowym ogłoszonym przez rząd. Obywatele nie godzą się na
drastyczne cięcia budżetowe zaproponowane przez władze. Bijąc w bębny i
skandując: „Nie zadzierajcie z nami!”, robotnicy, urzędnicy i pracownicy innych
sektorów przemaszerowali ulicami Aten i innych dużych miast Grecji. Przewodzą im
liderzy związków zawodowych pracowników prywatnych (GSEE) i państwowych (ADEDY),
liczną reprezentację mają także członkowie komunistycznego związku zawodowego
PAME. W samej tylko stolicy Grecji zebrało się około 30 tys. protestujących. Z
kolei w leżących na północy Salonikach zgromadziło się 14 tys. manifestantów.
Dane takie podawały miejscowe władze, jednak, jak informowały, tłum gęstniał z
godziny na godzinę. W ostatnich dniach regularnie dochodzi do starć z policją.
Funkcjonariusze niejednokrotnie zmuszeni są do użycia siły. Tak było także
wczoraj. Wobec 50 manifestantów, którzy próbowali wedrzeć się na teren
parlamentu, użyto gazu łzawiącego.
Wczorajsza demonstracja była już trzecim
wspólnym strajkiem pracowników sektorów prywatnego i publicznego. Po raz kolejny
doprowadził on do niemal całkowitego sparaliżowania Grecji. Zablokowana została
komunikacja publiczna, zamknięto większość sklepów, a na lotniskach odwołano
wszystkie loty. Strajkujący podkreślają, że do tak gwałtownej reakcji zmuszają
ich wyłącznie zapowiedzi rządu w kwestii drakońskich oszczędności finansowych. –
Te kroki są przerażające – mówi Maria Tzivara, 54-letnia ekspedientka. – Obawiam
się, że zostanę przez to zwolniona lub moja pensja będzie mocno zmniejszona.
Będzie bardzo ciężko – dodaje. Przedstawiciele związków zawodowych podkreślają,
że rozumieją, iż rząd był zmuszony ograniczyć wydatki, by dostać 110 mld euro
pożyczki od krajów strefy euro i od MFW, zaznaczają jednak, że oszczędności są
tak fatalnie zaplanowane, że w ich wyniku najbardziej ucierpią najmniej
zarabiający Grecy.
Socjalistyczny premier Jeorios Papandreu skierował projekt
ustawy oszczędnościowej do parlamentu. Zakłada ona cięcia rzędu 30 miliardów
euro poprzez zdecydowane ograniczenie pensji pracowników sektora publicznego i
podniesienie podatku VAT. Opozycja wzywa do odrzucenia tego dokumentu. Wydaje
się jednak, że rząd ma w parlamencie na tyle stabilną większość, iż ustawa
zostanie przyjęta jeszcze w tym tygodniu. Jak podkreślają komentatorzy, do
zmiany decyzji nie powinny skłonić rządzących toczące się w kraju protesty.
Pomimo że dość liczne, to jednak są one zdecydowanie spokojniejsze niż te, do
których dochodziło w Grecji w grudniu 2008 roku, kiedy policja zabiła
nastolatka.
Strajki wybuchły zaraz po tym, gdy zaczęto spekulować, że
przygotowany przez Unię Europejską i MFW pakiet pomocowy dla Grecji opiewający
na 110 miliardów euro może okazać się niewystarczający i nie uchroni Starego
Kontynentu przed rozprzestrzenianiem się skutków kryzysu. Automatycznie też
grecki przypadek spowodował obawy wielu ekonomistów, czy tworzona przez 16
państw Europy grupa posiadająca wspólną walutę pozostanie w wyniku kryzysu w
niezmienionym kształcie, czy też może zaobserwujemy początek rozpadu strefy
euro.

Łukasz Sianożęcki

drukuj