Na służbie Polsce i Kościołowi
Homilia ks. abp. Stanisława Gądeckiego, metropolity poznańskiego,
wygłoszona w czasie Mszy św. żałobnej po śmierci Prezydenta RP i delegacji
katyńskiej, plac Poznańskich Krzyży, 14 kwietnia 2010 r.
Gromadzimy się dzisiaj w miejscu symbolicznym – przed Poznańskimi Krzyżami,
przeżywając żałobę po stracie Pana Prezydenta i całej delegacji, która zmierzała
na uroczystości katyńskie. Nasza modlitwa jest rzeczą całkiem naturalną i
zrozumiałą w obliczu tragedii, która wydarzyła się w miejscu określanym jako
trójkąt bermudzki Narodu Polskiego (Myrosław Marynowycz). Rzeczą nienormalną
byłaby obojętność na cierpienie i śmierć zwłaszcza wtedy, kiedy ginie głowa
Ojczyzny. Święty Paweł konstatuje, że kiedy „cierpi jeden członek, współcierpią
wszystkie inne członki” (1 Kor 12, 26) ciała, którym jest Kościół. Analogicznie
winno być w odniesieniu do ciała – Ojczyzny.
Myśląc z nadzieją
zmartwychwstania o wszystkich bez wyjątku, którzy w drodze ponieśli śmierć na
służbie Kościoła i Ojczyzny, chciałbym zatrzymać się na rozważeniu czterech
ważkich spraw: historii, polityki, nauki i wiary.
HISTORIA
Pierwszą kwestią jest historia. Otóż historia, czyli pamięć, jest
przestrzenią, w której konstytuuje się naród. Bez pamięci nie ma narodu. „Pamięć
– stwierdził francuski filozof Paul Ricoeur – jest tą siłą, która tworzy
tożsamość istnień ludzkich zarówno na płaszczyźnie osobowej, jak i zbiorowej.
Przez pamięć bowiem w psychice osoby tworzy się poniekąd i krystalizuje poczucie
tożsamości”. Analizując dzieje własnej ojczyzny, poznajemy własne korzenie,
lepiej rozumiemy naszą teraźniejszość, aktualną sytuację społeczną, polityczną,
gospodarczą. Znajomość przeszłości pozwala nam głębiej i lepiej identyfikować
się z ludźmi wokół nas, bo ci ludzie – choć tak różni i często ode mnie odmienni
– wyrastają przecież z tych samych korzeni. Nie da się – jak chcieliby niektórzy
– skupić się wyłącznie na tym, co tu i teraz, na samym budowaniu przyszłości.
Naród, społeczeństwo, wreszcie każdy z nas potrzebuje bazy, fundamentu, na
którym buduje. Liczy się nie tylko to, dokąd zmierzam, ale także to, skąd
przychodzę.
Zwracając się do Papieskiego Komitetu Nauk Historycznych,
Benedykt XVI powiedział: „Dziś mamy do czynienia z poważnym kryzysem
historiografii, bo musi ona walczyć o przetrwanie w społeczeństwie kształtowanym
przez pozytywizm i materializm. Obie te ideologie wzbudziły niepohamowany
entuzjazm dla postępu, a ów entuzjazm, podsycany przez spektakularne odkrycia i
zdobycze techniczne, mimo katastrofalnych doświadczeń ubiegłego wieku wywiera
wpływ na koncepcję życia rozległych warstw społeczeństwa. Przeszłość jawi się
zatem wyłącznie jako ciemne tło, na którym jaśnieją ponętne obietnice
teraźniejszości i przyszłości. (…) Typową cechą tej mentalności jest brak
zainteresowania historią. (…) A rezultatem jest społeczeństwo, które nie
pamięta o własnej przeszłości, a tym samym pozbawia się zdobytych dzięki
doświadczeniu kryteriów i nie potrafi już stworzyć podstaw harmonijnego
współistnienia i wspólnego zaangażowania w realizację przyszłych celów. Takie
społeczeństwo jest szczególnie podatne na ideologiczną manipulację” (Benedykt
XVI, „Pamięć historyczna pomaga budować przyszłość. Do Papieskiego Komitetu Nauk
Historycznych” – 7.03.2008). „Naród, który traci pamięć – traci życie”. Narody,
które nie potrafią zadbać o swoją historię, przestają odgrywać jakąkolwiek rolę,
rozpadają się lub tracą swoją tożsamość. Polacy przetrwali zabory w dużej mierze
dlatego, że potrafili pielęgnować pamięć.
Nie da się ukryć, że Prezydent
Kaczyński i ci, którzy podzielali jego idee, starali się zadbać o to, aby Polacy
byli dobrze zakorzenieni w niezafałszowanej historii. Znana jest jego wiara w
powrót Polski na drogę prawdy i najszlachetniejszych tradycji naszego Narodu.
Prezydent „jako wzorowy mąż stanu i prawdziwy patriota do końca pozostał wierny
swoim ideałom dbałości o ujawnienie prawdziwej historii Narodu Polskiego”
(wniosek radnych miasta Warszawy). Ten, który tak wiele sił poświęcił na
przywracanie prawdy historycznej, zakończył życie w odległości kilku kroków od
Lasu Katyńskiego, miejsca, które od prawie 70 lat dzieliło narody Polski i
Rosji. Pisze „Niezawisimaja Gazieta”: „Dla Polski i osobiście dla Lecha
Kaczyńskiego przywrócenie historycznej prawdy w tej kwestii stało się sprawą
życia. (…) Jego walka zakończyła się sukcesem: nie usłyszał przeprosin, ale
prawda – nie ma co do tego żadnych wątpliwości – zatriumfowała” (wtorek, 13
kwietnia 2010 r., nr 86 (3712)).
Czy w ramach dbałości o naszą zbiorową
obywatelską pamięć nie powinniśmy poważnie potraktować wniosków zawartych w
przemówieniu, które nie zostało wygłoszone przez Pana Prezydenta w Katyniu?
Brzmią one tak: „Sprawmy, by katyńska rana mogła się wreszcie w pełni zagoić i
zabliźnić. Jesteśmy już na tej drodze. My, Polacy, doceniamy działania Rosjan z
ostatnich lat. Tą drogą, która zbliża nasze narody, powinniśmy iść dalej, nie
zatrzymując się na niej ani nie cofając” i „wszystkie okoliczności zbrodni
katyńskiej muszą zostać do końca zbadane i wyjaśnione. Ważne jest, by została
potwierdzona prawnie niewinność ofiar, by ujawnione zostały wszystkie dokumenty
dotyczące tej zbrodni. Aby kłamstwo katyńskie zniknęło na zawsze z przestrzeni
publicznej”.
POLITYKA
Drugą kwestią jest polityka. Otóż ukrywanie prawdy o Katyniu pozostanie dla
nas symbolem polityki oportunistycznej. Oportunistycznej, czyli takiej, która
rezygnuje z niezmiennych zasad dla doraźnych korzyści.
a) „Ukrywanie prawdy o
Katyniu – efekt decyzji tych, którzy do zbrodni doprowadzili – stało się jednym
z fundamentów polityki komunistów w powojennej Polsce: założycielskim kłamstwem
PRL” (niewygłoszone katyńskie przemówienie Lecha Kaczyńskiego).
Niestety,
oportunistami okazali się również zachodni alianci, obawiając się podpisania
przez Stalina jednostronnego układu pokojowego z Hitlerem. Dla zachowania
jedności koalicji przymknęli oczy na katyńskie dowody zbrodni. Druga wojna
światowa – powiadają – trwała 6 lat, czyli ok. 2200 dni. Zginęło w niej łącznie
ok. 50 milionów ludzi, czyli statystycznie każdego dnia w drugiej wojnie
światowej ginęło ok. 22 700 ludzi. Liczba ofiar Katynia, Charkowa i Miednoje
zabitych przez NKWD odpowiada w przybliżeniu liczbie ofiar jednego dnia wojny.
Uwaga, jaką alianci poświęcili sprawie Katynia, jest proporcjonalna do liczby
ofiar tej zbrodni.
Na szczęście każdy oportunizm posiada swoją cenę.
Niespełna sześć tygodni po ogłoszeniu przez Niemców wiadomości o odkryciu grobów
ambasador brytyjski przy polskim rządzie na uchodźstwie w Londynie napisał w
poufnym memorandum do brytyjskiego gabinetu wojennego: „W istocie byliśmy
zmuszeni do nadużywania dobrego imienia Anglii w takim samym celu, w jakim
mordercy użyli drzewek sosnowych, czyli dla ukrycia zbrodni (…). Czy nie jest
tak, że teraz stajemy w obliczu niebezpieczeństwa oszukiwania nie tylko innych,
lecz i siebie samych; (…) Czyż nie na nas spadnie przekleństwo św. Pawła
odnoszące się do tych, którzy widzą zbrodnie i nie płoną gniewem?” (sir Owen
O’Malley).
Ostatnia katastrofa wykrzyczała szerokiemu światu powody, dla
których Polacy każdego roku zbierali się w tym miejscu. Po tym nieszczęściu
świat usłyszał o Katyniu, rozmawia o nim, odkrywa go i stara się zrozumieć. Po
tym wypadku Katyń może stać się – jak powiadają – swoistym katharsis,
oczyszczeniem dla narodu rosyjskiego. Oba polskie kataklizmy pozwolą teraz
Rosjanom otworzyć się na ich własne koszmary z przeszłości. Poznają oni zbrodnie
Stalina i Rosja się zmieni. Dzięki Katyniowi. Norman Davies pisze: „Kiedy patrzę
na gigantyczną przemianę, jaka zachodzi w stosunkach polsko-rosyjskich, nie mogę
uwierzyć, że doczekałem takich czasów. Relacje obu krajów mają szanse być lepsze
niż kiedykolwiek w dziejach tych narodów. To dzieje się na naszych oczach i
trzeba być ślepym, żeby tego nie zauważyć” (N. Davies, „Teraz wierzę, że w
Polsce narodzi się nowa 'Solidarność'”, Polska – 13.04.2010).
b) Gdy idzie natomiast o samą osobę Pana Prezydenta – czy nie potrzeba
rachunku sumienia? Czy nie jest zastanawiający fakt, że dzień przed wyjazdem do
Katynia przedstawiano go w mediach w diametralnie odmiennym świetle aniżeli w
dzień po jego śmierci? Wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z całkiem inną
osobą. Przez całe cztery lata szargano osobę Prezydenta i pomniejszano rangę
sprawowanego przez niego urzędu, tym samym nie szanując tych, którzy go wybrali,
ani majestatu Rzeczypospolitej. Dowodzono, że jest najgorzej wykształconym
człowiekiem na tym stanowisku, mimo iż był jedynym z powojennych prezydentów,
który posiadał tytuł profesora. Drwiono z jego patriotyzmu, a przywracanie
pamięci przedstawiono jako małostkowość i zaściankowość. Kpiono z jego miłości
do matki, żony, brata. Skąd się brała ta zjadliwa propaganda, która ostatecznie
szkodziła nie tylko jemu, ale naszej Ojczyźnie? Dzień później – w tych samych
gazetach – okazuje się nagle, że ten sam człowiek był największym patriotą. Czy
nie jest to zastanawiająca obłuda? Jeśli cenzura nie istnieje, to w czyim ręku
znajdują się dzisiaj nożyczki? Czy nie daje nam to do myślenia o rozległej
manipulacji, jakiej podlegamy codziennie i jakiej się często poddajemy,
powtarzając – mimo wykształcenia – opinie, które nie przystoją osobom
myślącym.
c) Dla polskich elit politycznych nastał teraz czas próby; próby ich
charakteru. Jeśli obecną względną równowagę zaburzy negatywna gorączka, Polska
bardzo sobie zaszkodzi. Jeśli nie zawiodą, polska demokracja odbuduje się i
wzmocni. Jeśli swoją zgodnością zainspirują Naród, w Polsce narodzi się nowa
„Solidarność”. To przecież z jej szeregów wyszedł Prezydent Kaczyński. I on
zapewne marzyłby o takim scenariuszu (por. N. Davies, „Teraz wierzę, że w Polsce
narodzi się nowa 'Solidarność'”, Polska – 13.04.2010).
Czy nie jest to czas
na nowe przemyślenie kierunku naszej polityki, która od dłuższego czasu jest
przedmiotem tak wielu krytycznych uwag ludzi głębiej myślących? Czy zamiast
posunięć politycznych zmierzających do krótkowzrocznych celów i pozornych
sukcesów nie należy raczej wziąć pod uwagę spraw zasadniczych, takich jak
zabezpieczenie prawnej, ekonomicznej i społecznej suwerenności rodziny,
zabezpieczenie prawa własności obywateli w skali państwowej w kategoriach prawa
publicznego, jak prawno-konstytucyjne zagwarantowanie nietykalności osoby
ludzkiej w zakresie prawa do życia od poczęcia do naturalnego kresu, jak
zabezpieczenie etycznego wychowania młodego pokolenia, wolnego od wpływów
relatywizmu?
Chodzi nade wszystko o fakt solidarności pojmowanej jako czynnik
decydujący w sferze gospodarczej, kulturowej, politycznej oraz religijnej,
solidarności przyjętej jako kategoria moralna. Nie jest ona nieokreślonym
współczuciem czy powierzchownym rozrzewnieniem wobec zła dotykającego wielu osób
– bliskich czy dalekich. Przeciwnie, jest to mocna i trwała wola angażowania się
na rzecz dobra wspólnego, czyli dobra wszystkich i każdego, wszyscy bowiem
jesteśmy naprawdę odpowiedzialni za wszystkich. Wola ta opiera się na gruntownym
przekonaniu, że zahamowanie pełnego rozwoju jest spowodowane żądzą zysku i owym
pragnieniem władzy. Tego rodzaju „struktury grzechu” można zwalczyć jedynie
poprzez postawę przeciwną – zaangażowaniem dla dobra bliźniego wraz z gotowością
ewangelicznego „zatracenia siebie” na rzecz drugiego zamiast wyzyskania go,
„służenia mu” zamiast uciskania go dla własnej korzyści (por. „Sollicitudo rei
socialis”, 38).
NAUKA
I trzecia sprawa: nauka, czyli charakterystyczna przestrzeń tych, którzy się
dzisiaj zebrali, aby uczcić pamięć wszystkich ofiar katastrofy. Profesor Lech
Kaczyński w latach 1967-1971 studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim.
Po
obronie pracy magisterskiej przeniósł się do Sopotu, gdzie podjął pracę
naukowo-dydaktyczną w Zakładzie Prawa Pracy na Uniwersytecie Gdańskim. Tam pod
kierunkiem doc. dr. hab. Romana Korolca, a po jego śmierci prof. dr. hab.
Czesława Jackowiaka przygotował i obronił w 1980 r. rozprawę doktorską pt.
„Zakres swobody stron w zakresie kształtowania treści stosunku pracy”, za którą
otrzymał nagrodę w prestiżowym konkursie miesięcznika „Państwo i Prawo”. W
rozprawie Lech Kaczyński stworzył bardzo odważną i śmiałą jak na owe czasy
koncepcję charakteru prawnego norm prawa pracy i zasady uprzywilejowania
pracownika.
Stopień naukowy doktora habilitowanego nauk prawnych uzyskał w
roku 1990 na podstawie rozprawy „Renta socjalna”. W jej treści rozwinął
reprezentowaną w Katedrze Prawa Pracy UG koncepcję prawa zabezpieczenia
społecznego jako systemu środków wspierających obywateli, którzy utracili
zdolność do zarobkowania lub znaleźli się w trudnych sytuacjach życiowych. Był
autorem kilkudziesięciu opracowań naukowych z zakresu prawa pracy i prawa
zabezpieczenia społecznego.
Pracę naukową i dydaktyczną łączył z
działalnością na rzecz opozycji demokratycznej w Polsce. Od połowy lat 70.
zbierał pieniądze dla represjonowanych robotników, zaś w 1977 r. podjął
współpracę z Biurem Interwencji Komitetu Obrony Robotników, a rok później
związał się z Wolnymi Związkami Zawodowymi. W tym czasie prowadził szkolenia i
wykłady dla robotników, głównie z zakresu prawa pracy. W stanie wojennym był
internowany w obozie w Strzebielinku. Po zwolnieniu z internowania pełnił wiele
funkcji w podziemnych strukturach NSZZ „Solidarność”. Brał udział w rozmowach
Okrągłego Stołu, od maja 1990 r. faktycznie kierował NSZZ „Solidarność” jako I
zastępca przewodniczącego Lecha Wałęsy. Po krótkim epizodzie pracy w Kancelarii
Prezydenta RP objął funkcję prezesa Najwyższej Izby Kontroli.
Po zakończeniu
kadencji powrócił do pracy naukowo-dydaktycznej na Uniwersytecie Gdańskim. W
1996 r. został mianowany profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Gdańskiego. W
1997 r. przeniósł się na Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
Władze Uniwersytetu Gdańskiego i UKSW
pamiętają go jako znakomitego nauczyciela akademickiego, doskonałego naukowca, a
przede wszystkim niezwykle skromnego i życzliwego człowieka. Jako urlopowany
pracownik UKSW zmarł razem ze swoim rektorem (ks. Ryszardem
Rumiankiem).
Pisał Mikołaj Kopernik: „Zadaniem wszystkich nauk szlachetnych
jest odciągać człowieka od zła i kierować jego umysł ku większej doskonałości”.
Niestety, doświadczenia, jakie ludzkość poczyniła w minionym stuleciu,
zdecydowanie przeczą optymistycznemu przekonaniu Kopernika o powiązaniu pomiędzy
zdobywaniem wiedzy a moralnymi wartościami. Zdolnymi do największego
barbarzyństwa, winnymi największych ludobójstw w historii ludzkości, ludźmi
czyniącymi z antropologii, medycyny, socjologii, historii, a także innych nauk
ślepe niewolnice ideologii okazali się ludzie wszechstronnie wykształceni.
Faszyzm, a także stalinowski komunizm nie były propagowane przez samych
psychopatów i ludzi prymitywnych, ale miały na swoich usługach całe rzesze
wykształconych propagandzistów. Podobnie zresztą umysły, w których zrodził się
plan systematycznego ludobójstwa na narodzie kambodżańskim, były wcześniej
kształcone w Paryżu. Osoby odpowiedzialne za bezpośrednie przygotowanie i
przeprowadzenie ataku na World Trade Center kształciły się z kolei na wyższych
uczelniach Niemiec.
Zdobycze nauki – będąc z jednej strony odbiciem
prawdziwej inteligencji i geniuszu ludzkiego, z drugiej zaś odbiciem ograniczeń
i niedoskonałości swych twórców – mogą stać się w umysłach i w rękach ich samych
oraz innych ludzi zarówno narzędziem pomnażania dobra, jak i narzędziem zbrodni.
I niestety dotyczy to w równym stopniu zdobyczy nauk technicznych, jak i
humanistycznych.
WIARA
Ostatni i najważniejszy temat to wiara. Zakłada ona odczytywanie wydarzeń w
świetle Ewangelii, która mówi m.in.: „A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet,
które zawodziły i płakały nad Nim. Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł:
'Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad
waszymi dziećmi! Oto bowiem przyjdą dni, kiedy mówić będą: ?zczęśliwe niepłodne
łona, które nie rodziły, i piersi, które nie karmiły’. Wtedy zaczną wołać do
gór: Padnijcie na nas; a do pagórków: Przykryjcie nas! Bo jeśli z zielonym
drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?'” (Łk 23, 27-31).
Odpowiedzią
człowieka wiary na to, co się wydarzyło, nie może być lamentowanie ani
rozdmuchiwanie płytkiego sentymentalizmu, ale nawrócenie. „Nawracajcie się i
wierzcie w Ewangelię!” – mówi Ewangelia (Mk 1, 15). Nawrócić się znaczy
przemyśleć, poddać rewizji życie indywidualne i społeczne; pozwolić Bogu wniknąć
w zasady rządzące naszym życiem; w osądach nie kierować się rozpowszechnionymi
opiniami. Nawrócić się znaczy nie żyć tak jak wszyscy, nie postępować jak
wszyscy, nie usprawiedliwiać własnych dwuznacznych albo niegodziwych działań
tym, że inni postępują tak samo; nie opierać się na osądzie wielu, na osądzie
ludzkim, ale na osądzie Bożym. Innymi słowy – szukać nowego stylu życia.
Nie
jest to żaden moralizm. Gdybyśmy sprowadzili chrześcijaństwo do moralności,
stracilibyśmy z oczu istotę orędzia Chrystusa, to znaczy dar komunii z Jezusem,
a tym samym z Bogiem. Kto nawraca się ku Chrystusowi, nie zamierza tworzyć sobie
własnej autarchii moralnej, nie próbuje stawać się dobrym o własnych
siłach.
Nawrócenie znaczy coś dokładnie przeciwnego – uwolnić się od
samowystarczalności, dostrzec i pogodzić się z tym, że potrzebujemy innych i
Innego, Jego przebaczenia i przyjaźni. Życie nienawrócone to ciągłe
samousprawiedliwianie się (nie jestem gorszy niż inni); nawrócenie natomiast to
pokorne zawierzenie się miłości Innego, która staje się miarą i kryterium mojego
własnego życia.
Trzeba także wziąć pod uwagę aspekt społeczny nawrócenia.
Jednakże prawdziwa personalizacja jest zawsze nową i głębszą socjalizacją. „Ja”
otwiera się na całą głębię „ty” i w ten sposób powstaje nowe „my”. Jeśli styl
życia rozpowszechniony dzisiaj w świecie rodzi niebezpieczeństwo
depersonalizacji, czyli życia życiem cudzym, nawrócenie powinno prowadzić nas do
powstania nowego „my”, to znaczy do wejścia na wspólną drogę z Bogiem.
Nawrócenie czysto indywidualne nie ma solidnego oparcia (por. ks. kard. Joseph
Ratzinger, „Nowa ewangelizacja”).
ZAKOŃCZENIE
„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię
nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (J
12, 24).
