Niemcy – dobrzy sąsiedzi?
Sąsiedzkie relacje Polski i Niemiec nie układają się najlepiej. Prawa
poszczególnych krajów Unii Europejskiej nie obowiązują, niestety, w sposób
symetryczny. Dlaczego tak się dzieje?
Ważną przeszkodą w relacjach polsko-niemieckich była (i pozostaje nadal)
budowa Gazociągu Północnego. Dlaczego piszę o tym w czasie przeszłym? Otóż
dlatego, że ostatnio pojawiły się dwie niezmierne dla nas ważne informacje, z
których wynika, że być może uda się odsunąć lub zupełnie wyeliminować groźbę
rosyjskiego szantażu gazowego – dokonywanego przy milczącej zgodzie władz w
Berlinie. Otóż, Komisja Parlamentu Europejskiego do spraw przemysłu, badań
naukowych i energii niemal jednogłośnie przyjęła unijne rozporządzenie dotyczące
bezpieczeństwa energetycznego. Jeden z najważniejszych zapisów tego
rozporządzenia mówi, że jeżeli któryś z krajów Unii ogłosi u siebie regionalny
kryzys gazowy lub gdy dostawy gazu spadną tam o 10 procent, Bruksela ogłosi stan
nadzwyczajny w całej UE, a wszystkie kraje mają zagrożonemu pospieszyć z pomocą.
To jest dla nas dobra informacja. Chociaż z historii wiemy, że zamiast na zapisy
umów koalicyjnych lepiej jednak liczyć na własne siły. Dlatego też ważną
informacją jest to, że pierwsze amerykańskie firmy otrzymały koncesje na
wiercenia i eksploatację złóż gazu łupkowego, którego polskie zasoby szacuje się
na ok… 200 lat! Podobno ta właśnie informacja wywołała popłoch w „Gazpromie”.
Otóż, te dwa wydarzenia pomogą poniekąd unieważnić energetyczny sojusz Berlin –
Moskwa, o którym to minister Radosław Sikorski mówił, iż jest nową formą paktu
Ribbentrop – Mołotow.
Kontrowersje wokół Centrum przeciwko Wypędzeniom
Inną
sporną kwestią w naszych relacjach z zachodnim sąsiadem jest budowa Centrum
przeciwko Wypędzeniom. Centrum powstanie, a szefowa Związku Wypędzonych Erika
Steinbach, choć osobiście zrezygnowała z zasiadania w radzie fundacji Centrum,
będzie miała wielki wpływ na kształt i funkcjonowanie wspomnianej instytucji.
Przyjrzyjmy się temu nieco bliżej. Otóż, zaczęło się od warunkowej kapitulacji –
wycofania polskiego sprzeciwu wobec powstania Centrum przeciwko Wypędzeniom.
Tymczasem sam fakt powstania Centrum – o czym Powiernictwo Polskie alarmowało od
samego początku – jest sprzeczny z Polską racją stanu, gdyż prowadzi do zdjęcia
odpowiedzialności z Niemiec za II wojnę światową. Zarówno forma organizacyjna
Centrum, jak i skład jego władz mają wobec tego faktu znaczenie drugorzędne.
Niestety, ową drugorzędną sprawę również przegraliśmy. Nieoficjalnie mówi się o
cichym porozumieniu wypracowanym przez Władysława Bartoszewskiego, zgodnie z
którym w zamian za wycofanie polskiego sprzeciwu wobec „Widocznego znaku” miała
być zablokowana kandydatura Steinbach do władz fundacji. Taka umowa – jeżeli
oczywiście istniała – została przez Niemców naruszona i niewiele brakowało, by
Erika Steinbach we władzach fundacji zasiadła. Konieczna zatem była gwałtowna
reakcja polskiej dyplomacji, by ową nominację przenieść w stan zawieszenia. Przy
okazji wmawiano Polakom, iż to zawieszenie ostatecznie kończy kwestię
kandydatury Steinbach. Tymczasem okazało się, że konieczne były kolejne
ustępstwa na rzecz „wypędzonych”, by ową zablokowaną rzekomo kandydaturę…
zablokować. W największym skrócie: ustępstwa owe polegają na zwiększeniu
instytucjonalnego wpływu Związku Wypędzonych na fundację „Widoczny znak”. A
zatem za rezygnację z bezpośredniego uczestnictwa Eriki Steinbach – co ma wymiar
jedynie symboliczny – zapłacono ustępstwami faktycznymi (zwiększeniem wpływów
Steinbach, tyle że wywieranych pośrednio). Przegraliśmy więc sprawę
pierwszorzędną (powstanie Centrum), przegraliśmy drugorzędną (wpływ
„wypędzonych” na Centrum), a cieszymy się jak dzieci ze „zwycięstwa” w sprawie
trzeciorzędnej, czysto wizerunkowej (rezygnacja z osobistego uczestnictwa w
radzie Steinbach). Stanowisko Powiernictwa Polskiego pozostaje tutaj niezmienne
– Polacy powinni wybudować Centrum Wypędzonych Obywateli II Rzeczypospolitej, a
nie Muzeum II wojny światowej o jakimś „wymiarze europejskim”.
Niższy status mniejszości polskiej
Realnym problemem jest
przyznanie Polakom w Niemczech statusu polskiej mniejszości narodowej. W
październiku ubiegłego roku Powiernictwo Polskie wystosowało do premiera Donalda
Tuska apel, w którym napisaliśmy: „Sytuacja, w której mniejszość polska w
Niemczech nie jest traktowana jako pełnoprawna mniejszość narodowa, stanowi
bezpośrednią kontynuację sytuacji powstałej w wyniku dekretu nazistowskich
Niemiec z 1940 roku. Uważamy za absurd, aby 70 lat od wybuchu II wojny światowej
tak ważny obszar stosunków polsko-niemieckich był regulowany w duchu dokumentu,
pod którym widnieje podpis Hermanna Göringa. Niestety, omawiana sprawa została
zaniedbana w trakcie negocjacji nad traktatem dobrosąsiedzkim z 1991 roku, w
wyniku czego w tym oficjalnym dokumencie członkowie mniejszości polskiej w
Niemczech zostali określeni jako 'obywatele niemieccy polskiego pochodzenia’.
Tym samym traktat międzynarodowy usankcjonował niesprawiedliwy status
mniejszości polskiej w Niemczech. Uważamy, iż najwyższy czas, aby zmienić ten
stan rzeczy”.
Od tamtej pory niewiele się zmieniło. W mediach, w różnych
programach publicystycznych spotykam się z politykami PO, którzy żywo przekonują
mnie (oraz opinię publiczną), że mniejszości polskiej w Niemczech nie ma! Przed
II wojną światową była, a teraz nie ma? A przecież naszym – polityków –
obowiązkiem jest stawać murem za rodakami. Jak mamy skutecznie negocjować z
Niemcami, skoro sami nie potrafimy zdefiniować naszego stanowiska?!
Żądania odszkodowań za utracony majątek
Kolejną ważną
kwestią są odszkodowania lub zwroty majątku, który był własnością Niemców przed
II wojną światową. Mamy już kilka takich bulwersujących opinię publiczną
wyroków, które zakończyły się porażką Skarbu Państwa, porażką Polski.
Szczególnie bolesne jest, że owe wyroki zapadają przed polskimi sądami!
Tymczasem kolejne pozwy o zwrot majątku czekają na rozstrzygnięcie. Stosunek
rządu Donalda Tuska do tych problemów najlepiej wyrazić słowami ministra Tomasza
Arabskiego, który odnosząc się do jednego z takich wyroków, oświadczył, że są to
zwykłe sprawy cywilnoprawne.
Oczywiście, nie są to sprawy „zwykłe”, ponieważ:
po pierwsze: pozbawiają dorobku całego życia niewinnych Polaków [1.04.2010 r.
olsztyński sąd orzekł eksmisję rodzin Moskalików i Głowackich z domu Agnes
Trawny. Gmina Jedwabno ma dostarczyć obu rodzinom mieszkania zastępcze – przyp.
red.], po drugie: to my wszyscy – polscy podatnicy – nabywamy kolejne lokale, by
przegrani polscy obywatele nie „wylądowali pod mostem”, po trzecie: płacimy po
raz wtóry tym, którzy już raz otrzymali w Niemczech rekompensatę za mienie
pozostawione w Polsce i po czwarte: sprawy te rzucają cień na relacje
polsko-niemieckie, bo w powszechnej świadomości utrwala się obraz Niemca
chciwego, łasego na cudzą własność.
Istnieją dwa wyjścia z tej sytuacji. Z
jednej strony należy skonstruować polskie prawo tak, by procesy takie kończyły
się wyrokiem korzystnym dla obywateli polskich. Z drugiej – trzeba jak
najszybciej renegocjować traktat polsko-niemiecki z 1991 r. o przyjaźni i
dobrosąsiedzkiej współpracy poprzez wprowadzenie tam zapisu, iż państwo
niemieckie przejmuje na siebie ciężar odszkodowawczy. Niestety, w tej dziedzinie
rząd Donalda Tuska nie wykazuje żadnego zainteresowania.
Reparacje wojenne należą się Polsce
Zupełnie zapomniana
dziś pozostaje kwestia reparacji wojennych. Przypomnę, że w 2004 r. Sejm RP
przyjął uchwałę wzywającą rząd polski do wyegzekwowania reparacji wojennych od
Niemiec. Rząd premiera Marka Belki zdystansował się wówczas od stanowiska Sejmu,
a sam prezes Rady Ministrów powiedział, iż stanowisko Sejmu nie jest dla rządu
żadnym wiążącym prawem. Niemiecki rząd oraz jego polscy akolici utrzymują, że
Polska zrzekła się reparacji w 1953 roku. Otóż taki dokument (o zrzeczeniu się)
nie istnieje! Powiernictwo Polskie pomimo iż kilka lat temu ofiarowało nagrodę w
wysokości 10 tys. zł za okazanie tegoż – nadal jest w posiadaniu pieniędzy.
Apeluję zatem raz jeszcze, szczególnie do rządu Niemiec (słynących z dokładności
i staranności), by taki dokument okazał i raz na zawsze sprawę zakończył! Rząd
Platformy Obywatelskiej, mimo iż sam Tusk w 2004 r. głosował za uchwałą, nie
zrobił absolutnie nic, by tę sprawę wyjaśnić. A przypominam, że może chodzić o
sumę ok. 900 mld euro (lub większą, w zależności od sposobu liczenia).
Platforma buduje partnerskie relacje?
W rozmowie z
sympatykiem PO dotyczącej właśnie relacji polsko-niemieckich w odpowiedzi na
moje argumenty usłyszałam: „To co, mamy Niemcom wypowiedzieć wojnę?”. Wydaje mi
się jednak, że pomiędzy stanem wojny a całkowitą uległością istnieje jeszcze
duża przestrzeń działań i zachowań, które mogą budować partnerskie relacje z
najbliższymi sąsiadami. Najlepiej zobrazować to przykładem. Otóż, dwa niemieckie
landy zdecydowały – pod naciskiem tzw. wypędzonych – że w dokumentach osób
urodzonych przed 1990 r. na terenach onegdaj należących do Rzeszy Niemieckiej
zniknie informacja, że przyszły one na świat za granicą. A jeżeli nie urodziły
się za granicą, to oznacza, że urodziły się w Niemczech – z takiego założenia
wychodzą niemieccy nacjonaliści, a władze tych dwóch landów pogląd ów
podzieliły. Zwróciłam się zatem do ministra spraw wewnętrznych i administracji z
wnioskiem, aby takie dokumenty (z fałszywym wpisem miejsca urodzenia) były przez
polską administrację odrzucane a priori. W odpowiedzi nasze ministerstwo
skreśliło pismo, które można streścić słowami: „Staramy się, monitorujemy, może
coś tam jest na rzeczy, ale ogólnie wszystko jest w porządku”. Ani słowa o
retorsjach! Przy okazji mojego wniosku pojawiły się interesujące komentarze,
które doskonale oddają stan ducha naszych elit.
– Polska administracja w
żadnym wypadku nie może kwestionować wewnętrznych regulacji państwa
niemieckiego. Byłoby to nie tylko niesmaczne, ale dodatkowo prawdopodobnie
naruszałoby prawo europejskie – uważa Sławomir Koroluk, doktor prawa, były
wykładowca Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Nigdy nie
wzywałam rządu niemieckiego, by w obrębie swojej administracji zmienił owe
regulacje, bo faktycznie to jest ich wewnętrzna sprawa, jeśli np. w czyjejś
rubryce „miejsce urodzenia” napiszą: „stacja kosmiczna”. Proszę jednak zwrócić
uwagę na wyraźną asymetrię tego rozumowania: my nie możemy kwestionować
wewnętrznych regulacji państwa niemieckiego, ale gdyby Polska zastosowała
odpowiednie retorsje, to prawdopodobnie naruszylibyśmy prawo europejskie. Ale
tym, co najbardziej szokuje w powyższej wypowiedzi, jest podniesienie „kwestii
smaku”. W kreowaniu polityki zagranicznej liczą się tylko silni gracze, słabi
zawodnicy znaczą niewiele. Otóż, rząd Donalda Tuska zajmuje się przede wszystkim
„smakiem”, a nie realnymi problemami. Zresztą ta linia polityki została
wytyczona jeszcze przed zjednoczeniem Niemiec, kiedy Gorbaczow miał powiedzieć
do Kohla: „Polakami się nie przejmujcie”. Co na to nasi politycy? Wielki wódz,
którym niewątpliwie był Napoleon Bonaparte, mawiał: „W polityce (również
zagranicznej) głupota nie stanowi przeszkody”. Czyż nie miał racji?
Często w
rozmowach słyszę argument, że nie powinniśmy drażnić Niemców, bo przecież byli
naszymi adwokatami wejścia do Unii Europejskiej, a nadto jako najwięksi płatnicy
do skarbu UE mają swój niekwestionowany wkład w proces unowocześniania Polski.
„Jadę przez Polskę i przy realizowanych inwestycjach widzę planszę z napisem, że
UE (czytaj: najwięcej dali Niemcy) przeznaczyła tyle a tyle środków” – mówił
niedawno mój znajomy mieszkający na stałe we Francji. A więc się opłaca? Jest to
argument wybitnie populistyczny. Moim zdaniem, przy każdej zachodniej inwestycji
(w tym także niemieckiej) właściciele powinni wystawić np. tablicę: „W ubiegłym
roku czysty zysk z tego sklepu wyniósł 48 mln euro netto. Zarząd dziękuje
Polakom. Danke schen!”. Przepraszam, ale nie wierzę, że Niemcy dają nam coś za
darmo.
Dorota Arciszewska-Mielewczyk
Autorka jest senatorem RP, prezesem Powiernictwa
Polskiego.
