Zdążyć przed rakiem
Trwają badania nad nowatorską metodą diagnozowania nowotworów
narządów układu moczowo-płciowego opracowaną przez zespół naukowców z Gdańskiego
Uniwersytetu Medycznego pod kierunkiem prof. Romana Kaliszana. Już niedługo, aby
wykryć raka, nawet gdy nie będzie jeszcze objawów klinicznych choroby, wystarczy
pobrać od pacjenta próbkę moczu.
Co roku na nowotwory układu moczowo-płciowego zapada w Polsce około 20
tysięcy osób, z czego połowa umiera. Do najczęściej występujących zalicza się
raka jądra, gruczołu krokowego, pęcherza moczowego i nerek. Doktor hab. Michał
Markuszewski z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego stwierdza, że nowotwory układu
moczowo-płciowego są trzecią najczęściej występującą chorobą nowotworową po raku
płuc i piersi. Podkreśla, że tylko ich wczesne wykrycie pozwala na szybkie i
skuteczne wyleczenie danego pacjenta. Pomóc ma w tym metoda diagnozowania
nowotworów, nad którą pracuje wspólnie z prof. Romanem Kaliszanem. Jeżeli okaże
się ona skuteczna, pozwoli w szybkim czasie powiadomić potencjalnego chorego o
zagrożeniu rakiem.
Moje życie zmieniło się radykalnie
Wiele osób chorych na
raka często nie zdaje sobie sprawy, że coś poważnego im dolega, zanim nie
poczuje niepokojącego bólu czy nie zauważy dziwnych guzów. Dopiero wówczas
poddaje się badaniom, których wynik najczęściej brzmi dla nich jak wyrok
śmierci. Trudno pogodzić się bowiem z myślą, że jeżeli choroby nie uda się
wyleczyć, nasze życie nagle zostanie przerwane… Szymon Chrostowski, student
Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, usłyszał
w 2004 r.: „Ma pan raka”. – Już wcześniej miałem dziwne dolegliwości, ale
lekarze nie byli w stanie postawić właściwej diagnozy. Przez ponad rok chodziłem
do różnych specjalistów: internisty, ortopedy, lekarza chorób wewnętrznych,
wreszcie do urologa. W międzyczasie zrobiłem USG nerek i jamy brzusznej. Wtedy w
pobliżu nerki dostrzeżono cień, który okazał się nowotworem – wspomina
Chrostowski.
Trafił do kliniki leczenia nowotworów układu moczowo-płciowego w
Warszawie. Tam okazało się, że ma raka jądra z przerzutami na szypułkę nerkową i
układ moczowy. – Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, co się tak właściwie
dzieje. Pamiętam jak dziś, że gdy usłyszałem zdanie: „Ma pan raka”, odbiło się
ono w mojej głowie ogłuszającym grzmotem. Tysiące myśli, wszelkie możliwe
scenariusze mojego dalszego życia. I najważniejsze pytanie: Jak długo ono będzie
jeszcze trwało…? – dodaje.
W ciągu półtora roku przeszedł skomplikowane
operacje. Pierwszą po Świętach Bożego Narodzenia w 2004 r., drugą – znacznie
cięższą – w lutym 2005 roku, po niej nastąpiło uciążliwe leczenie chemioterapią.
Szymon Chrostowski pochodzi z okolic Poznania, jednak z racji studiów w stolicy
przez cały czas leczył się w Warszawie. By nie martwić rodziny, nikomu nie
powiedział o swojej chorobie, lecz przeżywał ją w samotności. Sił dodawała mu
jedynie wiara i przykład Ojca Świętego Jana Pawła II. – Pomyślałem, że powiem
im, jak już będę na prostej. W tym samym czasie nasz wielki Polak Jan Paweł II
odchodził z tego świata. Zbiegło się to w czasie z moją chemioterapią. Miałem
dużo wolnego czasu, mogłem obserwować te wydarzenia. I sporo myśleć. Było przy
mnie wiele osób duchownych, które wspierały mnie modlitwą – wspomina.
Dziś
Szymon Chrostowski jest zdrowy. Jak przez mgłę przypomina sobie wiszące
kroplówki, bóle pooperacyjne, niegojące się rany po bleomycynie. Jego życie
zmieniło się jednak radykalnie. Jako wotum wdzięczności za drugą szansę, którą
otrzymał od Pana Boga, powołał do istnienia Fundację „Wygrajmy Zdrowie”. Jej
celem jest edukowanie społeczeństwa poprzez informowanie, czym są nowotwory
układu moczowo-płciowego. – Po latach pracy na rzecz fundacji wiem, że to, co
wydarzyło się w moim życiu, zmierzało do tego, aby pomagać innym w takich
właśnie krytycznych momentach. Dawać nadzieję na to, że nawet ze śmiertelnej
choroby można wyjść i potem normalnie żyć. Być „żywym świadectwem” zwycięstwa
medycyny. Teraz wiem, że nie warto zamartwiać się codziennymi problemami. Każdy
dzień należy przeżywać z radością i tak samo czekać na kolejny – dzieli się
swoim doświadczeniem Szymon Chrostowski.
Krok milowy w diagnostyce nowotworów
Nie wszyscy chorzy
na raka mają jednak tyle szczęścia, co on. Choć – jak podkreśla prof. Roman
Kaliszan – praktycznie wszystkie nowotwory można dziś wyleczyć, to jednak
odsetek umieralności na tę chorobę jest wciąż duży. – W ostatnich latach
nastąpił duży postęp w terapii, nie dlatego że powstały jakieś nowe leki, lecz
przede wszystkim dlatego że leki możemy podawać w bardzo dużych dawkach, których
kiedyś pacjent by nie przeżył. Dziś łącznie z nimi dostaje on osłonę w postaci
żywienia pozajelitowego i zniszczonych chemioterapią przeciwciał, co powoduje,
że nie zabija go katar – podkreśla prof. Kaliszan. Dzięki takiemu leczeniu, poza
tylko niektórymi bardzo złośliwymi formami raka, pozostali chorzy w większości
całkowicie wracają do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Im jednak
szybciej wykryje się chorobę, tym szanse na całkowite wyleczenie są
większe.
Wszystko wskazuje na to, że metoda diagnozowania nowotworów narządów
układu moczowo-płciowego, nad którą pracuje zespół prof. Kaliszana, będzie
milowym krokiem w diagnostyce raka. – Unikatowość naszego podejścia polega na
połączeniu zaawansowanej analityki z przetwarzaniem danych metodami
komputerowymi – stwierdza prof. Kaliszan. Naukowiec podkreśla, że ich metoda
mogłaby być stosowana już sto lat temu, gdyby istniała odpowiednia aparatura.
Przed epoką komputerów analizowanie danych trwało jednak bardzo długo, wielu
wyliczeń nie można było w ogóle zrobić, nie mówiąc o tym, że należało wówczas
doskonale operować warsztatem matematycznym. Dziś jest to niepotrzebne, bo
korzysta się z gotowych programów komputerowych, dzięki którym uzyskuje się dane
ukryte dla człowieka. – Połączenie chromatografii, tzn. techniki analitycznej
służącej do badania składu mieszanin związków chemicznych z chemometrią, czyli
komputerowymi metodami przetwarzania danych chemicznych, stało się naszą
specjalnością, w której osiągnęliśmy znaczne sukcesy – dodaje
uczony.
Dlaczego celem badań stały się nowotwory układu moczowo-płciowego? Po
pierwsze, dlatego że mocz okazał się najbardziej dogodnym do pozyskania
materiałem do badań. Po drugie, u chorych na raka układu moczowo-płciowego skład
moczu zmienia się najbardziej, dzięki czemu można przeprowadzać na nim
szczegółowe analizy. Dotyczy bowiem tych narządów, przez które on przechodzi lub
przez które jest wytwarzany.
Najważniejsze jest spojrzenie wielowymiarowe
Próbka moczu
pobrana od pacjenta badana jest pod kątem związków chemicznych zwanych
nukleozydami, które odzwierciedlają zmiany biochemiczne zachodzące w organizmie.
U pacjentów chorych na nowotwory układu moczowo-płciowego stwierdzono
podwyższone stężenie nukleozydów w stosunku do osób zdrowych. Dzięki porównaniu
próbek moczu od osób chorych i zdrowych z tego analitycznego, skomplikowanego
obrazu wyłuskuje się informacje różnicujące osoby chore i zdrowe. – W czasie
choroby nowotworowej powstają tzw. modyfikowane nukleozydy, inne niż w
fizjologicznie zdrowym organizmie. Są one wydalane do moczu, w którym –
obserwując ich stężenie – można wnosić na temat potencjalnych stanów chorobowych
– tłumaczy dr hab. Markuszewski.
Nukleozydy powstają z kwasów nukleinowych,
co jest szczególnie istotne, bo w przypadku chorób nowotworowych pojawia się
błąd w zapisie kwasu nukleinowego. Może się on przekładać na szerokie zmiany
biochemiczne organizmu, które dotyczą nie tylko nadmiaru lub niedoboru jednego
związku, ale wielu metabolitów jednocześnie. Nukleozydy są to więc związki,
które niosą duży ładunek informacji i można je łatwo oznaczyć, gdyż występują w
odpowiednich ilościach. – W naszej metodzie nie koncentrujemy się na
obserwowaniu zmian jednego związku, bo takie dane mogą być mylące. Tradycyjne
podejście, czyli obserwacja jednego markera (substancji, która pozwala na
zidentyfikowanie obecności danej choroby), w przypadku choroby nowotworowej nie
daje wiążących wyników. Jednak jeśli równocześnie oznaczy się i zaobserwuje
większą liczbę związków – kilkanaście czy kilkadziesiąt – to wtedy wyłoni się
obraz wypadkowy z tych wszystkich substancji. Taki obraz wiarygodniej koreluje z
obecnością lub brakiem choroby nowotworowej – tłumaczy prof. Kaliszan. Michał
Markuszewski dodaje, że przy chorobie np. nowotworu gruczołu krokowego oznacza
się specyficzny antygen, białko, które pojawia się w przypadku chorób
nowotworowych. Skuteczność tych oznaczeń zależy od wielkości zmiany wywołanej
chorobą, im jest ona większa, tym wyniki są bardziej ewidentne. – Dziś 30
procent odpowiedzi jest albo fałszywie dodatnich, albo fałszywie ujemnych.
Fałszywie dodatnia oznacza, że zdrowy wychodzi chory, a fałszywie ujemna, że
chory wychodzi jak zdrowy. A jest to powszechnie uznany marker stosowany do
oznaczania chorób nowotworowych gruczołu krokowego i uważany za jeden z lepszych
– twierdzi dr hab. Markuszewski.
Te badania to misja społeczna
Jedną z osób z zespołu
prof. Kaliszana śledzących te zależności jest doktorantka – mgr farmacji
Wiktoria Struch, która swoje badania traktuje jako swoistego rodzaju misję. –
Zainteresowałam się tą metodą ze względu na to, że w dzisiejszych czasach
zapadalność na chorobę nowotworową nieustannie wzrasta. Nasza praca jest więc
służbą społeczeństwu. Mamy nadzieję, że dokonamy kroku milowego w diagnostyce
nowotworów – stwierdza Wiktoria Struch. W przypadku badania nukleozydów poza
samą techniką ich oznaczania, np. poprzez elektroforezę kapilarną, bardzo
istotne jest przygotowanie samych próbek moczu do analizy. – To, co jeszcze
niedawno trwało 40 minut, dziś trwa już tylko 10 minut. To bardzo istotne z
punktu widzenia oszczędności pracy i odczynników – zauważa prof. Kaliszan.
Kilkadziesiąt próbek wstawianych jest do podajnika, który automatycznie
przekazuje je do analizatora, w którym dokonuje się m.in. selektywnej izolacji
nukleozydów, usuwając substancje balastowe. Wszystkie dane przenoszone są
automatycznie do komputera, w którym prowadzone są dalsze wyliczenia.
Do tej
pory badaniu nową metodą poddano prawie trzystu pacjentów, jednak żeby
potwierdzić jej skuteczność, potrzebne są wyniki od przynajmniej tysiąca
chorych. Wszystkie bowiem wymogi formalne do uznania metody i zakwalifikowania
jej do użytku wymagają dużego statystycznie materiału. – Zamierzamy pobrać około
1000 próbek, żeby te wyniki były bardziej wiarygodne i miarodajne. Statystycznie
rzecz ujmując, im więcej próbek, tym bardziej dokładnie można określić zależność
pomiędzy stężeniem nukleozydów, ich profilem metabolicznym a obecnością choroby
nowotworowej – wyjaśnia Wiktoria Struch.
Prace wciąż trwają
Według szacunków prof. Romana
Kaliszana, badania nad nową metodą zajmą jeszcze około dwóch lat. W porównaniu z
badaniami leków, które trwają od 12 do 15 lat, to nie jest długo. Obecność tej
metody na rynku usług medycznych zależna jest od jej efektywności. Do tej pory
jej skuteczność potwierdza się w ponad 80 procentach. – Nie ma metod diagnozy,
które nie wymagają potwierdzenia. Każda z nich, jeżeli daje 80 procent
skuteczności, uznawana jest za dobrą metodę. Naszą ambicją jest dojście do 90
procent. Żadna metoda diagnostyczna nie daje bowiem 100-procentowej skuteczności
– stwierdza prof. Kaliszan. Według uczonego, już w niedalekiej przyszłości
dzięki zastosowaniu ich metody możliwe będą łatwe, ogólnodostępne badania
profilaktyczne, które od razu potwierdzą lub wykluczą nowotwór. Poprzez
obserwację płynów biologicznych, tj. moczu, będzie można od najwcześniejszych
lat śledzić zmiany, jakie zachodzą w organizmie pacjenta. Dzięki badaniu zmian w
układzie genetycznym, połączonych ze zmianami białek czy metabolitów będziemy
wcześniej poinformowani o pojawieniu się choroby nowotworowej, zanim odczujemy
ból czy zauważymy jakieś zmiany w organizmie po poddaniu się badaniu USG,
rentgenowskiemu czy mammografii. Będzie to sygnał dla badanej osoby, że powinna
częściej chodzić do lekarza na wizyty kontrolne, np. co miesiąc, a nie co dwa
lata. – Pacjenci powinni dbać o swoje zdrowie, badać się jak najczęściej, a nie
chodzić do lekarza dopiero, jak już coś boli. Najczęściej nie poddajemy się
badaniom nawet przez 10-15 lat, bo nie odczuwamy żadnych dolegliwości, a
przecież bardzo często nowotwór przez długi czas nie daje żadnych objawów. Gdy
odczuwamy ból, zwykle występują już objawy przerzutowe i ostatnie lub
przedostatnie stadium raka – przestrzega Szymon Chrostowski.
Wstąpiło we mnie drugie życie
Świadczy o tym przypadek
pana Jacka z Krakowa, który już od 15 lat zmaga się z chorobą nowotworową. Choć
cały czas się leczy, wciąż pojawiają się przerzuty. – Niespodziewanie zaczęły
się boleści wokół pasa, lekarz zdiagnozował nowotwór jądra z przerzutami do płuc
i wątroby. To brzmiało jak wyrok bez cienia nadziei na życie – opowiada.
Wszystko zaczęło się w 1995 roku, wtedy to trafił na chemioterapię do Centrum
Onkologii w Krakowie, gdzie usunięto mu chore jądro. Wydawało się, że wygrał z
rakiem. – Przez kolejnych dziewięć lat chodziłem na kontrole, cieszyłem się, że
choroba jest wyleczona. Niestety, pojawiły się nawroty nowotworu w wątrobie i
znów usłyszałem słowo „rak” – wspomina pan Jacek. Lekarze zdecydowali, by
pojechał na operację do Warszawskiego Centrum Onkologii. – Tam dostałem nadzieję
na życie i zdrowie. Przeszedłem pomyślnie dwie operacje, po których nastąpiło
dalsze leczenie. Mam świadomość, że to nie koniec moich zmagań z chorobą.
Doszedłem jednak do wniosku, że życie musi toczyć się normalnie – dodaje. Pan
Jacek podjął studia, znalazł pracę, zaczął również pomagać innym chorym
zmagającym się z chorobą nowotworową, uświadamiając im, że z rakiem można żyć i
trzeba walczyć. Kilka lat temu ożenił się z Anną, której już na samym początku
znajomości powiedział, że ma raka. Przyjęła to jednak ze spokojem, choć
wiedziała, że nie będą mogli mieć dzieci, bo chemioterapia zastosowana u pana
Jacka doprowadziła do nieodwracalnego zahamowania produkcji plemników. Zaczęli
więc poważnie myśleć o adopcji dziecka. Gdy zdecydowali się na nią, okazało się,
że muszą pokonać kolejne trudności, bo pary, w których przyszły rodzic jest
chory na raka, wędrują na koniec kolejki oczekujących na adopcję. Na szczęście
nie zniechęcili się i nawiązali kontakt z innymi ośrodkami adopcyjnymi, gdzie
otrzymali szansę na znalezienie dziecka. – Dopiero teraz poczułem, że wstąpiło
we mnie drugie życie – wyznaje pan Jacek.
Nadzieja w profilaktyce
Metoda diagnostyczna opracowana
przez zespół prof. Romana Kaliszana zyskała zainteresowanie na świecie.
Publikacje na jej temat znalazły się w czołowych międzynarodowych pismach
specjalistycznych i spotkały się z akceptacją naukowców. – Jest to szalenie
ważne, bo publikacje te poddawane są międzynarodowym ocenom przez ekspertów,
którzy kierują się zasadą falsyfikacji w nauce, szukając, czy nie ma błędów w
założeniach. Fakt, że te publikacje są akceptowane, świadczy o tym, że nasze
założenia są prawidłowe, a pomysł ciekawy – dodaje prof. Kaliszan. Co warto
podkreślić, metoda ta stosowana do celów profilaktycznych byłaby na pewno o
wiele tańsza niż np. mammografia. – Od pomysłu do przemysłu jest długa droga,
zawarte jednak zostały już pewne wstępne porozumienia – informuje prof.
Kaliszan. Podkreśla też, że Gdański Uniwersytet Medyczny jest już właścicielem
ich pomysłu i w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie uczelnia sprzeda go
jakiejś profesjonalnej firmie typu analitycznego czy bioanalitycznego. Żeby
bowiem wykrywanie nowotworów tą metodą stało się powszechne, musi pojawić się
wiele zleceń na jej zastosowanie, czyli po prostu metoda musi się opłacać. Choć
na razie naukowcy ograniczyli się do badań nad nowotworami układu
moczowo-płciowego, nie wykluczają, że w przyszłości na podstawie informacji
dostarczanych przez nukleozydy zawarte np. we krwi czy ślinie będzie można
uzyskiwać informacje o innych rodzajach nowotworów.
Piotr Czartoryski-Sziler
