Szczęściem jest być darem dla innych

Z Christine de Marcellus de Vollmer, przewodniczącą Światowej
Organizacji na rzecz Rodziny, Przymierza na rzecz Rodzin Ameryki Łacińskiej,
członkiem delegacji Stolicy Apostolskiej przy ONZ, doradcą Papieskiej Rady ds.
Rodziny, współzałożycielką Papieskiej Akademii Życia i organizatorką konferencji
dotyczących spraw rodziny w Europie i Ameryce Łacińskiej, rozmawia Mariusz
Bober

Spotyka się Pani z krytyką ze strony środowisk feministycznych? Głosi
Pani przecież tezy sprzeczne z ich poglądami, a także trendami współczesnego
świata, na przykład taką, że powołaniem kobiety jest troska o dom, męża i
dzieci…
– Jeśli spojrzymy na ruch feministyczny z perspektywy
historycznej – powstał on jako odpowiedź na wielką niesprawiedliwość wywołaną
przez rewolucję przemysłową – dostrzeżemy, że u początków tego ruchu leży
protest kobiet przeciwko uwłaczającym godności ludzkiej warunkom, w jakich
przyszło pracować im, a także ich dzieciom. Kobiety domagały się „rodzinnych
wynagrodzeń” dla swoich mężów po to, by same mogły pozostać w domu i należycie
zająć się rodziną. Kościół katolicki na czele z Papieżem Leonem XIII również
zabiegał o takie wynagrodzenia. Wkrótce jednak coraz większy wpływ na ruch
feministyczny zaczęła wywierać lewica, szczególnie ruch eugeniczny finansowany
przez Johna D. Rockefellera i raczkujący jeszcze wówczas przemysł
farmaceutyczny.

Dlatego ruch feministyczny tak szybko zmienił swój
charakter?

– Wielcy światowi finansiści uważali, że ludzie biedni
powinni być ubezpładniani, w tym celu należy wynaleźć dla nich specjalną
„pigułkę” [wczesnoporonną lub aborcyjną – red.]. 50 lat później, zgodnie z ich
zamysłem, tego rodzaju tabletki trafiły do masowej sprzedaży. Dziś nowy feminizm
znów domaga się godnego życia dla matek i wyższych wynagrodzeń dla ich mężów.
Historia zatacza koło!
Powołaniem kobiety jest kochać i być kochaną, rozwijać
komplementarnie swoje dary oraz inteligencję! Matka musi zapewnić – często
kilkorgu małych dzieci – posiłki, ubranie; pilnować, by dobrze się zachowywały.
Zajmuje jej to większość czasu. Wraz z dorastaniem dzieci angażuje całą swoją
inteligencję, by formować ich osobowość, pomagać w nauce i realizacji ich
życiowych powołań. To jedyny sposób, aby ukształtować w pełni rozwiniętych,
szczęśliwych i dojrzałych ludzi. Dlatego konieczne jest poświęcenie kobiety, a
także lojalna i kochająca obecność jej męża. Wcale nie przekreśla to możliwości
realizacji życia zawodowego kobiet. Można je pogodzić z zajmowaniem się rodziną,
zwłaszcza jeśli pracę da się wykonywać w domu albo kiedy dzieci są w szkole.

Swoim życiem udowodniła Pani, że jest to realne – choć zapewne
niełatwe – by opiekować się siedmiorgiem dzieci i jednocześnie być dobrą żoną.
Jak długo są Państwo małżeństwem?

– Od 49 lat, czyli prawie pół
wieku! Lata te były niezwykle owocne; wraz z mężem wiele się nauczyliśmy przy
okazji przeróżnych zmagań w trakcie dorastania naszych dzieci. Dziś, kiedy
obserwujemy ich ukształtowane już osobowości, widzimy, że są one znacznie
bogatsze, niż mogliśmy się spodziewać. Ciężka praca i pokonywanie trudności
pomagały nam wzrastać, a rekompensatą za włożony wysiłek była otrzymywana miłość
[ze strony dzieci – red.]. Mój mąż nigdy nie zmieniał pieluch, ale nie był też
niedzielnym ojcem.
Zawsze wspierał mnie w moim zaangażowaniu i we wszystkich
decyzjach. To on stawiał dzieciom wysokie wymagania co do ich postępowania, było
to dużą pomocą wychowawczą. Smutki, których również doświadczyliśmy – jak np.
urodzenie się naszego najmłodszego dziecka z głębokim upośledzeniem funkcji
mózgowych (na początku myślałam, że będzie to jedna z tych rzeczy, których Bóg
mi oszczędzi, ponieważ wydawało mi się, że nie mogłabym unieść tego brzemienia)
– stały się, o dziwo, tym, co przyniosło naszej rodzinie jedność. Wszyscy razem
staraliśmy się bowiem uczestniczyć w rehabilitacji najmłodszego synka. To
dziecko, które Matka Teresa z Kalkuty nazwałaby „profesorem miłości”, uczyło nas
w cudowny sposób doceniać wartość każdego ludzkiego życia, nawet tego, które
zwolennicy cywilizacji śmierci uważają za bezużyteczne.

Jak przebiegała ta nauka miłości?
– Wychowywanie dziecka
z głęboką dysfunkcją jest chyba największym wyzwaniem dla rodziców, zwłaszcza w
sytuacji, gdy brakuje odpowiedniego poradnictwa. Wszyscy członkowie naszej
rodziny rozumieli, że warto codziennie poświęcić trochę własnego czasu, aby
pomóc naszemu małemu Leopoldowi, nawet jeśli nie przyniesie to natychmiastowych
efektów. Lekarze zazwyczaj uważają, że sytuacja ciężko chorego dziecka jest
beznadziejna i należałoby je przekazać do ośrodka opiekuńczego. Jednak my nie
chcieliśmy tego zrobić. Nasze doświadczenia z całodzienną realizacją programu
stymulacji pracy mózgu były tak cudowne… Zwłaszcza gdy każdego dnia
obserwowaliśmy małe postępy w rehabilitacji. Dlatego właśnie postanowiliśmy
pomóc innym rodzicom, którzy również chcieli w ten sposób rehabilitować swoje
chore dzieci.

Tak powstał Program Leopoldo?
– Niezupełnie. Program
Leopoldo jest częścią naszego projektu Alive to the World, poprzez który staramy
się pomagać w pokonywaniu problemów rozwojowych dzieci z biednych rodzin w
Wenezueli. Jest on oparty na projekcie REACH Family Institute (zainteresowanym
polecam jego stronę internetową: www.reachinstitute.org) kierowanym
przez dr. Charlesa Solisa ze Stanów Zjednoczonych.
Jeśli zaś chodzi o naszego
synka Leopolda, to wymagał on pomocy już od urodzenia. Od początku nie widział,
nie słyszał, jako noworodek nie umiał nawet ssać piersi. Jednak po zastosowaniu
domowej rehabilitacji w ramach programu stymulacji rozwoju mózgowego zaczął
słyszeć, a po dwóch latach stymulacji światłem – także widzieć, co było
niezwykłe. Nauczył się też raczkować i okazywać serdeczność. Nie był w stanie
przejść samodzielnie dłuższego odcinka, ale występujące u niego wcześniej
drgawki zniknęły prawie całkowicie. Leopold zmarł w wieku 14 lat.

Dlaczego terapia domowa przynosi najlepsze efekty?
W
rozwoju mózgowym dziecka niezbędna jest stymulacja częsta, intensywna i ciągła,
co może się odbywać tylko w warunkach domowych, w rodzinie (również z pomocą
sąsiadów). Wręcz niemożliwością jest skuteczne prowadzenie tej rehabilitacji
przez płatny personel.

Skąd czerpała Pani wiedzę na temat metod rehabilitacji dziecka z
głębokim upośledzeniem funkcji mózgu?
– Wiele lat wcześniej, kiedy
moje pierwsze dziecko miało 2 latka, otrzymałam książkę autorstwa Glenna Domana
pt. „Jak nauczyć twoje dziecko czytać”. Wspaniała książka! Dzięki niej córeczka
nauczyła się czytać już w wieku 2 lat! To było 45 lat temu, od tamtej pory
nauka, ale i praktyka udowodniły skuteczność przedstawionych w niej rozwiązań.
Dzieci, które uczyłam czytać przy zastosowaniu tej właśnie metody, osiągały
później bardzo dobre wyniki w nauce.

Kto miał największy wpływ na ukształtowanie Pani postawy
życiowej?

– Moją postawę życiową ukształtowała mądrość i miłość
moich rodziców. Bardzo duży wpływ miała na mnie miłość mamy do Pisma Świętego i
Pana Jezusa. Czytała nam co wieczór historie biblijne, i to od naszych
najmłodszych lat. My również kochaliśmy książki o Panu Jezusie pięknie
ilustrowane przez słynnego malarza (niestety nie pamiętam nazwiska), który
malował Ziemię Świętą ok. 100 lat temu. Do dziś można kupić stare egzemplarze
tej książki. Podarowałam je wszystkim moim dzieciom i wnukom. Natomiast mój
ojciec wpoił nam zamiłowanie do logiki i faktów. Jako antropolog w bardzo
przekonujący sposób wyjaśniał, dlaczego dobre zachowania są dobre, a złe –
złe.

Czuje się Pani szczęśliwa dlatego, że poświęciła Pani swoje życie,
siły i czas przede wszystkim rodzinie?

– Mam wielkie uznanie dla
znanego austriackiego neuropsychiatry Viktora Frankla. Ten niezwykły człowiek,
więzień obozu Auschwitz, rozwinął teorie, w których dowodził, że nie można
znaleźć szczęścia, jeśli szuka się go wyłącznie dla siebie…, mówiąc wprost,
egoizm nie daje spełnienia. Szczęście jest tylko i wyłącznie owocem daru z
siebie. Kiedy dajemy siebie innym albo poświęcamy się realizacji szlachetnych
celów, jesteśmy spełnieni, radośni, dowartościowani. Naukowiec, który wiedział
tak wiele o neurologii i funkcjonowaniu ludzkiego umysłu, dowodził, iż tak
naprawdę ludzie poszukują w życiu sensu, a nie przyjemności, jak twierdził
Zygmunt Freud, ani też siły – jak pisał Alfred Adler [uczeń Freuda – red.]. Choć
Frankl był z pochodzenia Żydem, głosił dokładnie to, czego uczy nas Ewangelia,
że „umierając dla siebie”, odnajdujemy prawdziwe życie.

Od wielu lat współpracuje Pani z organizacjami pomagającymi w
rozwiązywaniu problemów rodzin. Dlaczego podjęła Pani to wyzwanie?


By odpowiedzieć na to pytanie, znów przywołam dzieciństwo i rodziców. Mój ojciec
był Francuzem, a mama Brytyjką. Miałam sześcioro rodzeństwa. W 1920 r., kiedy
rodzice się pobrali, tak duże rodziny nie były w modzie. Nowoczesne podejście
zakładało wówczas, że można mieć najwyżej dwoje dzieci. A jednak moi rodzice nie
ulegli tej presji, mimo że początki życia moich braci i sióstr naznaczone były
cierpieniem: niektórzy przechodzili poważne choroby, dwoje z nich urodziło się w
czasie wielkiego kryzysu gospodarczego [z przełomu lat 20. i 30. ub. wieku –
red.]. Pamiętam, jak kiedyś z powodu załamania pogody zamarzł gaj pomarańczy,
które ojciec uprawiał, i tamtego roku nie mieliśmy z niego dochodów. Natomiast
ja i jeden z moich braci urodziliśmy się podczas II wojny światowej. Mimo że
rodzice nie należeli do zamożnych, nasz dom wypełniały miłość, radość, ciekawe
książki i rozmowy. Mieszkaliśmy wówczas w USA, gdzie wraz z rodzeństwem byliśmy
uważani za dziwaków, ponieważ nie mieliśmy ładnych ubrań i zabawek, jak inne
dzieci. Dorastałam zatem świadoma tego, co naprawdę czyni rodzinę szczęśliwą.
Gdy byłam już dorosła, zaczęłam dostrzegać upadek moralny młodzieży w wymiarze
społecznym. Mój ojciec – antropolog i demograf – był przekonany, że w
przyszłości będziemy mieli do czynienia z poważnymi problemami wynikającymi z
ograniczenia liczby dzieci w rodzinie. Problemów tych doświadczają już Europa,
Japonia i wiele innych krajów. Mama zawsze podkreślała tragiczne konsekwencje
dla rodzin wynikające z mody na antykoncepcję. Bardzo uważnie obserwowała to
zjawisko.

W którym momencie postanowiła się Pani zaangażować w działalność na
rzecz rodzin?

– Zanim wyszłam za mąż, zamieszkaliśmy w Wenezueli. W
latach 70. ub. wieku zaczęłam dostrzegać przenikanie pewnych tendencji
dotyczących np. naturalnych metod planowania rodziny do kraju, w którym
mieszkam. Kiedy w Wenezueli pojawiła się propozycja zalegalizowania aborcji,
postanowiłam przystąpić do działania. Nie chciałam spokojnie się przyglądać, jak
ten horror rozgrywa się w moim kraju. Najpierw zaczęłam organizować akcje
protestacyjne – pozostając w domu, bo wówczas jeszcze opiekowałam się dziećmi.
Później razem z innymi rodzicami założyliśmy biuro. Wraz z upowszechnieniem
faksów, a potem internetu nasza działalność przekształcała się w międzynarodową
współpracę ludzi, którym przyświeca ta sama idea.

Czy w życiu swojej rodziny doświadczyła Pani również problemów
wynikających z rozpowszechniania ideologii antykoncepcji i sztucznej kontroli
urodzeń?

– Oczywiście, te problemy pojawiają się wszędzie.
Najważniejsza dla mnie była troska o dzieci, by obrały w życiu właściwą drogę.
Kłopoty pojawiły się, kiedy nasze dzieci zaczęły się wiązać z osobami
wyznającymi inny niż chrześcijański system wartości, z którymi prawdopodobnie
nie mogłyby stworzyć szczęśliwych rodzin. Wiele trudu kosztowało mnie wtedy
przekonywanie dzieci, że człowiek nierespektujący pewnych zasad nie jest w
stanie stworzyć trwałego związku. Ostatecznie wszystkie nasze dzieci założyły
kochające się rodziny, z wyjątkiem syna, który jeszcze szuka swojej drugiej
połowy.

Współpraca między rodzicami z czasem przybrała formę dużych
organizacji działających na rzecz rodziny i obrony życia. Czy jest to odpowiedź
na wyzwania współczesnych czasów?

– Wszyscy ludzie podzielają
potrzebę troski o rodzinę i obawiają się negatywnego wpływu niektórych typowych
dla współczesności zjawisk, takich jak: wszechobecna telewizja, reklama,
erotyzacja niemal wszystkich dziedzin życia. Upowszechniając wiedzę o sposobach
unikania pewnych pułapek, możemy wykorzystać te organizacje do budowania
zdrowych rodzin, mamy szansę pomóc wielu ludziom, którzy również chcieliby
stworzyć udane związki.

Czym zajmują się ALAFA i AFF?
– ALAFA [The Latin American
Alliance for the Family – red.] jest instytucją, którą powołaliśmy w 1983 roku.
Umożliwia ona komunikację i wzajemną pomoc organizacjom broniącym życia i rodzin
w krajach obu Ameryk. Prężnie działają w niej Dan Seidler i Marie Smith, żona
Chrisa Smitha popierającego obrońców życia, który od blisko 40 lat zasiada w
Kongresie USA. Pomagają oni władzom poszczególnych krajów dawać odpór żądaniom
feministek forsujących legalizację aborcji i związków
homoseksualnych.
Natomiast celem AFF [Alliance for the Family – red.] jest
prowadzenie działalności edukacyjnej i przekazywanie wartości oraz propagowanie
zdrowej edukacji płciowej poprzez wspieranie inicjatyw alternatywnych wobec tzw.
edukacji seksualnej, która wprowadziła tak wiele zamętu do życia dzieci i
młodzieży.

Pamięta Pani jakąś szczególną sytuację z okresu działalności w tych
organizacjach, coś, co może zmieniło Pani wyobrażenia, poglądy?

Oczywiście, w ciągu lat pracy przeżyłam wiele zadziwiających sytuacji. To jest
ciągły proces, który sprawia, że nieustannie się uczymy w dziedzinie obrony
życia i rodziny. Każda sytuacja pokazuje nam, jak bardzo zmienia się kondycja
ludzka, a mimo to jej fundament pozostaje wciąż ten sam. Wolą każdego jest być
dobrym człowiekiem, i dotyczy to również ludzi, którzy idą całkowicie błędną
drogą. Nauczyłam się nie osądzać ludzi, ale dostrzegać trudności w ich edukacji
i wychowaniu, pomagać im odnaleźć właściwą drogę… drogę uniwersalnych cnót,
które prowadzą do szczęścia.

Jest Pani również zaangażowana w działalność Papieskiej Rady do spraw
Rodziny oraz Papieskiej Akademii Życia…
– Jestem bardzo
szczęśliwa, gdy mogę pomagać Kościołowi, który jest jedyną międzynarodową
wspólnotą głoszącą prawdę na temat godności życia ludzkiego. Kościół nie podąża
za modą, ale przekazuje światu prawdziwą antropologię osoby ludzkiej. Jesteśmy
bardzo wdzięczni Polsce za Sługę Bożego Jana Pawła II, za jego nauczanie, siłę,
charyzmat i miłość do każdego człowieka. Moja działalność oparta jest całkowicie
na Jego słowie. Przypomina mi ono to, czego nauczyłam się dzięki miłości i
mądrości moich rodziców. Z każdym dniem nabieram coraz większego podziwu dla
Kościoła i przekonuję się, że prowadzi go Duch Święty.

Co stanowi największe współczesne wyzwanie dla rodzin?

Należy sprawić, by troska o życie rodzinne stała się znowu najważniejszym celem
każdego narodu. Kobietom trzeba pomóc, aby mogły znowu rodzić co najmniej 2,3
dzieci. Wszyscy powinni też zrozumieć, że najważniejszym zadaniem jest
wychowywanie dobrych, uczciwych, mądrych dzieci, które będą kształtować
przyszłość narodów. Takie podejście spowodowałoby wiele zmian ekonomicznych,
dzięki którym zmniejszyłaby się liczba urzędników rządowych i więcej pieniędzy
pozostawałoby w rękach rodzin. Jeżeli jednak tak się nie stanie i utrzymanie
urzędników nadal będzie pochłaniało ogromne pieniądze, rodziny nie będą w stanie
utrzymać więcej niż dwoje dzieci, a to będzie przyczyną starzenia się
społeczeństw. Małe rodziny są w Europie normą, podobnie zaczyna się dziać w
Ameryce. Ponadto dzieci pozostawiane same sobie narażone są na oddziaływanie
mediów deformujących ich moralność, powodujących odchodzenie od wiary i
tradycji. Procesy te mogą doprowadzić do upadku naszej cywilizacji! Dlatego XXI
wiek musi znaleźć sposób na powstrzymanie tej nakręcającej się spirali
degradacji rodziny.

Wielu ludzi, zwłaszcza w krajach zachodnich, coraz częściej boi się
założyć rodzinę. Jakie jest źródło tego rodzaju lęków współczesnego
człowieka?
– Ten lęk jest w nas wywoływany i utrwalany przez
przebiegłą propagandę. Jak długo młodzi ludzie pozostają samotni, bez
zobowiązań, jeszcze dziecinni, tak długo będą dużo konsumować i kupować, co jest
opłacalne zarówno dla firm, jak i rządów utrzymujących się z podatków. Ale to
krótkowzroczna polityka i krótkotrwałe zwycięstwo. W miarę starzenia się
społeczeństwa rynek zaczyna się kurczyć, a dochody – maleją.

Szybkie tempo życia współczesnych ludzi również wpływa na
funkcjonowanie rodzin. Pani również żyje pod presją czasu?

– Tak,
nigdy się nie nudzę! Jednak w moim przypadku dzieje się to zwykle z powodu
zajmowania się moją rodziną albo problemami innych. Dlatego jest to zawsze
interesujące. Staram się konsekwentnie zachowywać moją hierarchię wartości.
Zgodnie z nią najważniejszy jest Bóg, potem rodzina, praca i wszystkie pozostałe
sprawy, pieniądze i luksus zajmują ostatnie miejsce.

Jak Pani odpoczywa?
– Staram się przynajmniej godzinę
dziennie pracować w ogrodzie. Natomiast przed zaśnięciem czytam coś, co nie ma
nic wspólnego z pracą. Ponadto jeżeli nawet nie odprężające, to w każdym razie
bardzo ożywcze jest dla mnie przebywanie z wnukami. Są radosne i wszystkim się
interesują.

Ma Pani receptę na udane małżeństwo i rodzinę?

Najważniejszą rzeczą jest wybrać właściwą osobę na małżonka! Następnie żyć w
taki sposób, aby chronić szczęście rodzinne. Właśnie dlatego ciężko pracujemy od
12 lat nad naszym projektem kształtowania cnót skierowanym do młodego pokolenia.
Program jest adresowany do dzieci w wieku od 6 do 18 lat. Za pomocą zabawnych
historii uczy, jak cnoty, uzupełniając się wzajemnie, czynią człowieka
szczęśliwym i pomagają mu budować więzy przyjaźni. Program porusza też problemy
związane z seksualnością człowieka: pokazuje różnice między pożądaniem,
zauroczeniem a prawdziwą, trwałą miłością. Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć
więcej na ten temat, zapraszam na stronę internetową naszej organizacji: www.allianceforfamily.org
[informacje w językach angielskim i hiszpańskim – red.].

A jakie są Pani marzenia?
Mam dwa pragnienia: aby systemy
ekonomiczne na powrót przyjęły za swój główny cel dobro rodziny zamiast
powiększania zysku, a organizacje pozarządowe przestały ulegać nieuczciwym
wpływom i aby rozwijało się to, co już dziś dostrzegamy, tzn. zwiększenie
zatrudnienia kobiet z możliwością wykonywania przez nie pracy w domu, np. za
pomocą komputera. To optymalna sytuacja, ponieważ matka może zostać w domu,
dbając o jego rodzinną atmosferę, o dzieci i męża, a jednocześnie zarabiać
pieniądze i rozwijać się zawodowo. Jest to bardzo wychowawcze, ponieważ dzieci,
widząc jak ich mama pracuje, uczą się ją doceniać i szanować.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj