Zmierzch państw bez Boga

Kiedy Jezus wjeżdżał uroczyście do Jerozolimy, tłum uczniów wołał na
Jego cześć: „Chwała Temu, który przychodzi jako Król w imię Pana”. Niektórzy
faryzeusze mówili do Niego: „Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”. On jednak
odpowiedział: „Powiadam wam, jeśli oni umilkną, kamienie wołać będą” (Łk 19,
37-40). Znaczy to, że gdyby uczniowie milczeli o Nim wobec siebie i świata, to
sama natura, dotąd niema, sławiłaby Go jako Króla, Mesjasza i Zbawcę
zmartwychwstałego (Łk 19, 41.44).

Na świecie są trzy, a właściwie cztery wielkie mocarstwa: na czele Ameryka,
następnie Rosja, dalej Chiny, a do tej trójki dołączyć chce Unia Europejska. Po
nich mamy Indie, Japonię, Brazylię, Pakistan, Turcję i Iran. Jako mocarstwo
można chyba traktować również Izrael, który co prawda nie jest potęgą
terytorialną ani ludnościową, ale odgrywa wielką rolę polityczną, głównie dzięki
licznej diasporze, zwłaszcza w Ameryce, a przy tym należy do państw
posiadających broń atomową. Od kilku dziesięcioleci nie ma jakichś wielkich
wojen między mocarstwami, ale są jednak konflikty lokalne, i co ważniejsze, we
wszystkich niemal państwach świata, także w Polsce, wyczuwa się coraz większy
niepokój, pogarszanie się perspektyw ludzkich, a nawet zmierzch życia
społecznego, kulturalnego, intelektualnego i duchowego. Jakie są tego
przyczyny?

Destrukcyjny ateizm
1. Pierwszą ciemną chmurą nad coraz
większymi obszarami globu jest wojujący i zarazem pesymizujący ateizm, który
degraduje do głębi wyższe życie zarówno jednostek, jak i całych społeczeństw. Od
zarania dziejów siłą każdego państwa była religia, która bez względu na swoje
szczegółowe credo przyjmowała jednak zawsze istnienie wyższego świata i z niego
wyprowadzała moralność. Dziś już w Chinach, UE, USA, Rosji i Japonii religia
albo w ogóle społeczeństwa nie spaja, albo czyni to bardzo słabo; podobnie jest
w wielu mniejszych państwach. Religia jest bądź podzielona, bądź rozbita i
zdominowana przez grupy sekciarskie i synkretystyczne, bądź zepchnięta do
prywatności, jak w UE i USA. Owszem, niemal w każdej większej religii dokonują
się pewne ruchy podziemne, nieraz żywiołowo, jak w islamie, ale nie określają
one dziś życia publicznego.
2. Drugą ważną przyczyną jest gwałtowny, trochę
samoczynny, a trochę celowo wspierany przez szaleńców spadek demograficzny,
który już w starożytności był przyczyną upadku mocarstw: Sumeru, Babilonii,
Asyrii, Rzymu i innych. Ciekawe, że problem ten zauważono jeszcze w Asyrii w II
tysiącleciu przed n.Chr., gdzie królowie zakazywali aborcji, co przez stulecia
wzmacniało potęgę tego państwa. Jest bowiem w historii taka prawidłowość, że w
państwach, które osiągają dobrobyt i wysoki rozwój cywilizacyjny, populacja
szybko się zmniejsza, ludzie nie chcą mieć dzieci, bo to naraża na trudy, słabną
więzi małżeńskie i rodzinne, hołduje się życiu przyjemnościowemu, bez wysiłku,
pozbawionemu dyscypliny zarówno społecznej, jak i moralnej. Wówczas takie
państwa stopniowo poddają się penetracji ludów o niższej cywilizacji, ale
większej dyscyplinie. I tak dzieje się też na naszych oczach. UE zalewana jest
falą ludności z Afryki, Bliskiego Wschodu i Małej Azji. W USA tłoczno jest od
Latynosów i Azjatów. W Rosji coraz bardziej zauważalna jest obecność ludów
kaukaskich oraz Chińczyków. Paradoksalnie niebezpieczeństwo to rozumiał Stalin i
na pewien czas zakazał w Rosji aborcji; zakaz ten zniesiono dopiero po jego
śmierci. Na przykład w Niemczech mieszka już blisko 13 mln muzułmanów i wznosi
się około tysiąca meczetów. W tej sytuacji jest więc zrozumiałe, dlaczego Niemcy
chcą tak zdecydowanie germanizować wszelkie dzieci nieniemieckie. Francja liczy
ok. 10 mln muzułmanów oraz innych emigrantów z Afryki i Azji. W Wielkiej
Brytanii sytuacja jest chyba jeszcze gorsza. Państwa te przygotowują ustawy
zdecydowanie ograniczające imigrację, zwłaszcza spoza Europy, chociaż Niemcy już
nawet polskich robotników nie chcą przyjmować. Okazuje się – choć się tego nie
nagłaśnia – że w Polsce też już powstają meczety, np. w Warszawie budowa meczetu
jest sponsorowana przez Arabię Saudyjską, w której za posiadanie
chrześcijańskiej Biblii grozi śmierć.
3. Do absurdu doprowadzona została
także – znana już w zaczątkowej formie od II tysiąclecia przed n.Chr. w
Mezopotamii – ekonomia pieniądza. Dzisiejszy system finansowy świata oderwany
jest od rzeczywistości, ma charakter raczej tylko wirtualny, bez realnych
wartości finansowych (W. Bojarski), odgrywa rolę polityczną i ideologiczną i
może rujnować całe państwa. Skutkiem takiej sytuacji jest m.in. fakt, że USA
zadłużone są na ok. 10 bilionów dolarów (za 10 lat będzie to prawdopodobnie 20
bilionów), w tym głównie w Chinach. I w ten oto sposób niezadługo Państwo Środka
będzie mogło sterować gospodarką amerykańską. Druga potęga finansowa – Niemcy –
są zadłużone na ponad 1,5 biliona euro. Choć niektórzy niemieccy oligarchowie są
na tyle majętni, że mogą sobie pozwolić na kupno wysp greckich, bo Grecja
bankrutuje m.in. z powodu wejścia do UE. W Polsce dług publiczny sięga niemal
700 mld złotych. W systemie finansowym często brakuje podstawowej logiki. Oto
np. Oslo przyznało prezydentowi Barackowi Obamie Pokojową Nagrodę Nobla w
wysokości 1,5 mln dolarów, a na organizację jego wizyty przeznaczono ponad 6 mln
dolarów. Albo taki krezus meksykański Carlos Slim Helu, według miesięcznika
„Forbes”, ma fortunę wynoszącą ponad 50 mld dolarów i może sobie kupić całe
jakieś państwo.
4. Dochodzą też do głosu dawne utopijne dążenia do osłabienia
instytucji państwa, które przecież było budowane z ogromnym trudem od tysięcy
lat, a bez którego zapanowałyby dżungla i chaos. Dawniej socjaliści, a dziś
liberałowie utożsamiają nierozumnie każde państwo z przemocą. Ja też w młodości
widziałem absolutne dobro w tym, że liczne kolonie uzyskiwały nagle własną
państwowość. Ale po latach zobaczyłem, że byłe kolonie bez dłuższego i żmudnego
wypracowania własnej państwowości stały się, i często są do dziś, poligonem
ciężkich walk domowych, wybuchu dzikich instynktów, wyzysku i niewyobrażalnej
korupcji. Trzeba będzie jeszcze może paruset lat, żeby ukształtowało się
prawdziwe państwo i wyższa kultura.
5. Zły wpływ na ogólną atmosferę życia na
świecie mają przeróżne dyktatorskie, totalitarne struktury oraz instytucje
ponadpaństwowe i ponadnarodowe, niekontrolowane, wyzute z moralności i niekiedy
wprost mafijne. Niektóre przypominają wspólnoty rozbójnicze o zakresie
światowym. Na przykład oblicza się, że włoskie mafie, działające także w wielu
innych krajach, uzyskują rocznie 117 miliardów euro. I państwa, także Polska, są
bezradne.
6. Doskwiera pogłębiająca się dysproporcja między ludnością zdolną
do pracy a realnym rynkiem pracy. Robotnicy coraz częściej wypierani są przez
nowe technologie, bezrobocie strukturalne i faktyczne; widoczne są różnice,
wykluczanie wielu milionów ludzi z życia publicznego, wielka nędza i straszliwe
uzależnienie całego życia od garstki oligarchów, którzy niejako prywatyzują
sobie państwo. Takie sytuacje niweczą wyższe i niższe nadzieje człowieka.
Niektórzy powiadają, że bezrobocie dyscyplinuje pracownika i zmusza go do
podnoszenia kwalifikacji. To nie takie proste. Jeśli jest ono ogromne, np. w
Chinach dotyczy ponad 160 milionów ludzi, to wtedy degraduje i człowieka, i całe
społeczeństwo.
7. Wreszcie ogromne znaczenie dla państw i kultur mają
wszelkie media. Media dobre budują państwo i kulturę, a przede wszystkim
kształtują człowieka, media złe zaś – rujnują, w rezultacie są przestępcze. Ale
nie trzeba wszystkiego o mediach, jednych i drugich, powtarzać. Sądzę, że media,
łącznie z internetem, winny być pod kontrolą autorytetów moralnych; w przeciwnym
wypadku media złe zniszczą wszystko, co ludzkie.
W rezultacie obawiamy się,
że wszystkie owe czynniki niszczą bardzo i Polskę. Zresztą po podpisaniu
traktatu lizbońskiego nasze państwo już prawie nie liczy się ani w UE, ani na
świecie. Na setki ważnych stanowisk w strukturach UE Polaków przyjęto zaledwie
kilku. Nasi przywódcy bawią się jeszcze w narodowych polityków, ale jest to już
tylko zabawa – jak chłopców w żołnierzy z drewnianymi karabinami.
O wszystkim
decyduje UE i siły nieformalne. Sejm uchwala tylko 20 proc. ustaw i uchwał, a 80
proc. jedynie tłumaczy na język polski. Polska przekształciła się w strefę
półprzemysłową i półrzemieślniczą pozostającą pod protektoratem niemieckim (S.
Michalkiewicz, „Nasza Polska”, 9.03.2010). Natomiast Niemcy, Francja i Anglia
nie podlegają prawu brukselskiemu, co widać w ich polityce z Rosją. Nawet NATO –
już prawie martwe – lekceważone jest przez Amerykę i flirtuje z Rosją. U nas
ratowanie stoczni ktoś nazwał głupotą. Serce boli, gdy media szczycą się, że
produkowane w Mielcu supernowoczesne helikoptery Czarny Jastrząb są wielkim
osiągnięciem polskiego przemysłu lotniczego, gdy tymczasem są to po prostu
helikoptery amerykańskie, a Polacy są tylko kierowanymi przez Amerykanów
robotnikami. Trudno przeboleć fakt, że Polska jest tak niszczona i jakby nie
miała swoich władz. Co gorsza, lud albo się tym nie interesuje, albo to popiera,
jak wynika z badań opinii publicznej.

Religijność na świecie
Wydaje się, że świat jako całość
coraz ciszej woła o Boga. Według ostatnich badań Instytutu Gallupa, więcej jest
krajów mało religijnych niż bardziej religijnych. Do najmniej religijnych
należą: Japonia, Australia, Rosja, Chiny i kraje skandynawskie. Nieco bardziej
religijne są: Stany Zjednoczone, Kanada, Bułgaria, Kazachstan, niektóre kraje
Europy Zachodniej, Argentyna i Boliwia. Do średnio religijnych można zaliczyć:
Indie, Iran, RPA, Botswanę, Ekwador, Peru, Wenezuelę, Meksyk. Do najbardziej
religijnych należą: prawie cała Afryka, Libia, Arabia Saudyjska, Turcja,
Pakistan, Afganistan, Malezja, Indonezja, Filipiny i zdecydowana większość
Ameryki Południowej.
W Europie najbardziej religijni są Rumuni (ok. 78
proc.), następnie Polacy, Włosi, Portugalczycy i Hiszpanie (ok. 72 proc.).
Najmniej religijni są kolejno: Estończycy, Szwedzi, Duńczycy, Norwegowie, Czesi,
Francuzi, Białorusini, Brytyjczycy, Niemcy, Holendrzy. Według danych z 2009
roku, na świecie jest 6 miliardów ludzi, w tym ponad 1 mld 150 mln katolików,
czyli ok. 17,4 procent. Jest ok. 5 tys. biskupów i 410 tys. prezbiterów.
Najwięcej katolików jest ciągle w Europie – 50 proc., następnie w Ameryce – 30
proc., w Azji – 13 proc. i w Afryce – 7 procent. W stosunku do roku 2008
katolików przybyło o 1,7 procent. Drugą religią co do liczebności jest islam –
około miliarda wyznawców.
Toczą się dyskusje, czy religijność na świecie
słabnie czy też rośnie. W sferach wyższych, instytucjonalnych i bogatszych chyba
słabnie, ale w substancji społecznej raczej rośnie, z tym że jest bardziej
emocjonalna niż doktrynalna, a więc jest mniej skrystalizowana. Okazuje się, że
między stopniem religijności a dobrobytem istnieje odwrotna proporcjonalność: im
wyższy dobrobyt i cywilizacja, tym niższa religijność. Reguła ta odnosi się
zarówno do całych państw, jak i do jednostek lub warstw społecznych wewnątrz
państwa. Otóż państwa, w których rozwój techniczny jest na wysokim poziomie i w
których panuje dobrobyt, są na ogół mniej religijne niż państwa uboższe i mniej
stechnicyzowane. Niektórzy powiadają, że inaczej jest w Stanach Zjednoczonych,
gdzie religijność wynosi ok. 60 proc., jednak i tam w stanach bogatszych
religijność jest niższa – ok. 40 proc., a w stanach uboższych wyższa – ok. 70-80
proc., jak np. w stanie Missisipi, gdzie ok. 40 proc. mieszkańców stanowią
Murzyni i dochód na osobę jest niski. Z kolei warstwa żyjąca w bogactwie i
luksusie jest raczej słaba religijnie, a znacznie bardziej religijne są sfery
średnie. Stary Testament mówi np., że król Salomon na początku był wielkim i
gorliwym religijnie mędrcem, a kiedy osiągnął szczyty dobrobytu i znaczenia,
porzucił kult Boga na rzecz asyryjskiej bogini płodności Asztarte i miał
kilkaset żon i nałożnic (1 Krl 11, 3). I coś z tego pozostało do dziś: czołowi
przywódcy państwowi i sławy społeczno-artystyczne często „muszą” być co najmniej
dwa razy w związku małżeńskim albo i bez małżeństwa. Widocznie tacy ludzie czują
się już niezależni od Boga i jakiejkolwiek etyki. Jak to się potocznie mówi:
odbija im lub przewraca się w głowie. Jest to wielka słabość intelektualna i
osobowościowa.
Z drugiej strony do degradacji religijnej i duchowej może
przyczyniać się też ubóstwo i nędza. Toteż mędrzec Pański modlił się w Starym
Testamencie co najmniej w V w. przed n.Chr.: „Boże, nie dawaj mi ani bogactwa,
ani nędzy, żyw mnie chlebem niezbędnym” (Prz 30, 8).
Kościół katolicki w
świecie mimo swego znacznego rozwoju napotyka jednak pewne trudności wewnętrzne.
Chodzi głównie o interpretację Soboru Watykańskiego II. Po każdym soborze były
pewne, choćby małe, odejścia od Kościoła, który idzie drogą prawdy. Teraz także
z jednej strony znaleźli się „przedsoborowcy” – lefebryści i skrajni
tradycjonaliści, którzy uważają, że Sobór zdradził tradycję, a z drugiej strony
są „ultrasoborowcy” – moderniści, liberałowie, zwolennicy feminizmu, błędni
ekumeniści, katolewicowcy, dla których Sobór jest już nie tylko przestarzały,
ale wprost zahamował proces koniecznych dzisiaj reform w duchu raczej
protestanckim. I zdaje się, że ruch liberalny obejmuje coraz szersze kręgi
inteligencji świeckiej i duchownych, którzy gotowi są porzucić Kościół, by pójść
za współczesnymi formami życia i myślenia doczesnego, a w skrajnych przypadkach
tworzą sobie nawet własną formę katolicyzmu. Toteż Papież Benedykt XVI stanął
przed zadaniem niezwykle trudnym.
Zdjął ekskomunikę z czterech nielegalnie
wyświęconych biskupów lefebrystowskich i zainicjował rozmowy z całym Bractwem
św. Piusa X. Bardzo ważne rozmowy odbyły się 21 marca 2010 r., jednak sprawa
pozostaje niezwykle trudna. W młodych ruchach rozłamowych obserwuje się dużo
zacietrzewienia i fanatyzmu. Lefebryści niby uznają prymat Papieża, ale
jednocześnie atakują Sobór za rzekomą zdradę tradycji i żądają odstąpienia od
większości jego uchwał. Występują też przeciwko beatyfikacji Jana Pawła II,
uważając go za głównego „winowajcę” w „liberalizacji” Kościoła. Trzeba się więc
dużo modlić.
Cudownym znakiem Ducha Świętego w dziedzinie ekumenizmu jest
papieski dokument „Anglicanorum coetibus” wydany w 2009 r. po rozmowach
wstępnych z anglikanami. Przewiduje on tworzenie dla Wspólnoty Anglikańskiej
łączącej się z Kościołem katolickim całych parafii i biskupstw personalnych.
Anglikanie bowiem już od kilku lat masowo przechodzą do Kościoła katolickiego po
tym, jak ich synod dopuścił do święceń biskupich i prezbiterskich kobiety,
nieraz bez wykształcenia teologicznego i bez kwalifikacji moralnych, co jest
sprzeczne z wolą Chrystusa i tradycją apostolską. Teraz łączący się z Kościołem
katolickim – czy to pojedyncze osoby, czy też całe parafie lub nawet biskupstwa,
mogą tworzyć partykularne Kościoły personalne, do których anglikanie mają prawo
wchodzić ze swoją tradycją i obrządkiem, byle tylko przyjęli dogmat prymatu, a
duchowni powtórzyli święcenia, bo anglikańskie są nieważne, gdyż anglikanie w
swoim czasie zerwali sukcesję apostolską przez przejście na protestantyzm.
Wprawdzie królowa Elżbieta II będąca głową Kościoła anglikańskiego na wzór króla
Henryka VIII (1491-1547), twórcy anglikanizmu, skrytykowała Papieża za to, że
się z nią nie porozumiał, zaprosiła jednak Benedykta XVI z wizytą do Wielkiej
Brytanii na 16-19 września bieżącego roku. Tymczasem proces łączenia się
Kościołów nabiera rozmachu nie tylko w Wielkiej Brytanii. Na początku marca 2010
r. wniosek o połączenie się z Kościołem katolickim złożyło Zwierzchnictwo
Kościoła Anglikańskiego w Ameryce, podobnie Tradycyjna Wspólnota Anglikańska z
Kanady ze swoim prymasem na czele. Odpowiednie kroki podejmują też coraz
liczniej całe parafie anglikańskie w Australii. Coraz więcej anglikanów rozumie,
że ich wyznanie wyraźnie obumiera, a to głównie z powodu oderwania się od
Papieża.

Niezrozumiałe wzmożenie prześladowania
chrześcijan
Zastanawiające, że w XX i XXI wieku na całym świecie
powtarza się sytuacja prześladowania chrześcijan, często krwawego jak w
pierwszych wiekach. W 2009 r. ponad 100 milionów wyznawców Chrystusa
doświadczyło prześladowań. Dochodziło do nich, i nadal dochodzi, w takich
państwach, jak: Algieria, Arabia Saudyjska, Egipt, Libia, Kongo, Zair, Nigeria,
Angola, Somalia, Sudan, Erytrea, Etiopia, Czad, ostatnio także Irak, gdzie za
Husajna było bardzo dobrze. Jeżeli chodzi o kontynent azjatycki, to
prześladowania cierpią chrześcijanie mieszkający w Indiach, Chinach, Wietnamie,
Korei Północnej, Kambodży, Bangladeszu, Birmie i Indonezji. Ciągle dość trudna
jest sytuacja Kościoła w Meksyku oraz w wielu innych krajach Ameryki Łacińskiej,
gdzie panują wielkie niepokoje społeczne i dochodzi do starć między władzami,
często masońskimi, a uciskaną biedotą i partyzantami. Z troską też spoglądamy na
Stany Zjednoczone, gdzie liberałowie, lobby żydowskie, a nawet i prezydent
Barack Obama coraz wyraźniej dążą do zepchnięcia Kościoła katolickiego z forum
życia publicznego. W rzekomym liberalizmie demokracja przemienia się we wrogą
religii dyktaturę.
Trudno dociec pełnych przyczyn tych prześladowań i
trudności. Katoliccy obserwatorzy pocieszają się najczęściej, że nie są to
przyczyny religijne, lecz innego rodzaju: gospodarcze, polityczne,
cywilizacyjne, środowiskowe. Ja jednak obawiam się, że na pierwszym miejscu są
właśnie przyczyny religijne, co obejmuje też postawy ateistów walczących z
religią. Nie ma wielkich, światowych konfliktów militarnych, ale za to są wojny
religijne. Różnego rodzaju zmagania i walki dostrzegamy we współczesnych
społeczeństwach dzisiaj niemal w każdej dziedzinie, także tej religijnej i
moralnej. Walka jest strukturą biologiczną w człowieku.
Oto w Nigerii 8 marca
2010 r. muzułmańscy wieśniacy spod miasta Jos napadli w nocy na chrześcijańskich
sąsiadów i maczetami zamordowali 500 osób, głównie kobiety i dzieci. Obcinano im
głowy, ręce i niekiedy ćwiartowano. Mówi się, że poszło o grunty i ropę. Akurat!
Stary wieśniak muzułmański bierze maczetę i rąbie drugiego wieśniaka
chrześcijańskiego na kawałki za to, że mieszka na terenie, gdzie za 50 lat
będzie może wydobywana ropa. A dlaczego nie napadł na wieś muzułmańską? Owszem,
mogły być także różne inne powody waśni międzywiejskich, ale ostatecznie
zaważyła nienawiść religijna, która od wieków cechuje złych ludzi. Wyższe władze
religijne powinny stanowczo ingerować. I tu jest wielki ból. Trzeba widzieć, że
na całym świecie wzrasta napór islamu, buddyzmu, hinduizmu, judaizmu i innych
religii na chrześcijaństwo, przede wszystkim na Kościół katolicki. Do tego
dołącza się jeszcze wielka herezja liberalizmu, która zmierza do zlasowania lub
nawet całkowitego zniszczenia Kościoła wraz z Papieżem. Skrajny liberalizm jest
bezwzględny i okrutny; trudno więc pojąć, dlaczego tylu ludzi, także
chrześcijan, go wyznaje. Dzięki Bogu, rosyjska Cerkiew prawosławna i polski
Kościół wreszcie zdecydowanie przystępują do przełamania kilkuwiekowych zawiści.
Oczekujemy wymiany listów w duchu „przebaczamy i prosimy o
przebaczenie”.
Owszem, powody religijne nie są oderwane od tych
pozareligijnych. Ale za to odpowiada już w dużej mierze ateizujący Zachód. Oto
muzułmanie i hinduiści utożsamiają paradoksalnie chrześcijaństwo z kulturą
zachodnią, czyli tą ateizującą i demoralizującą. Zatem nie broniąc
chrześcijaństwa, liberałowie nie bronią też siebie samych, tylko zdają się tego
nie rozumieć. Jeśli bowiem Kościół upadnie w życiu publicznym, to liberałów też
już nie będzie, bo muzułmanie wykluczą ich w imię swojej religii z życia
publicznego.

———————-

W rezultacie Kościół katolicki wydaje się głównym stabilizatorem sytuacji
dzisiejszego świata. Dlatego musi być widziany i słyszany. Święta Faustyna
napisała w swoim „Dzienniczku”, że Chrystus jej powiedział: „Z Polski wyjdzie
iskra, która przygotuje świat na ostateczne moje przyjście” (nr 1732). W
proroctwie nie jest jasne, jak zawsze, o jakim czasie mowa: czy o czasie
zajaśnienia Kościoła w historii najbliższej, czy też o czasie przyjścia
Chrystusa na końcu dziejów. W każdym razie jeśli Polska ma istotnie wydać taką
iskrę, to będzie nią jaśniejąca i żywa iskra wiary w Boga i wprowadzenie
Chrystusa jako duchowego Króla na scenę całego życia osobistego i publicznego, w
Polsce i na świecie. Oby ta iskra rozpaliła ogień religijny na całą też Europę.
Tymczasem badamy jakieś tajemnicze znaki z góry: ciągłe wielkie nieszczęścia,
kataklizmy, tsunami, epidemie, powodzie, krew milionów niewinnych, cyklony,
potopy i trzęsienia ziemi: ostatnio w Italii, na Haiti, w Chile, Turcji,
Japonii, Indonezji… Ateiści powiadają, że to tylko przyroda, która nic nie
mówi, jest niema i Bóg nią nie kieruje. Mówią, że i Bóg milczy, i nie są to
żadne znaki Jego gniewu, bo jest On takim w pełni „tolerancyjnym poczciwcem”, z
którego można sobie podkpiwać. Jednak wiemy jedno: wszystkie te rzeczy nie są na
pewno błogosławieństwem Opatrzności, która wszystkim kieruje, także ziemią i
przyrodą. Nawet „kamienie wołać będą”.

Ks. prof. Czesław S. Bartnik

drukuj