Ludzie są wstrząśnięci tymi zbrodniami

Z s. Anną Daszkowską, misjonarką klaretynką posługującą w
Nigerii,
rozmawia Maria Popielewicz

Na początku marca doszło w mieście Jos na północy Nigerii do
strasznej masakry, podczas której zamordowanych zostało ok. 500 chrześcijan, w
tym kobiety i dzieci. Jak reagują na informacje o tych zbrodniach ludzie, wśród
których Siostra posługuje?

– Są wstrząśnięci. Wiele osób opuściło
Jos już po styczniowej, pierwszej fali przemocy. Nie czują się bezpieczni.
Przyczyn obecnego stanu upatrują w konflikcie o władzę na szczeblu lokalnym i
państwowym oraz w walce o dostęp do środków finansowych. Muzułmanie z północy
(ludy Hausa i Fulani), także podzieleni na różne mniej i bardziej radykalne
odłamy, stopniowo się osiedlają, posuwając się na południe. Robią to pokojowo,
kupują ziemię, budują meczety, zaczynają jakiś biznes. Po pewnym czasie domagają
się dla siebie większych praw, niż te, które mają jako osiedleńcy. Taka właśnie
sytuacja jest w Jos, które leży na styku północy i południa. Tamten konflikt
jest więc bardziej sprawą polityczną niż religijną.

Jak przedstwia się podział wyznaniowy w Nigerii?
– Kraj
ten jest mniej więcej w połowie muzułmański, a w połowie chrześcijański.
Muzułmanie stanowią większość na północy, a wyznawcy Chrystusa na południu
kraju. Chrześcijanie to w większości katolicy i anglikanie. Tereny, na których
pracuję, zostały zewangelizowane przez Irlandczyków i Anglików, potem także
Niemców i Amerykanów. Wioski podzielone są na wyznania w zależności od tego, kto
dotarł do nich jako pierwszy. Między nami i anglikanami nie ma tarć. Jednak
problem stanowią liczne sekty zielonoświątkowe, które dotarły tu z USA. Pastorzy
tych wspólnot wykazują czasem agresywne postawy w stosunku do katolicyzmu i
próbują przyciągać nowych wyznawców m.in. poprzez krytykowanie Kościoła
katolickiego. 10 do 20 procent mieszkańców kraju stanowią wyznawcy religii
tradycyjnych i różnego rodzaju sekt.

Z jakimi wyzwaniami muszą się zmagać misjonarze i misjonarki
pracujący w tym kraju?

– To zależy od regionu. Na południu Kościół
jest rozwinięty i mocny. Tu potrzeba bardziej wspierania istniejących struktur.
Misjonarz musi się jednak przebijać przez skomplikowane przepisy imigracyjne i
słono płacić za pobyt. Obywatele niektórych krajów płacą mniej, ale jeśli są
misjonarzami – dwukrotnie więcej. Nasza diecezja za 2 lata świętować będzie 100
lat od przybycia pierwszych misjonarzy. Wiara ludzi jest jednak często
powierzchowna, niestety, czasem też zabobonna. Na wsiach (między innymi tam,
gdzie pracujemy) żywe są tradycyjne obrzędy i zdarza się poligamia.
Niestety,
w ostatnich 2 latach w moim regionie stały się „modne” porwania dla okupu. Jest
to zjawisko coraz częstsze i dotyczy bogatszych Nigeryjczyków, ale osoby o
białej skórze też są zagrożone.

A jak wygląda sytuacja Kościoła na północy kraju?
– Na
północy jest ogromne zapotrzebowanie na misjonarzy. Mniejszość katolicka
rozsiana jest wśród muzułmanów i księża muszą docierać z katechizacją i
sakramentami do wielu oddalonych punktów. Kościół może działać, ale nie może
ewangelizować publicznie na zewnątrz.

Misjonarki klaretynki od niedawna są obecne w tym kraju. Na czym
polega posługa Sióstr wśród tamtejszej ludności?

– Rzeczywiście są
to początki obecności naszego zgromadzania w Nigerii, jesteśmy w Owerri na
południu kraju, dopiero się osiedlamy i organizujemy. Naszą pierwszą wspólnotę
tworzą trzy siostry – Nigeryjka, Kongijka i ja. Kilka miesięcy temu zostałyśmy
poproszone przez lokalnego biskupa o poprowadzenie istniejącego, ale
zaniedbanego wiejskiego ośrodka zdrowia w Mbutu Okohia. Służę pomocą jako lekarz
rodzinny, a jedna z moich sióstr jest pielęgniarką i położną. Współpracujemy z
pielęgniarkami, które mieszkają przy ośrodku. Świadczymy jedyną opiekę zdrowotną
dla ludności wszelkich wyznań religijnych, z pięciu wiosek na przestrzeni 15
kilometrów. Na razie ośrodek jest w opłakanym stanie, bez bieżącej wody, bez
podstawowego sprzętu. Przed nami remonty i modernizacja…

Dziękuję za rozmowę.

drukuj