57. rocznica śmierci bohatera Polskiego Państwa Podziemnego „Ojczyste Majdanki” generała „Nila”

Każdego roku 24 lutego przypominamy Polakom postać gen. bryg. Augusta
Emila Fieldorfa „Nila” (1895-1953) – bohatera Polskiego Państwa Podziemnego,
zastępcy ostatniego dowódcy głównego Armii Krajowej, szefa legendarnego Kedywu
(Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK). 24 lutego 1953 r. w więzieniu
mokotowskim sowiecki kat założył generałowi – z woli krzywoprzysiężnego sądu –
stryczek na szyję. Pozostał tylko „płacz kobiecy i długie, nocne rodaków
rozmowy”.

Wielokrotnie miałem zaszczyt pisać i mówić publicznie o generale „Nilu”. Za
każdym razem towarzyszyły mi silne emocje i poczucie bezsilności, choć tyle lat
minęło od tej śmierci. Zawsze pojawiała się smutna refleksja o tym, jak
zapłacono „Nilowi” za jego wierną służbę Rzeczypospolitej. Przywoływałem z
pamięci słowa gorzkiego wiersza Kazimierza Wierzyńskiego „Na rozwiązanie Armii
Krajowej”:

Za dywizję wołyńską, nie kwiaty i wianki –
Szubienica w Lublinie.
Ojczyste Majdanki.
Za sygnał na północy, bój pod Nowogródkiem –
Długi
urlop w więzieniu. Długi i ze skutkiem.
Za bój o naszą Rossę, Ostrą Bramę,
Wilno –
Sucha gałąź lub zsyłka na rozpacz bezsilną.
Za dnie i noce
śmierci, za lata udręki –
Taniec w kółko: raz w oczy, a drugi raz w
szczęki.
Za wsie spalone, bitwy, gdzie chłopska szła czeladź –
List
gończy, tropicielski: dopaść i rozstrzelać!
Za mosty wysadzone z ręki
robotniczej –
Węszyć gdzie kto się ukrył, psy spuścić ze smyczy.
Za wyroki
na katów, za celny strzał Krysta –
Jeden wyrok: do tiurmy. Dla wszystkich. Do
czysta! (…)

Najbardziej wzrusza mnie ten „celny strzał Krysta” przywołujący na pamięć
młodziutkiego żołnierza AK Janka Krysta „Alana”, który dowiedziawszy się o tym,
że choruje na gruźlicę płuc, i przewidując rychłą śmierć, poprosił dowództwo
Kedywu o prawo do podjęcia i wykonania niebezpiecznej akcji. Nie chciał umierać
na gruźlicę, chciał swojej śmierci nadać sens. Zastrzelił w warszawskiej „Adrii”
trzech gestapowców, a sam zginął. Żona generała „Nila”, Janina
Kobylińska-Fieldorf, pisała po wojnie, że jej mąż był człowiekiem surowym i
nieskorym do wzruszeń, ale nie mógł się powstrzymać od łez, gdy wspominał swoich
najmłodszych podkomendnych z drużyn starszoharcerskich Szarych Szeregów,
niedawno jeszcze chłopców, którzy polegli w walce. Pewnie nieraz myślał o Janku
Kryście, o Tadeuszu Zawadzkim „Zośce”, o Janku Rodowiczu „Anodzie” haniebnie
zamordowanym już po wojnie przez UB na Koszykowej. Przez wzgląd na pamięć o tej
młodzieży postanowił pozostać w kraju, choć przerzut na Zachód, z całą rodziną,
dla takiego konspiratora jak on nie stanowił problemu. „Tylu ich zginęło” –
powtarzał niezmiennie i wszelkie sugestie, by uciekać z kraju opanowanego przez
Sowietów nienawidzących idei polskiej niepodległości, którą niosło samo
wspomnienie AK, traktował jako rozwiązanie niegodne oficera AK.
Kiedy czytam
o Lublinie i „ojczystych Majdankach”, staje mi przed oczyma postać podporucznika
Henryka Wieliczki „Lufy”, dowódcy szwadronu w 5. Wileńskiej Brygadzie AK,
zamordowanego w roku 1949 przez NKWD – UB na Zamku Lubelskim, gdzie w czasie
wojny gestapo męczyło polskich patriotów, a w lipcu 1944 r. dokonało masakry
ponad 300 więźniów. I po czymś takim to samo miejsce służyło powojennemu
okupantowi, niedawnemu sojusznikowi Hitlera, do przeprowadzenia zagłady nowych
męczenników narodowej sprawy.
Czy to, co się stało z generałem „Nilem”, można
nazwać „ojczystymi Majdankami”? Pewnie tak, skoro sędzina czytająca wyrok
śmierci rozpoczęła od słów: „Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej”! Generał
nie miał złudzeń, że ani ona, ani prokurator, ani śledczy – prawie wszyscy
narodowości żydowskiej w służbie sowieckiej – z Rzecząpospolitą Polską wiele
wspólnego nie mieli poza tym, że tu mieszkali. Słowa te jednak z pewnością
musiały wywrzeć na nim ogromne wrażenie. To tak, jakby ktoś ukradł ci to, co
najbardziej w życiu kochałeś, i szyderczo obrócił to przeciwko tobie. To tak,
jakby komuś za mało było twojej śmierci, dlatego postanowił cię upokorzyć i do
cna pognębić. Więc jest coś na rzeczy w tych „ojczystych Majdankach”, choć rozum
podpowiada, że – zgodnie z faktami – to obcy, a nie Polacy zabili generała
„Nila”.
Wyrok warszawskiego „sądu” zapadł w dniach, gdy cała partyjna Polska
składała propagandowy hołd sowieckiemu namiestnikowi na Polskę Bolesławowi
Bierutowi w 60. rocznicę jego urodzin. Gdy azjatyckim, nieznanym w Polsce
zwyczajem nadawano imię namiestnika zakładom pracy, ulicom, nawet
miejscowościom. Śmierć polskiego generała była urodzinowym „prezentem” dla
najwyższego przedstawiciela sowieckiej władzy nad Wisłą.
Nawet uzasadnienie
wyroku dopasowano do jego upodobań. Podobno generał „Nil” mordował w czasie
wojny „radzieckich partyzantów, członków PPR, GL i AL, i osoby narodowości
żydowskiej” – sztuk 237 na terenie województwa białostockiego, sztuk 799 na
terenie województwa nowogródzkiego, sztuk 20 na terenie województwa lubelskiego.
Nadzwyczajna precyzja! Na dodatek generał robił to wszystko „w okresie od 1943
do 1945 r. na terenie Rzeczypospolitej Polskiej”. Zdumiewające! Przecież według
Sowietów, od 17 września 1939 r. „państwo polskie rozpadło się”… Jeśli generał
w tym czasie mordował to chyba na terenie „zachodniej Białorusi”, a nie w
województwach białostockim i nowogródzkim… Powinien być sądzony raczej przez
sąd sowiecki, tak jak generał Okulicki i inni. Tylko że w czerwcu 1945 r. Stalin
nie zdążył jeszcze wybudować w Polsce teatralnych bolszewickich dekoracji w
postaci „sejmu”, „sądu” etc., więc zmuszony był „sądzić” Polaków w Moskwie.
Teraz, w roku 1953, cała scenografia była już przygotowana i sowieckiemu
despocie sprawiło szczególną przyjemność pognębienie i zamordowanie wybitnego
polskiego oficera przez sąd „polski”.

Od Bohatyrewicza do Fieldorfa
Kiedy w roku 1943 Niemcy odkryli groby
polskich oficerów w Lesie Katyńskim, pojechał tam m.in. wybitny polski pisarz,
prezes Związku Literatów Polskich Ferdynand Goetel. Po wojnie musiał uciekać z
kraju ścigany przez UB jako „niemiecki kolaborant”! Goetel pisał o wrażeniu,
jakie zrobiło na nim wydobyte z katyńskiego dołu ciało gen. bryg. Bronisława
Bohatyrewicza, najstarszego z zamordowanych oficerów polskich, już w stanie
spoczynku, siedemdziesięcioletniego. Ale i jemu nie darowano. Został aresztowany
i dołączony do jeńców. Goetel pisał: „W głębi, na leśnej polanie, dwie setki
obdukowanych już ofiar, podobnych do mumii czy woskowych lalek (…). Przed nami
ciągnie się główna mogiła, którą przeszywa wąwóz wykopany wzdłuż pokładu trupów,
leżących zwartą i zlepioną masą jeden na drugim (…). Coś kurczy się w nas i
drży, gdy profesor [G. Buhtz z Wrocławia – P.Sz.] jednym ruchem noża odłącza
czaszkę od tułowia i skalpuje ją, aby ukazać wlot kuli w tyle głowy i wylot jej
nad czołem. A teraz nożyczki tną mundur w poszukiwaniu papierów. Są. Poklejone i
nadżarte jadem, mało czytelne. Wśród nich kartka częściowo czytelna (…). –
Generał Bohatyrowicz – słyszę głos profesora, przystanąwszy nad postacią złożoną
na uboczu. Nie mogę przez dłuższy czas oderwać od niej wzroku, gdyż więzi mnie
szaro-niebieska wstążka Virtuti Militari na krawędzi płaszcza. Włosy generała
posiwiałe. Biegnę myślą wstecz. Bohatyrewicz… Bohatyrewicz… Skąd znam to
nazwisko? Ach, przecież to z powieści Orzeszkowej 'Nad Niemnem’! Wzburzenie
uderza mi do gardła. Proszę profesora, aby odjął wstążkę Virtuti, gdyż chcę ją
zabrać ze sobą do Warszawy. Zabieram jeszcze szlifę leżącego opodal generała
[Mieczysława] Smorawińskiego, kilka guzików z orłem i garść ziemi wprost z
mogiły. Myślałem wówczas o chwili, gdy relikwie te przekażę jakiemuś muzeum w
wolnej Polsce. Wszystko spłonęło, wraz z moim domem, w Powstaniu”.
Co łączy
generała „Nila” z generałem Bohatyrewiczem? Obaj byli generałami suwerennej
Rzeczypospolitej, obaj walczyli z bolszewikami w obronie Polski i Europy. Obaj
po latach zostali za to zamordowani. I jeszcze jedna, symboliczna więź: 24
lutego, dzień śmierci „Nila”, był dniem urodzin generała Bohatyrewicza… Nie
może być wątpliwości co do tego, że gdyby pułkownik Fieldorf dostał się w roku
1939 do sowieckiej niewoli, zginąłby w Katyniu, w Twerze lub w Charkowie. „Nil”
był w pewnym sensie ostatnią, spóźnioną ofiarą katyńskiej zbrodni. Może dlatego
nasi wrogowie tak celebrowali jego śmierć, zadbali o najdrobniejsze szczegóły.
Nawet o to, by zginął nie od kuli, lecz na szubienicy, jak zwykły
przestępca.

Sowiecka opowieść
W znakomitym filmie dokumentalnym „The Soviet Story”
popularny w Polsce rosyjski pisarz polityczny Wiktor Suworow wyjaśnia, dlaczego
Stalin kazał zabić 25 tys. polskich oficerów i więźniów politycznych: „Gdyby oni
przeżyli wojnę, nie byłoby polskiego Politbiura”… Myli się Suworow w tej
sprawie. Gdyby oni przeżyli wojnę, zostaliby zamordowani nie w Katyniu czy w
Charkowie, lecz w „ojczystych Majdankach”. Piwnice przy ul. Mokotowskiej były
równie pojemne jak piwnice przy ul. Sowieckiej 5 w Twerze. Wspomniany film miał
premierę w ubiegłym roku w Brukseli, ale nie spodobał się „lewicy”. Za dużo
analogii między czerwonymi i brunatnymi zbrodniarzami. Zakupiła go Telewizja
Polska, ale nikt stamtąd nie ma odwagi, by go pokazać. Ostatni przykład represji
za wyemitowanie „Towarzysza Generała” działa odstraszająco. Generał „Nil” i inni
polscy oficerowie zamordowani po wojnie dalej cierpią katusze w „ojczystych
Majdankach”.

August Emil Fieldorf (20.03.1895 – 24.02.1953). 
Wybitny oficer
Legionów Polskich i Wojska Polskiego oraz Polskiego Państwa Podziemnego lat
1939-1945, kawaler Virtuti Militari.
Od młodości w służbie na rzecz
niepodległego bytu Państwa Polskiego – w Związku Strzeleckim (1912), jako
żołnierz I Kompanii Kadrowej (1914) i I Brygady Legionów; uczestnik wojny z
bolszewikami (1919-1920). W wojnie obronnej 1939 r. dowódca 51 pułku piechoty.
Od 1940 r. w Komendzie Głównej ZWZ, potem inspektor Obszaru Krakowskiego i
komendant Obszaru Białostockiego ZWZ-AK. Używał pseudonimu „Nil”, przybranego na
szlaku kurierskim via Kair, nawiązującego do rzeki Nil i do Horacjańskiego „Nil
desperandum” (Nie rozpaczajcie). Od 1942 r. w Komendzie Głównej AK, członek
Kierownictwa Walki Podziemnej, szef Kedywu, organizator zamachu na Franza
Kutscherę i wielu innych akcji dywersyjnych. Wyznaczony na komendanta
organizacji NIE(podległość), która miała się przeciwstawić sowietyzacji Polski
po wojnie. Aresztowany przez NKWD, nierozpoznany, spędził 2 lata (1945-1947) na
zesłaniu pod Swierdłowskiem, które cudem przeżył. Mimo dobrowolnego ujawnienia
się aresztowany przez UB (1950), nakłaniany do współpracy z bezpieką.
Odmówił.
16.04.1952 r. sowiecki Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał generała
„Nila” na karę śmierci. 20.10.1952 r. Sąd Najwyższy podtrzymał „wyrok”, który
został wykonany 24.02.1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie
przez powieszenie. Do dziś nieznane jest miejsce pochówku; żaden z uczestników
zbrodni sądowej nie poniósł kary.

Piotr Szubarczyk
 

 

drukuj