Ten front przebiega przez sumienia

Nowoczesny liberalizm opierający się na irracjonalnych wierzeniach i
emocjach nieustannie podważa najważniejsze zasady, na których opiera się ludzka
wolność. Trwa zatem walka na froncie ideologicznym i moralnym, a front ten
przecina glob ziemski i ludzkie sumienia.

Znaną w świecie organizację IPPF (Międzynarodowa Federacja Planowanego
Rodzicielstwa) ogarnęło nieprzeparte pragnienie dobroczynności. W miesiąc po
tragicznym trzęsieniu ziemi przedstawiciele tej firmy zawitali na Haiti. Niech
świat wie, że to firma „dobroczynna” oferująca po niskiej cenie wysokiej jakości
usługi w zakresie „zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego”. Ci, którzy
rzeczywiście zajmują się pomaganiem Haitańczykom, wytłumaczyli natrętnym
„usługowcom”, że to, czego kobiety haitańskie naprawdę potrzebują, to żywność,
woda, schronienie, pomoc medyczna – zarówno ta prenatalna, jak i poporodowa.
Istnieje obawa, że przedstawiciele tej organizacji nie będą w stanie tego
zrozumieć.
Federacja w sposób wyjątkowo czytelny odsłoniła swoją twarz z
okazji „święta walentynkowego”, publikując okazyjne kartki z pozdrowieniami.
Figurowały na nich różne przedmioty jednoznacznie zdradzające filozofię życiową,
jaką IPPF karmi swoich klientów. Były tam spodnie spuszczone na podłogę,
prezerwatywy, genitalia oraz wypisane hasła świadczące o rzekomym entuzjazmie
dla rozwiązłości jako sposobie uczczenia „walentynek”.

Choroba pornografii

Gdy przeglądam prasę zagraniczną, stale rzucają mi się w oczy informacje o
tym, jak lekko świat traktuje wymagania moralne w dziedzinie płciowości. Ojciec
John Flynn referuje książkę długoletniego dyrektora Ośrodka Badań nad
Małżeństwem i Religią. Praca, której autorem jest Patrick F. Fagan, poświęcona
jest „Skutkom pornografii dla życia jednostek, małżeństwa, rodziny i
społeczeństwa” („The Effects of Pornography on Individuals, Marriage, Family and
Community”, 2009). Wbrew poglądowi lansowanemu przez pewne ośrodki, jakoby
pornografia była rodzajem nieszkodliwej rozrywki, opierając się na danych
klinicznych Patric F. Fagan wskazuje na fakt, że pornografia niszczy integralnie
pojętą postawę wobec płci i wykrzywia sposób pojmowania seksualności. Jednym z
objawów obserwowanych u mężczyzn sięgających po pornografię jest łatwość
ulegania nałogom wyrażającym odchylenie od normy. Utrwalenie się nałogu opiera
się na działaniu hormonów stymulujących odpowiednie centra mózgowe. Autor
przyznaje, że popęd seksualny jest potężną siłą życiową, i dlatego też powinien
podlegać kontroli społecznej z punktu widzenia odpowiedzialności za dobro
wspólne. Takie uporządkowane aktualizowanie energii płciowej ma miejsce – mówiąc
bardzo ogólnie – w małżeństwie i rodzinie. Tylko tutaj młody człowiek znajduje
właściwe środowisko umożliwiające dojrzewanie do podjęcia zadań związanych z
życiem dorosłym. Niestety nowoczesne media przekroczyły wszelkie dopuszczalne
granice, otwierając pornografii drogę do niszczenia rodziny.
W małżeństwie
pornografia powoduje sytuację, w której mąż nałogowiec (oddany pornografii)
krzywdzi żonę, zadając jej głębokie rany psychiczne. Kobieta czuje się
zdradzona, odepchnięta, poniżona i łatwo popada w depresję. Mężczyźni,
niewolnicy pornografii, obniżają poziom emocjonalnego zaangażowania w kontaktach
z żoną, co niszczy właściwe dla małżeństwa doświadczenie intymności i pozbawia
żonę pełnej satysfakcji psychicznej. Ten emocjonalny dystans prowadzi do tego,
że żona zaczyna czuć się właśnie odepchnięta, zdradzona, ponieważ mąż kocha „coś
innego” (kogoś innego) zamiast niej. Kobieta czuje się zdegradowana do
neutralnego obiektu wymiany. Stwierdzono, iż zachodzi ścisły związek między
pornografią a rozwodami. Również mężczyźni cierpią przez pornografię. Obserwuje
się u nich wielorakie formy destrukcji osobowości.
Specyficznym skutkiem
nałogowego uzależnienia od pornografii jest stopniowa utrata poczucia
rzeczywistości: człowiek żyje iluzją, jego życie emocjonalne ulega rozchwianiu i
nierzadko podupada także jego zdrowie fizyczne. Rzeczywiście, pornografia
prowadzi do zdeformowania obrazu życia społecznego – do wyolbrzymienia roli
życia seksualnego w ogóle, do lekceważenia aspektów etycznych seksualnej
aktywności przedmałżeńskiej czy pozamałżeńskiej i do przypisywania nadmiernego
znaczenia perwersyjnym przejawom tej aktywności o wyraźnym profilu
patologicznym. Fagan jednoznacznie stwierdza, że „przekonania wytworzone w
umyśle konsumenta pornografii są bardzo odległe od rzeczywistości. Tkwienie w
uzależnieniu od pornografii prowadzi do choroby umysłowej w dziedzinie
seksualnej”. Najczęstsze skrzywienia (odchylenia) świadomości w tym zakresie
sprowadzają się do następujących iluzji: że stosunek seksualny ma charakter
rozrywkowy; że mężczyzna jest w całości sterowany popędem seksualnym; że kobiety
są obiektami potrzebnymi do zaspokajania męskich potrzeb. W świetle takich
założeń mężczyzna łatwo zgadza się na społeczną degradację kobiety.

Wojna ideologiczna

Nie milkną głosy krytyki pod adresem osobliwego raportu IPPF domagającego się
zniesienia wszelkich etycznych barier dla seksualności i atakującego wprost
religię jako główną tamę dla propagandy swobody seksualnej. Tymczasem w Senacie
amerykańskim działa grupa legislacyjna usiłująca narzucić wszystkim ideologię
homoseksualną. Proponowana ustawa ma się rzekomo zwracać przeciwko wszelkim
formom „dyskryminacji”, czyli tym utrudnieniom, które stoją na drodze do
upowszechnienia ideologii i mentalności homoseksualnej w szkołach i całym
społeczeństwie. To wszystko ma się dziać pod hasłem „bezpiecznej szkoły”, to
jest takiej, w której prawo bierze w obronę tylko homoseksualistów. Oczywiście
prawo ma chronić studentów, a nie ich wynaturzone obyczaje. „Dochodzi do tego,
że prywatny grzech uzyskuje prawa publiczne i wprzęga autorytet rządu przeciwko
samej moralności. Tego rodzaju 'prawo’ byłoby pogwałceniem niezbywalnych
uprawnień zagwarantowanych w Deklaracji Niepodległości. Mówiąc prościej, ustawa
sprzeciwiająca się wprost prawu Bożemu jest nielegalna”. Skłonnościom seksualnym
nie można przypisywać takiej samej rangi jak przynależności rasowej czy
narodowej.
Prezydent Obama prawdopodobnie nie ma już żadnych zmartwień w
kraju, dlatego zainteresował się tym, co dzieje się w Ugandzie – w jedynym
państwie, w którym udaje się przyhamować postęp epidemii AIDS przez powrót do
moralności. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych nie podoba się projektowana
ustawa, której celem byłaby większa dyscyplina moralna w dziedzinie płciowości,
a zwłaszcza ograniczenie swobody działania awanturniczym grupom homoseksualnym.
Podobne słowa krytyki pod adresem tego afrykańskiego kraju skierowała Hillary
Clinton. Navi Pillay, wysoki komisarz USA do spraw ochrony praw człowieka, w
surowych słowach potępia ustawy projektowane w Ugandzie, które nakazują
przestrzeganie prawa moralnego. „Zło” widocznie tkwi w tym, że zakazy te
naruszają „standardy międzynarodowe” ustalane przez USA. Zachęcona przykładem
Obamy grupa zwolenników homoseksualizmu działa na forum międzynarodowym,
zwalczając prezydenta Ugandy Yoweriego Museveniego. Wylicza ich szczegółowo
publicysta Cliff Kincaid w bogato udokumentowanym artykule („World Tribune”,
12.02.2010). Liberalne media wzbudzają trwogę, szerząc przypuszczenie o
egzekucjach czekających homoseksualistów. W istocie Uganda chce wrócić do swoich
pierwotnych tradycji, w czym przeszkadzają jej grupy homoseksualistów wspierane
z zagranicy przez organizacje „obrońców” praw mniejszości, a zwłaszcza przez
znanego „filantropa” George’a Sorosa. Uganda w walce z epidemią AIDS opiera się
na praktyce podpowiadanej przez prawo moralne, to jest na wstrzemięźliwości i
monogamii, odrzucając model amerykański zakładający legalizację sodomii.
Minister Ugandy uważa za konieczne wprowadzenie karalności przestępstw
seksualnych jako warunku skuteczności ustawy.
Uganda była już kiedyś rządzona
przez króla Mwanga, homoseksualistę i pedofila, który torturował i mordował
chrześcijańskich młodzieńców sprzeciwiających się jego seksualnym zachciankom.
Zamordowani przez bezbożnego króla młodzieńcy są czczeni jako męczennicy każdego
3 czerwca. Ten okrutny okres historii Ugandy tkwi głęboko w pamięci jej
obywateli. Obecny prezydent Yoweri Museweni, który wprowadził kraj na drogę
demokracji, jest chrześcijaninem. Zdobył już sobie niemały rozgłos skuteczną
walką z AIDS. Kiedy Hillary Clinton udzielała mu „nagany” przez telefon,
prezydent ostro zaprotestował przeciwko zagranicznym homoseksualistom, którzy
napastują jego młodzież. Clinton tłumaczyła się, że o tym nie wiedziała.
Ugandyjski pastor Martin Ssempa również skrytykował prezydenta Obamę za
propagowanie homoseksualnego stylu życia. Kościół ugandyjski bierze w obronę
małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety, zakazuje obyczajów homoseksualnych
i innych praktyk zagrażających tradycyjnej rodzinie, sprzeciwia się ratyfikacji
jakichkolwiek międzynarodowych traktatów, konwencji, protokołów itp., które
stoją w sprzeczności z treścią odnośnej ustawy, oraz zakazuje udzielania
pozwoleń na działalność organizacji popierających homoseksualizm. Dzisiaj, kiedy
„postępowy” świat tonie w zgniliźnie i wszelkiego rodzaju łajdactwie, wszyscy
mogliby się uczyć mądrości politycznej od obecnego prezydenta Ugandy.

Osobliwe „prawo”

Nie wszyscy w Stanach Zjednoczonych stracili zdrowy rozsądek. Przeciwko
ustawie z 28 października 2009 r. zakazującej tzw. mowy nienawiści wystąpiła
grupa prawników związanych z „Centrum św. Tomasza Morusa”, zarzucając jej
sprzeczność z konstytucją. Ustawa bowiem pod pretekstem ochrony równości
wyróżnia uprzywilejowaną grupę odznaczającą się skłonnością do zboczonych
zachowań seksualnych. Ludzie ci stają się specjalną klasą chronioną przez prawo
federalne. Prawnicy twierdzą, że nie istnieje żadna społecznie uzasadniona
potrzeba takiego prawa. Jedynym celem tej ustawy jest zakwestionowanie
autorytetu Biblii i zmuszenie do milczenia chrześcijan, którzy mają prawo
wyrażać swoje opinie na temat różnych zachowań seksualnych w świetle biblijnego
Objawienia. W konsekwencji osoby zaangażowane w zboczone zachowania seksualne
staną się uprzywilejowaną grupą chronioną przez władze i policję. Robert Muise,
który zajmuje się tą sprawą, powiedział, że „nowe prawo promuje ideę
Orwellowską, tworząc specjalną klasę osób, które są 'bardziej równe od innych’;
to stwarza 'przestępstwo myślowe’, ponieważ stawia w stan oskarżenia pewne
myśli, idee, wierzenia, opinie, grożąc karą za hołdowanie tym ideom”. Powstaje
pytanie, czy rząd ma prawo decydować o tym, które myśli i idee są przestępstwem,
a które nie.

Myśli mogą być chore

Wiemy, że złe myśli mogą prowadzić do przestępstwa, ale same myśli jako
składnik ludzkiej świadomości nie podlegają władzy społecznej ani tym bardziej
policji. Starożytni głosili, że „de internis non iudicat praetor”. Myśli mogą
też być niekiedy chore i w takim przypadku interesują się nimi psychologowie czy
psychiatrzy. Pewien doświadczony psychiatra ogłosił książkę, w której zawarł
swoje długoletnie obserwacje, z których wynika, że chore myśli mogą mieć
szkodliwy wpływ na politykę. Tytuł książki w tłumaczeniu polskim mógłby brzmieć:
„Umysł liberalny. Psychologiczne przyczyny politycznej głupoty” („The Liberal
Mind: The Psychological Causes of Political Madness”, 2006). Przez 40 lat
Rossiter diagnozował i leczył ponad 1500 pacjentów i badał także 2700 osób
sądzonych w sprawach cywilnych lub kryminalnych. Mając tak duże doświadczenie
kliniczne, psychiatra ten ma prawo orzec, „dlaczego ten typ liberalizmu, jaki
jest promowany przez Baracka Obamę, może być uważany za psychiczne zaburzenie”
(psychological disorder). Rossiter stwierdza: „Opierając się na rażąco
irracjonalnych wierzeniach i emocjach, nowocześni liberałowie nieustannie
podważają najważniejsze zasady, na których opierają się nasze wolności. Jak
obrażone gniewne dzieci buntują się przeciw normalnej odpowiedzialności
dojrzałego wieku i żądają, by paternalistyczny rząd zaspokajał ich potrzeby od
kołyski do grobu”. Jest czymś paradoksalnym, że liberalizm, który rzekomo
eksponuje zasadę wolności, realizuje taki program polityczny, który czyni
człowieka klientem państwa. Żeruje bowiem na postawach społecznych, jak:
poczucie krzywdy, infantylna postawa roszczeniowa, zazdrość i rezygnacja z
suwerenności osoby na rzecz uzależnienia się od państwa. Mentalność liberalizmu
wykazuje silną analogię do utrwalonego infantylizmu kogoś, kto nie ma ochoty
wyrosnąć z wieku dziecięcego, blokując swój rozwój przez poddanie się
irracjonalnym wierzeniom, nieodpowiadającym rzeczywistości. Umysł liberalny pada
wtedy ofiarą neurozy. Diagnoza postawiona przez dr. Rossitera brzmi bardzo
przekonująco. Mam tylko nadzieję, że dr Rossiter nie diagnozował polskich
polityków z Platformy Obywatelskiej.

Ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj