Gramy, jak przeciwnik pozwala

Z Bartoszem Arłukowiczem (Lewica), wiceprzewodniczącym hazardowej
komisji śledczej, rozmawia Artur Kowalski

Pilni obserwatorzy Państwa prac wciąż na pewno zadają sobie pytanie,
dlaczego Zbigniew Chlebowski, Mirosław Drzewiecki i Marcin Rosół praktycznie nie
mogli odmówić pomocy biznesmenowi Ryszardowi Sobiesiakowi.
– Boję
się, że na to pytanie nie odpowiemy. Ich zachowanie może wynikać z dwóch
czynników: pierwszego – dlatego że nie potrafili, drugiego – że nie mogli.

Nie potrafili, to znaczy…
– Ludzie mają swoje słabości.
Czasami jest tak, że może faktycznie ktoś bardzo aktywnie osacza polityka, że
ten nie potrafi odmówić. Chciałbym wierzyć, że w tym przypadku tak właśnie
było.

Wersja, że „nie mogli odmówić”, brzmi znacznie
groźniej…
– „Nie mogli” – to już mocne słowa. Nie chciałbym
wierzyć, że nie mogli.

Obawia się Pan, że na te pytania nie odpowiemy. Ale komisja ma za
zadanie właśnie ustalić, czy oni z jakichś konkretnych względów „nie mogli
odmówić” biznesmenowi, czy też „nie potrafili odmówić”.
– To
wyjaśniamy i będziemy jeszcze wyjaśniali przez dwa miesiące. Przesłuchaliśmy
najważniejszych świadków, dochodzą cały czas nowe dokumenty. Teraz będziemy mieć
czas na spojrzenie na całą sprawę z lotu ptaka – porównanie stenogramów,
dokumentów.

Marcin Rosół przyznał przed komisją, że w mniejszym lub większym
stopniu pomagał Ryszardowi Sobiesiakowi w jego interesach. Tłumaczył jednak, że
traktował go jako zwykłego petenta.
– Faktycznie Marcin Rosół
zaprezentował się jako człowiek, który służy pomocą, pośredniczy, umawia ze sobą
ludzi. Nawet na Naszej-Klasie ludzie przysyłali mu swoje CV. Kiedyś może być
dobrym pracownikiem agencji headhunterskiej.

Sam z siebie tak pomagał? Zeznając, brał wszystko na siebie,
tłumaczył, że jego przełożony Mirosław Drzewiecki miał o niczym nie
wiedzieć.
– Przytoczyłem panu Rosołowi regulamin, który w artykule
15 określa zakres jego obowiązków. Poprosiłem, aby wskazał w regulaminie
miejsca, które upoważniają go do tak dużej aktywności biznesowej. Nie potrafił
tego zrobić. Stwierdził, że „jakby miał się opierać tylko na regulaminie, to by
niczego nie załatwił”. Ale problem polega na tym, że w Polsce powinniśmy żyć w
zgodzie z regulaminem i prawem.

A co ze sprawą ewentualnego przecieku z kancelarii premiera do
Ryszarda Sobiesiaka o akcji CBA wobec jego osoby. Wersję o istnieniu przecieku
podtrzymuje chyba tylko Mariusz Kamiński?

– Przypominam, że cały
czas jesteśmy jeszcze przed napisaniem raportu. Powiem tak: 14 sierpnia Mariusz
Kamiński przychodzi do pana premiera i informuje o tym, co się dzieje wokół
ustawy hazardowej i aktywności pana posła Chlebowskiego i ministra
Drzewieckiego. 19 sierpnia pan premier spotyka się z ministrem Drzewieckim, 20
sierpnia zaczyna się akcja odwoływania Sobiesiakówny z Totalizatora Sportowego.
Ale mało tego, 19 sierpnia tuż po tej rozmowie panowie idą na mecz pograć w
piłkę…

Uważa Pan, że to spotkanie piłkarskie polityków PO miało jakieś
istotne znaczenie w dalszym biegu zdarzeń?
– Na pewno jest jednym z
elementów tej sprawy. Mnie zadziwia pewna umiejętność pana premiera do
przyjmowania trudnych informacji i umiejętność radzenia sobie z nimi. Bo myślę,
że gdybym ja był na jego miejscu, to nie miałbym nastroju do gry w piłkę.

Marcin Rosół tłumaczył, że o żadnej akcji CBA nie wiedział, a
Magdalenie Sobiesiak sugerował wycofanie aplikacji do Totalizatora ze względu na
donosy Marka Przybyłowicza.

– Pan Marek Przybyłowicz znany jest z
takiej działalności od wielu lat. Ostatnie pismo wysłał w lipcu 2009 roku, zaś
19 sierpnia pan premier spotkał się z ministrem Drzewieckim, a od 20 sierpnia
Rosół gwałtownie próbuje odwołać Sobiesiakównę z Totalizatora. Co ma wspólnego
tak nagłe przyspieszenie z wieloletnią aktywnością pana Przybyłowicza, nie mam
pojęcia.

Pewnym sukcesem komisji może być uprawdopodobnienie tego, iż Mirosław
Drzewiecki kłamał przed komisją, że po wybuchu afery nie spotykał się już z
Ryszardem Sobiesiakiem. Biznesmen natomiast stwierdził, że spotkali się na
Florydzie.

– Nie mogę stwierdzić, że pan Drzewiecki kłamał. Mogę
jedynie powiedzieć, że zeznania pana Mirosława Drzewieckiego, pana Marcina
Rosoła i pana Ryszarda Sobiesiaka nie są zbieżne. A który z nich kłamał, okaże
się dopiero w końcowej fazie prac komisji.

Czy Mirosław Drzewiecki powinien ponownie stanąć przed
komisją?
– Myślę, że to jest nieuniknione.

Komisja dostała dodatkowe dwa miesiące pracy.

Składaliśmy wniosek o wydłużenie prac komisji do 30 czerwca, bo to się wydaje
zasadnym terminem. Ale wiemy, że dla Platformy priorytetem jest czas, a nie
wyjaśnienie sprawy. Gramy tak, jak pozwala przeciwnik, a to on określa granice
boiska i tempo, w jakim będziemy po nim biegać. Musimy się więc dostosować. Nie
jest łatwo, ale nikt nie mówił, że łatwo będzie.

PiS wnioskuje o poszerzenie zakresu prac komisji o sprawę dzierżawy
wyciągu narciarskiego w Czorsztynie i budowy wyciągu w Zieleńcu.

Tę sprawę na pewno musi wyjaśnić komisja śledcza albo prokuratura. Jesteśmy w
klubie przed dyskusją na ten temat. Decyzji jeszcze nie ma, ale wątek jest
bardzo ważny.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj