Osaczanie sprawców przemocy czy osaczanie rodzin
Z Antonim Szymańskim, socjologiem, członkiem Zespołu ds. Rodziny
Komisji Wspólnej Rządu RP i Konferencji Episkopatu Polski, rozmawia Maria S.
Jasita
W ostatnich dniach szereg organizacji protestuje przeciw niektórym
rozwiązaniom, które znalazły się w rządowym projekcie nowelizacji ustawy o
przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie…
– To bardzo cenne, że takie
organizacje, jak np. Forum Kobiet Polskich, wskazują na ustawę, która nie jest
przedmiotem publicznej debaty, choć w porównaniu np. z aferą hazardową będącą od
tygodnia w centrum uwagi będzie miała zdecydowanie większy wpływ na życie rodzin
w Polsce. Nikt z protestujących przecież nie zaprzecza, że problem istnieje, ale
istotne jest, jak widzimy skalę zjawiska i jakich środków używamy do rozwiązania
problemu. Powinny być one adekwatne do problemu, a wiele z proponowanych w
nowelizowanej ustawie takich nie jest. Do leczenia grypy nie wysyłamy chirurga,
a cel nie uświęca złych środków. Ponadto aby lepiej dostrzec problem tej ustawy,
warto porównać jej projekt z podejściem do rozwodów. Rozpady małżeństw to często
dla ich dzieci tragedia o opisanych negatywnych konsekwencjach i forma
długotrwałej przemocy, jednakże uzyskanie rozwodu jest coraz łatwiejsze. Kilka
lat temu zrezygnowano z posiedzeń pojednawczych, sprzyjających przemyśleniu
decyzji o rozwodzie. Poza tym propozycje, żeby małżeństwa, które mają małoletnie
dzieci, były zobligowane do mediacji lub przywrócenia posiedzeń pojednawczych,
są krytykowane pod hasłem zbytniego wkraczania w prywatne sprawy. Podkreślmy, że
krytyka płynie z tych samych środowisk, które pod hasłem walki z przemocą w
rodzinie gotowe są bardzo głęboko w nią ingerować, przy najdrobniejszych
problemach i bez jej zaproszenia. W tej sytuacji oczekiwanie wielu organizacji
rozumiejących problemy rodzin, by problem przemocy w rodzinie nie był
wykorzystywany do niwelowania roli rodziców w wychowaniu swoich dzieci,
nienaruszania prywatności i poszanowania autonomii rodziny, jest zdrowym
odruchem.
W pracach nad tym projektem brali udział przedstawiciele organizacji
pozarządowych?
– Była taka możliwość i najmocniej wykorzystały ją
organizacje feministyczne, baczące, by była ona zgodna z ich poglądem na życie
społeczne – z pewnością z jej kształtu są zadowolone. W systematycznych pracach
niemal nieobecni byli przedstawiciele organizacji katolickich czy inspirowani
nauką społeczną Kościoła, poza przedstawicielem Związku Dużych Rodzin Trzy Plus.
Przedstawiciele organizacji katolickich liczniej przybyli jedynie na tzw.
wysłuchanie publiczne, gdzie składali szereg wniosków, z których żaden zresztą
nie został uwzględniony. Stracono możliwość, by w systematycznych pracach w
podkomisji swoją kompetencją i dobrymi propozycjami wpłynąć na kształt tej
ustawy. Wynika to chyba z niedoceniania znaczenia tej nowelizacji i braku
przekonania o możliwości swojego wpływu.
W uzasadnieniu projektu nowelizacji czytamy, że blisko 50 proc.
polskich rodzin ma problem z przemocą w rodzinie. To wiarygodne
dane?
– Przemoc w środowisku rodzinnym istnieje i jest problemem,
którego nie można bagatelizować, ale nie jest tak, jak pisze się w uzasadnieniu
do projektu nowelizacji, że „dotyczy on średnio około połowy rodzin”. Chyba że
zgodzimy się z projektem Niebieskiej Karty (będącej załącznikiem do tej ustawy),
która za objaw przemocy w rodzinie uznała „krytykowanie” kogoś z członków
rodziny. W takim wypadku możemy chyba powiedzieć, że tak rozumiana „przemoc”
dotyczy niemal wszystkich rodzin. Rozejrzyjmy się dookoła i zapewne nie
znajdziemy potwierdzenia, że w co drugiej rodzinie dochodzi do przemocy. Ale
niewątpliwie nawet wobec mniejszej skali zjawiska nie można być na ten problem
obojętnym.
Dlaczego więc projekt wzbudza tyle kontrowersji?
–
Projekt tej ustawy miesza niezwykle poważne przejawy przemocy związane z
działaniami mogącymi doprowadzić do utraty życia lub zdrowia z wydarzeniami
nieporównywalnie mniejszej wagi, np. słownymi awanturami domowymi czy
krytykowaniem lub zawstydzaniem. Od pewnego czasu bezzasadnie sugeruje się, że
najwięcej problemów przemocowych jest w rodzinach. Mniej się mówi o takich
problemach w miejscu pracy, sąsiedztwie czy szkołach, choć przemoc w nich
występuje. Gdy posłowie opozycji proponowali zapisanie w preambule ustawy
zobowiązania do przeciwdziałania przemocy także w innych środowiskach, większość
nie zgodziła się, redukując ten problem do rodziny – to symptomatyczne i
niepokojące. Podobnie z tytułem ustawy: projektodawcom szczególnie zależy na
tym, by mówił o przemocy w rodzinie, choć ten tytuł jest nieadekwatny do treści
ustawy odnoszącej się do osób wspólnie zamieszkujących, które nie muszą przecież
być członkami rodziny. Bardziej adekwatny do treści nowelizacji tytuł – „o
przeciwdziałaniu przemocy domowej” – został jednak odrzucony. Wyraźny jest wpływ
na rozwiązania ustawowe koncepcji feministycznej, dla której rodzina jest grupą
opresyjną, i dlatego państwo powinno silnie ingerować w relacje rodzinne.
Z jakiego rodzaju przemocą chcą walczyć twórcy ustawy?
–
Definicja przemocy w rodzinie, z jaką mamy do czynienia w ustawie, wskazuje na
to, że mogą to być działania narażające na niebezpieczeństwo utraty życia lub
zdrowia, naruszające godność i nietykalność cielesną oraz wolność, w tym wolność
seksualną. Mogą to być wyjątkowo drastyczne przejawy przemocy, ale także
wydarzenia nieporównanie mniejszej wagi, np. słowne awantury domowe, jeśli
naruszają godność osób, czy też niektóre formy karcenia dzieci, a nawet – jak
podaje się w nowym kwestionariuszu Niebieskiej Karty zakładanej przez policję –
np. krytykowanie członka rodziny, zawstydzanie czy krytykowanie zachowań
seksualnych. W ten sposób miesza się sprawy nieporównywalnej wagi i wobec
wszystkich projektuje się podobne metody przeciwdziałania. Przy tak szerokim
potraktowaniu przemocy niemal każdemu rodzicowi będzie można zarzucić, że czasem
krytykuje dziecko czy stara się je zawstydzić, a przecież wychowujemy nie tylko
przez przykład własny, pochwałę i zachętę, czasem też musimy dziecko skarcić.
Tak więc te rozwiązania utrudnią wychowanie dzieci i zamiast umacniać władzę
rodzicielską, raczej przedstawiają ją w podejrzanym świetle.
Krytycy nowelizacji podnoszą argument, że poważnym zagrożeniem będą
tzw. zespoły interdyscyplinarne, które mają oceniać wszystkie przypadki przemocy
w rodzinie, projektować środki zaradcze i nadzorować ich realizowanie – także
bez wiedzy i zgody samych poszkodowanych…
– Rzeczywiście, projekt
przewiduje powołanie w każdej gminie zespołów interdyscyplinarnych, składających
się z siedmiu lub więcej przedstawicieli różnych służb, m.in. pracowników
socjalnych, przedstawicieli policji, służby zdrowia i kuratorów sądowych. Jestem
zwolennikiem takiej współpracy w sprawach dzieci z rodzin problemowych i tak
jest to przyjęte w metodologii działań krajów europejskich. Natomiast w tym
wypadku mają one zajmować się również dorosłymi, także gdy oni sobie tego nie
życzą. Zapomina się o tym, że taki zespół nie jest przecież dobry na wszystko!
Nie ma potrzeby, aby każda, nawet najdrobniejsza sprawa (np. kłótnia domowa czy
krytykowanie członka rodziny) była analizowana przez siedmiu przedstawicieli
różnych służb. Gdyby taką „nowatorską” metodę pracy zastosować w służbie zdrowia
i każdy przypadek choroby skierować do oceny i terapii zespołu lekarzy różnej
specjalności, to służba zdrowia załamałaby się z dnia na dzień. Tymczasem ten
projekt daje takim zespołom prawo do: diagnozowania problemu przemocy w
konkretnej rodzinie, podejmowania działań w środowisku zagrożonym przemocą,
opracowywania i realizacji planu pomocy w indywidualnych przypadkach,
monitorowania sytuacji rodzin, w których dochodzi do przemocy oraz rodzin
zagrożonych wystąpieniem przemocy. Będą one gromadzić wrażliwe dane o rodzinach
także bez zgody dorosłych osób dotkniętych przemocą w rodzinie. To idzie tak
daleko, że zasadny jest zarzut, iż narusza się gwarancje konstytucyjne do
ochrony życia prywatnego i rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do
decydowania o swoim życiu osobistym (art. 47 Konstytucji RP) – potwierdzają to
cztery opinie prawne (np. dr. Andrzeja Sakowicza). Takie rozwiązania to dobry
przykład omnipotentnego państwa opisanego przez Orwella.
Wspomniał Pan o tzw. Niebieskiej Karcie, która jest procedurą
stosowaną przy interwencjach związanych z przemocą. Policja będzie mogła ją
założyć bez wiedzy domniemanej ofiary, jedynie na podstawie np. anonimowego
donosu?
– W projekcie pisze się wprost, że podejmuje się interwencję
w środowisku w oparciu o procedurę Niebieskiej Karty i jej założenie nie wymaga
zgody osoby dotkniętej przemocą. Następnie Niebieską Kartę przekazuje się
przewodniczącemu zespołu interdyscyplinarnego.
Jak Pan ocenia przewidzianą w projekcie możliwość zabierania dziecka
z rodziny biologicznej przez pracownika socjalnego bez wcześniejszej decyzji
sądu?
– Obawiam się, że spowoduje to dalszy wzrost liczby dzieci
umieszczanych poza rodziną biologiczną. To musi niepokoić, ponieważ liczba
dzieci w opiece zastępczej lawinowo rośnie i wynosi obecnie niemal 100 tysięcy!
To dużo więcej niż przed laty, gdy rodziło się niemal dwa razy więcej dzieci.
Obecnie w sytuacjach poważnego zagrożenia życia i zdrowia dziecka jest ono
zabierane głównie przez policję i kuratorów sądowych. Zresztą każdy dorosły
powinien pomóc dziecku w takiej sytuacji. Jednak zlecenie takiego obowiązku
dodatkowo pracownikom socjalnym powiększy liczbę służb szczególnie zobowiązanych
do tego zadania, co wobec braku ich przygotowania i doświadczenia może
zaowocować jeszcze częstszym zabieraniem dzieci do środowisk zastępczych.
Ale rzecznicy nowelizacji twierdzą, że do wielu tragedii związanych
ze śmiercią zakatowanych dzieci nie doszłoby, gdyby w porę zostały zabrane ze
swojego domu. Stąd ustawa miałaby dać instytucjom państwowym narzędzia do
bardziej efektywnej pracy…
– Nic nie wskazuje na to, by
wprowadzone zmiany były efektywniejsze w aspekcie zabezpieczenia dzieci przed
drastycznymi przejawami przemocy. Już dzisiaj, gdy jest to konieczne, kuratorzy
czy policja zabezpieczają dziecko, jeżeli zagrożone jest jego życie czy zdrowie.
Ten system funkcjonuje i wprowadzanie kolejnych służb bez doświadczenia tego nie
poprawi. Zwróćmy uwagę, że np. wzrostowi liczby ośrodków adopcyjnych i liczby
pracowników zajmujących się problematyką dzieci pozbawionych opieki rodziców
biologicznych nie towarzyszy zmniejszanie liczby dzieci w różnych formach opieki
zastępczej, wręcz przeciwnie. Niestety, nigdzie na świecie nie ma idealnego
systemu.
Jakie rozwiązania należy, Pana zdaniem, promować, by rzeczywiście
zniwelować zjawisko przemocy w rodzinie?
– Moim zdaniem, konieczny
jest rozwój łatwo dostępnego i na dobrym poziomie poradnictwa małżeńskiego i
rodzinnego, zwrócenie większej uwagi na funkcję wychowawczą szkoły i współpracę
z rodzicami oraz przeciwdziałanie upowszechnianiu brutalnej przemocy przez
masowe media, które uczą na masową skalę zachowań przemocowych. Niestety, tych
kwestii nowelizacja nie dostrzega.
Wielu posłów krytykuje zapisy zawarte w projekcie. Są szanse na
odrzucenie przez Sejm tej nowelizacji?
– Wątpię, by zaproponowano
jej odrzucenie, jest jednak możliwość jej zdecydowanego poprawienia w drugim
czytaniu, które odbędzie się pewnie za dwa tygodnie. Chodzi o to, by była ona
racjonalna, pomagała w profilaktyce przemocy i adekwatnej reakcji na jej
przejawy, bez naruszania praw człowieka i praw rodziny – a to oczywiście jest
możliwe.
Dziękuję za rozmowę.
