Bilans nie całkiem pozytywny

Śmierć prof. Krzysztofa Skubiszewskiego, pierwszego ministra spraw
zagraniczych III RP, spowodowała wysyp wspomnień, tekstów podsumowujących jego
działalność jako szefa polskiej dyplomacji w bardzo trudnym okresie budowania na
nowo pozycji międzynarodowej Polski. Pobrzmiewa w nich jeden ton: prof.
Skubiszewski to wybitny mąż stanu, polityk, który ma ogromne i jednoznacznie
pozytywne zasługi dla Polski, jego polityka zagraniczna była jedynie słuszną i
możliwą do prowadzenia w tamtych trudnych latach. Tymczasem sprawy wyglądają
nieco inaczej, niż przedstawia je większość mediów, a skutki ówczesnych błędów i
zaniechań w polityce zagranicznej są odczuwane do dziś.

Niewątpliwie na ocenę polskiej dyplomacji kierowanej przez Krzysztofa
Skubiszewskiego – a był on szefem MSZ w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jana
Krzysztofa Bieleckiego, Jana Olszewskiego, Hanny Suchockiej (i w trakcie
33-dniowego epizodu „premierownia” Waldemara Pawlaka) – mają wpływ przede
wszystkim dwie kwestie: stosunki z Niemcami i ZSRS, a potem z Rosją i innymi
krajami powstałymi po upadku Związku Sowieckiego. Jednak podsumowując
działalność nieżyjącego już ministra, trzeba przypomnieć, że nie udało mu się
zdekomunizować polskich służb dyplomatycznych. Także w MSZ, ambasadach,
konsulatach obowiązywała „gruba kreska”, a dawni komunistyczni dyplomaci
zachowali swoje stanowiska i wpływy. W efekcie byli w stanie sabotować działania
kolejnych rządów na arenie międzynarodowej. Do dzisiaj właściwie nie wiemy, ilu
dyplomatów kształconych masowo w Moskwie w czasach PRL mogło zostać później
agentami – najpierw ZSRS, a potem Rosji czy jakiegokolwiek innego kraju. Jeśli
bowiem zachodni wywiad poznał niechlubne karty życiorysu takiego dyplomaty, mógł
tę wiedzę wykorzystać do szantażu i pozyskania cennego agenta. Niestety, w
takich sprawach, jak polityka zagraniczna zawsze trzeba brać pod uwagę najgorsze
scenariusze, a ministrowi Skubiszewskiemu tej ostrożności zabrakło.
Co
więcej, pozostawienie komunistycznych dyplomatów w wielu newralgicznych
placówkach spowodowało niepotrzebe konflikty z Polonią. Polacy, którzy
niejednokrotnie uciekali na Zachód z PRL, nie mogli zrozumieć, że po 1989 r.
muszą tolerować obecność w amabasadach lub konsulatach ludzi, którzy Polonię
jeszcze niedawno traktowali jak wrogów państwa ludowego, którzy kierowali
działaniami wywiadu skierowanymi przeciwko środowiskom polskim, umieszczając w
nich agentów. W rezultacie wielu wybitnych działaczy polskich długo nie chciało
współpracować z naszymi przedstawicielstwami dyplomatycznymi, co wpłynęło
negatywnie także na polskie interesy.

Traktaty z Niemcami
Początek III RP to przede wszystkim
przełomowy okres w stosunkach polsko-niemieckich. Gdy Krzysztof Skubiszewski
otrzymywał akt powołania na stanowisko ministra spraw zagranicznych, Polska
sąsiadowała jeszcze z komunistyczną NRD, ale już rok później doszło do
zjednoczenia Niemiec. Perspektywa tego wydarzenia niepokoiła Polaków, lecz także
Francja i Wielka Brytania odnosiły się do tego procesu z dużą rezerwą. Brytyjska
premier Margareth Thatcher miała podobno powiedzieć, że bardzo kocha Niemcy, i
to do tego stopnia, że chciałaby, aby miały one nie dwa, ale pięć państw. W
Polsce zaś obawy przed potężnymi, zjednoczonymi Niemcami formułował w 1989 roku
choćby Jan Nowak-Jeziorański, także na łamach „Gazety Wyborczej”. Nie
potrafiliśmy wykorzystać lęku zachodnich państw przed zjednoczeniem, aby coś
więcej od Niemców uzyskać. Kohl nie musiał się przejmować Polską, ale z Londynem
już musiałby się liczyć. Straciliśmy też wtedy szansę na wzmocnienie swojej
pozycji w dawnym bloku komunistycznym. Przecież kwestia zjednoczenia Niemiec
żywo interesowała także np. Czechosłowację. Niestety, zabrakło współpracy z
Pragą, żeby raz na zawsze zamknąć kwestię roszczeń majątkowych „wypędzonych”
Niemców.
Niewątpliwie „na plus” trzeba zapisać ministrowi Skubiszewskiemu, że
nakazał naszym placówkom dyplomatycznym zapewnienie pomocy Niemcom uciekającym z
NRD do RFN, rozwiązując tym samym problem osób koczujących w ambasadzie RFN w
Warszawie. Był to humnitarny gest, jak najbardziej wtedy potrzebny. Ale błędem
było już niewykorzystanie okazji do załatwienia wszystkich drażliwych
polsko-niemieckich spraw. Teraz przypomina się układ graniczny z Niemcami (1990)
i traktat o dobrym sąsiedztwie (1991) jako wielkie zasługi Krzysztofa
Skubiszewskiego. Jednak Polska nie wykorzystała wtedy dobrze sytuacji, przede
wszystkim nie zadbaliśmy o to, aby nasz głos był bardziej slyszalny w trakcie
konferencji „2+4+1” (dwa państwa niemieckie i cztery mocarstwa biorące udział w
podziale Niemiec: USA, ZSRS, Francja i Wielka Brytania oraz Polska), gdzie
decydowano o zjednoczeniu Niemiec. Co prawda mocarstwa ustaliły, że warunkiem
zjednoczenia jest podpisanie przez Niemcy układu granicznego z Polską, ale
przypomnijmy sobie, jak kanlcerz Helmut Kohl się z tym ociągał, jak lawirował,
aby nie zrazić do siebie radykalnych środowisk ziomkowskich. My z kolei
zadowalaliśmy się nic nieznaczącymi gestami jak Msza św. w Krzyżowej, gdzie Kohl
i Mazowiecki przekazywali sobie znak pokoju. Niemców zaś w tym czasie
interesowały konkretne zapisy w międzynarodowych traktatach, które nie wiązałyby
im zbytnio rąk. Tak się stało w przypadku podpisanego w czerwcu 1991 roku w Bonn
polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy.
Teraz, po latach, widać, jak niesymetryczny jest ten traktat i że nie uwzględnia
ważnych dla nas spraw. Przykładem niech będzie kwestia mniejszości narodowych.
Polska zobowiązała się do wspierania rozwoju społeczno-kulturalnego mniejszości
niemieckiej, że nad Wisłą bez problemu będzie można prowadzić szkoły z
nauczaniem w języku niemieckim, że wprowdzone zostaną dwujęzyczne nazwy
miejscowości, tam gdzie są skupiska Niemców, że wreszcie mniejszość niemiecka
będzie miała przywileje wyborcze, dzięki czemu w Sejmie od wielu lat zasiada
przynajmniej jeden poseł reprezentujący tę społeczność. Minister Skubiszewski
nie zadbał o to, aby takie same zasady dotyczyły Polaków mieszkających w
Niemczech. Dopiero teraz nasza dyplomacja próbuje uregulować ich status, bo rząd
w Berlinie nie uznaje Polaków za mniejszość narodową, co oznacza, że de facto
wciąż obowiązuje hitlerowski dekret z 1940 roku, który odmawiał Polakom prawa do
nazywania się mniejszością. Dekret ten – jak twierdzą Niemcy – nie obowiązuje,
lecz mimo to Berlin nie chce powrotu do stanu sprzed 1940 roku.
Tych błędów
nie da się ukryć za zasłoną „coraz lepszych stosunków polsko-niemieckich”, czego
dowodem miałyby być: Trójkąt Weimarski, współpraca między regionami
przygranicznymi czy wymiana młodzieży. Niemcy nie traktują nas jak partnera, o
czym świadczy choćby ignorowanie naszego stanowiska w kwestii Gazociągu
Północnego. Źródeł takiego traktowania Polski trzeba szukać niestety na początku
lat 90.

Polityka wschodnia
Tak jak w polityce wewnętrznej
pierwszych lat III RP rządom zależało na respektowaniu ustaleń zawartych przy
Okrągłym Stole, tak w polityce zagranicznej trzymaliśmy się wciąż sojuszu z
ZSRS. Minister Skubiszewski był ostrożny, a nawet zbyt ostrożny w prowadzeniu
polityki wschodniej. Byliśmy podobno państwem suwerennym, ale mimo to
tolerowaliśmy bazy sowieckie, a potem rosyjskie na terenie naszego kraju.
Dopiero w maju 1992 roku został podpisany traktat o przyjaznej i
dobrosąsiedzkiej współpracy z Rosją, a także porozumienie o wycofaniu wojsk
rosyjskich z Polski (dotyczyło również tranzytu przez nasz kraj oddziałów
opuszczających Niemcy). Cieniem na tym układzie kładła się sprawa planowanego
wykorzystania byłych baz Armii Czerwonej. Minister Skubiszewski, który
negocjował ten traktat, zgodził się z sugestiami prezydenta Lecha Wałęsy, aby
wpisać do porozumienia z Rosją punkt mówiący o tym, iż na terenie byłych baz
będą mogły powstawać polsko-rosyjskie spółki. Było to ogromnie niebezpieczne, bo
dawało przywileje firmom tworzonym przez ludzi służb specjalnych z obu państw,
co uderzałoby w żywotne interesy gospodarcze i dotyczące bezpieczeństwa naszego
kraju. Dopiero ostra reakcja premiera Jana Olszewskiego spowodowała wykreślenie
tego punktu z gotowego już tekstu dokumentu. Nic dziwnego, że wobec ministra
spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego często podnoszono zarzuty, że
jego polityka wschodnia jest tak naprawdę kontynuacją polityki PRL, gdy Polska
dążyła do „powiększenia strefy manewru”, a nie do pełnej niezależności. Bo jak
inaczej wytłumaczyć to, że czekaliśmy na zgodę Rosji na nasz akces do NATO, i
gdy prezydent Borys Jelcyn taką zgodę w Warszawie wyraził, traktowano to jako
ogromny sukces naszej dyplomacji i prezydenta Wałęsy. To liczenie się z Rosją
legło też u podstaw idei NATO-bis i EWG-bis. Był to także powód bardzo słabych
zabiegów ministra Skubiszewskiego w sprawie swobody żeglugi w Cieśninie
Pilawskiej. Symbolem ugodowej czy wręcz kapitulanckiej polityki rosyjskiej było
mianowanie ambasadorem w Moskwie Stanisława Cioska, aparatczyka z KC PZPR. Nic
dziwnego, że Rosja, dostrzegając chwiejność naszej polityki, szybko przestała
traktować Polskę jako kraj, z którego opinią trzeba się liczyć, i tak pozostało
do dzisiaj.

TW „Kosk”
Niestety, cieniem na ocenie działalności
publicznej ministra Krzysztofa Skubiszewskiego kładzie się sprawa jego
domniemanej współpracy z SB. Z zachowanych akt wynika, że Krzysztof Skubiszewski
był zarejestrowany przez komunistytczną SB jako kontakt służbowo-informacyjny
„K”, a potem jako tajny współpracownik o pseudonimie „Kosk”. Współpraca ta
odbywała się w latach 1961-1969, a według akt znajdujących się w IPN był on
„cennym źródłem informacji”. Nazwisko Skubiszewskiego pojawiło się na liście
Macierewicza, co oczywiście wywołało w „salonie” ogromną wrzawę i protesty. Jak
tłumaczą historycy, kontakt społeczno-informacyjny był także świadomą formą
współpracy. Antoni Dudek, doradca prezesa IPN, wyjaśniał, że jako tego rodzaju
kontakt rejestrwano „osoby zajmujące wysokie stanowiska”, a trzeba przypomnieć,
że w 1961 roku Krzysztof Skubiszewski był już prodziekanem Wydziału Prawa
Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Według oceny funkcjonariuszy
prowadzących Skubiszewskiego, udzielał on SB informacji „chętnie i były one
wyczerpujące”. Raporty dotyczyły m.in. poznańskich naukowców i krewnego
Skubiszewskiego, wówczas dziennikarza polskiej sekcji Radia BBC, oraz polskiej
emigracji w Anglii. Był też cennym źródłem informacji dla komunistycznego
wywiadu podczas pobytu naukowego w USA. Skubiszewski nigdy się do tych zarzutów
nie odniósł, nie chciał odpowiedzieć na nie dziennikarzom, nigdy też na jego
wniosek nie wszczęto choćby procesu lustracyjnego, który ewentualnie by go
oczyścił. Można domniemywać, że były minister wiedział, co może znajdować się w
jego aktach.

Krzysztof Losz

drukuj