To rodzina prowadziła śledztwo
Gdyby nie zaangażowanie rodziny, do tej pory prowadzona byłaby sprawa
porwania i zamordowania Krzysztofa Olewnika – tak uważa Danuta
Olewnik-Cieplińska, siostra ofiary, która zeznawała wczoraj przed sejmową
komisją śledczą badającą sprawę jej brata. – Nie byłoby sprawców, dowody by
jeszcze milion razy poginęły – dodała. Olewnik-Cieplińska podkreśliła także, że
ekshumacja ciała jej brata była najboleśniejszym ciosem dla
rodziny.
W pełnym rozgoryczenia i żalu wystąpieniu pytała, co się dzieje, że sprawa
toczy się już od 9 lat przy zaangażowaniu komisji śledczej i nagłośnieniu
medialnym, a jej końca nie widać. – Wierzę, że ten zespół prokuratorski wyjaśni
sprawę w tym roku – wyraziła nadzieję w związku ze śledztwem prowadzonym przez
Prokuraturę Apelacyjną w Gdańsku.
Wystąpienie i zeznania siostry Krzysztofa
Olewnika to świadectwo niemocy polskiego wymiaru sprawiedliwości. – Policjanci,
prokuratorzy, politycy mówią przed komisją, że nic nie pamiętają. Kolejni
ministrowie mówili, że nie odpowiadają za to, co się dzieje, tylko ich
poprzednicy. Ministrowie mówili nam: „A co ja mogę zrobić?” – stwierdziła Danuta
Olewnik-Cieplińska. – Nie można rozkładać rąk i pytać, co ja mogę zrobić. Panie
Kalisz, panie Brachmański, panie Siemiątkowski, pani Szymanek-Deresz, panie
Olejnik, panie Sadowski, a gdyby to wasze dziecko zostało porwane? Nie
zadzwonilibyście do wszystkich świętych, żeby je ratować? Czym mój brat się od
nich różni? – pytała. Okazuje się też, że niektórzy z funkcjonariuszy, mimo że
wykazali się niekompetencją, są nagradzani, jak choćby policjant, któremu
skradziono akta sprawy, a który awansował na wicenaczelnika wydziału
kryminalnego komendy w Płocku, chociaż miał zarzuty w tej sprawie.
Jednym z
przykładów zaniedbań funkcjonariuszy była sprawa przekazania okupu porywaczom 24
lipca 2003 r., kiedy Krzysztof Olewnik jeszcze żył (zamordowano go 5 września
2003 r.), a akcja była doskonałą okazją schwytania przestępców. Jak podkreśliła
Olewnik-Cieplińska, jej wersja zdarzeń różni się od wersji policjantów, jednak o
tej drugiej nie może mówić, gdyż zapoznała się z nią w procedurze tajnej. Według
niej, po telefonie od porywaczy, którzy zażądali okupu, natychmiast zadzwoniła
do Remigiusza Mindy, szefa policyjnej grupy śledczej, który odpowiedział, że
„będziemy w kontakcie”. Według instrukcji porywaczy, pojechała z mężem do
Płońska, potem do Łomianek. Byli w stałym kontakcie z policją, ale okazało się,
że policja nie miała nasłuchu na telefonie, przez który ona kontaktowała się z
porywaczami. – Dziwiliśmy się tylko, dlaczego my mówimy policji, co się dzieje,
skoro policja powinna mieć na podsłuchu czy mój telefon, czy telefon od
porywaczy – relacjonowała Olewnik-Cieplińska. Podkreśliła, że policja nie miała
pojęcia, co się dzieje, nie zabezpieczyła też śladów z miejsca przekazania
okupu. – Gdy wyrzuciliśmy torbę z pieniędzmi przez okno, policja tego nie
widziała. Potem nas podejrzewali, że przejęliśmy te pieniądze – relacjonowała.
Jak mówiła, policjanci „nie dali nam instruktażu, jak przekazać
okup”.
Bulwersuje także sposób, w jaki policja obeszła się z anonimem
napisanym na początku 2003 r., którego autor pisał, że Krzysztof jest w
niebezpieczeństwie i że jest przetrzymywany w pobliżu Nowego Dworu
Mazowieckiego, że może zginąć, a ze sprawą powiązani są Ireneusz P. „Bokser”
(skazany za udział w porwaniu) i Robert Pazik (skazany, powiesił się w więzieniu
po wyroku). – Natychmiast zawiadomiliśmy policję o tym liście i na własną rękę
jeździliśmy po okolicach Nowego Dworu. Policja powiedziała mi jednak, że ten
anonim to bzdura, że Pazik i K. absolutnie nie mają z tym nic wspólnego, są cały
czas podsłuchiwani. Do dziś mam do siebie żal, że im uwierzyłam, że przestaliśmy
jeździć do Nowego Dworu. Może natrafilibyśmy na jakiś ślad – mówiła Danuta
Olewnik-Cieplińska.
Paweł Tunia
