Zbyt straszne, by opowiedzieć słowami

Z Anną Stachowiak, młodocianą więźniarką KL Auschwitz-Birkenau, świadkiem ostatnich dni obozu, rozmawia Adam Kruczek



Jako dziewięcioletnia dziewczynka trafiła Pani do Auschwitz. Co czuło dziecko wyrwane z rodzinnego domu w zetknięciu z wielką machiną śmierci, którą był obóz zagłady?

– To był ogromny szok, dziś trudno mi nawet odtworzyć swoje ówczesne odczucia. One się jakoś wiązały z tym, co przeżyliśmy wcześniej. Zanim z mamą, bratem i siostrą trafiliśmy do Auschwitz, zdążyliśmy już doświadczyć okropności wojny i okupacji. Gdy miałam niecałe pięć lat, z mamą i rodzeństwem – bo tata został zamordowany w Katyniu – uciekliśmy z Poznania. Mamę ostrzeżono, że następnego dnia Niemcy wyrzucą nas z domu. Żeby nam tego oszczędzić, mama wyjechała z nami do Warszawy. Zamieszkaliśmy na Ochocie. Mama stale przestrzegała nas, żebyśmy nie oddalali się od domu, bo były łapanki. Przyzwyczajeni do takiego rygoru wiedzieliśmy, że wokoło czyha wiele niebezpieczeństw. Widzieliśmy bombardowania, słyszeliśmy, jak dorośli rozmawiali o rozstrzeliwaniach. Panowała atmosfera stałego zagrożenia. Gdy wybuchło powstanie, siedzieliśmy w piwnicach, słychać było strzały, eksplozje bomb. Pamiętam, że jako dziecko zastanawiałam się, jak to się dzieje, że takie małe bomby mogą zburzyć całe domy. Jakoś w swoim dziecięcym rozumowaniu nie mogłam tego pojąć. Krótko po wybuchu powstania, bo 12 sierpnia 1944 r., Niemcy wywieźli nas najpierw do obozu na Zieleniaku w Warszawie, potem do Pruszkowa, gdzie w jednej wielkiej hali zgromadzono masy ludzi. Czułam ogromny strach, który nakazywał trzymać się blisko mamy.

Rozdzielono Was dopiero w obozie Auschwitz-Birkenau…

– Tak, do obozu dotarliśmy razem, a potem nas rozdzielono. Z siostrą trafiłyśmy do murowanego baraku na kwarantannę. Ten budynek stoi do dzisiaj. Gdy jestem w obozie w Brzezince, zawsze oglądam pryczę, na której leżałam. Później przeniesiono nas w inne miejsce. Pamiętam, że chciałam być cały czas jak najbliżej mamy i bardzo przeżyłam rozdzielenie. Od tego momentu musiałam o wszystko starać się sama. Pamiętam, że winiłam siebie za to, iż jestem brudna, mam wszy, że nie umiem sobie z tym poradzić. Zadręczałam się, że to moja wina. Z mamą mogłyśmy się widywać dwa razy w tygodniu.

Jak wyglądał dzień najmłodszych więźniów obozu?

– Rano i wieczorem odbywał się obowiązkowy apel, niejednokrotnie w baraku. Potem jako dzieci nie miałyśmy wiele do roboty, rozmaite zajęcia organizowały nam blokowa i sztubowa, które były Polkami. Byłam wiecznie głodna i pamiętam, że jedna z kucharek przynosiła mi czasami kartofla albo kromkę chleba. Myślę, iż dzięki jej pomocy przeżyłam to piekło. Jako dzienną rację dostawałyśmy przeważnie pajdkę chleba i chochlę zupy z brukwi i jarmużu, która była obrzydliwa.

Nawet dla zagłodzonych, bliskich śmierci dzieci?

– Mimo że była bardzo niesmaczna, wszystko się zjadało do ostatniej kropli i okruszyny. Pamiętam swój dramat, gdy ktoś podmienił mi miskę na kubek, który miał chyba z sześć dziur. Największym problemem było to, żeby zjeść zupę, zanim wycieknie z tego kubka.

Każdy więzień ocierał się codziennie o śmierć, ale dla dzieci musiało to być wyjątkowo traumatyczne doświadczenie?

– W obozie widok trupów był na porządku dziennym. Rano, gdy wychodziłyśmy z baraku, często witał nas stos zwłok dzieci i dorosłych ułożonych wzdłuż ściany. Wszyscy byliśmy wiecznie głodni, niedożywieni, brudni, pokryci świerzbem. Poza tym było zimno. Do obozu zostaliśmy wzięci w sierpniu, w letnich ubraniach, brakowało nam więc ciepłej odzieży, butów. W tej sytuacji łatwo było o chorobę i w konsekwencji o śmierć.

Jak wyglądały obozowe spotkania z mamą?

– Mama przychodziła do nas po pracy. Przynosiła coś do jedzenia. W czasie spotkań starała się podtrzymać nas na duchu. Pamiętam, jak w Boże Narodzenie rozmawialiśmy przez druty. Mama pocieszała mnie i brata, że już niedługo stąd wyjdziemy. „Przecież front już niedaleko, słychać strzały” – mówiła. Ale ja nie dawałam się przekonać. Pamiętałam, że w Warszawie też słychać było już strzały zza Wisły, a trafiliśmy do obozu. Miałam zakodowane w głowie, że z tego piekła nie ma wyjścia.

Czy to było Pani ostatnie spotkanie z mamą?

– Nie, ostatni raz widziałam mamę, gdy wyprowadzano ją z obozu w Marszu Śmierci. Na głównej ulicy lagrowej ustawiono kobiety do wymarszu. Dostały na drogę bochenek chleba. Był mróz, śnieg. Mama była obwiązana kocem. Chciała się z nami podzielić chlebem, ale się nie zgodziłyśmy. Gdy byłam w Auschwitz pięć lat temu na uroczystościach 60. rocznicy oswobodzenia obozu, panował taki sam siarczysty mróz. I gdy jeszcze puścili po obozie silne światła penetrujące, takie same jak przed 60. laty, to tamta scena stanęła mi przed oczami jak żywa. To było nie do zniesienia…

Kiedy Niemcy ewakuowali z obozu Pani mamę i brata, by pognać ich razem z innymi więźniami do Niemiec?

– Nie widziałam, jak brata wyprowadzano, bo był w męskim lagrze. Nie potrafię też precyzyjnie powiedzieć, kiedy zabrali mamę, ale musiało to być niedługo przed wejściem Rosjan. Później, w te ostatnie dni przed oswobodzeniem, Niemców nie było wcale widać, tak jakby już wyszli z obozu. Najgorszy był wtedy głód. Chodziliśmy po barakach i magazynach w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, ale nic nie było. Gdyby starsze dziewczyny nie znalazły w końcu jakiejś mąki i nie ugotowały zupy, to chyba byśmy pomarły z głodu.

Czy pamięta Pani okoliczności, w jakich do obozu weszli Rosjanie?

– To było dla mnie wielkie przeżycie, ale byłam tak wyniszczona, że nie potrafię odtworzyć tych chwil. Pamiętam, że żołnierze nosili białe maskujące kombinezony, co mnie bardzo zdziwiło. Przyszło mi do głowy, że są w… piżamach. Później sztubowa opiekująca się nami w obozie, która była mieszkanką Oświęcimia, wzięła nas na kilka dni do siebie, ale byłyśmy z siostrą tak chore, że trzeba nas było zawieźć do szpitala w Krakowie, gdzie leczyłyśmy się przez kilka miesięcy.

Kiedy dowiedziała się Pani o śmierci mamy?

– Do lipca 1945 r. wierzyłam, że mama żyje. Pielęgniarki, które były z mamą w Ravensbrück i po wyzwoleniu obozu wróciły do Polski, powiedziały, że mama była za słaba i przyjedzie następnym transportem. Dopiero później się dowiedziałam, że zmarła 18 maja 1945 roku. Była zbyt wyniszczona, by przeżyć. Jest pochowana w zbiorowej mogile na cmentarzu w Neustadt-Glewe koło Ravensbrück. Przez lata żyłam w przekonaniu, że każdy, kto był w obozie, musiał zostać spalony w krematorium. Zresztą bardzo długo Niemcy kojarzyli mi się głównie z krematorium. Kiedy słyszałam słowo „Niemiec”, od razu myślałam: „krematorium”. Nie przyszło mi nawet do głowy, że z mamą mogło być inaczej, choć przecież wiedziałam, kiedy umarła. Dopiero po latach dotarło do mnie, że ludzie, którzy zmarli po wyzwoleniu, nie mogli zostać spaleni w krematorium, tylko musieli być pochowani na cmentarzu i z moją mamą też tak musiało się stać. Wtedy pojechałam na jej grób.

A jakie były losy Pani brata?

– W Marszu Śmierci dotarł do obozu Mauthausen. Też był bardzo chory w chwili wyzwolenia, ale przeżył. Do Polski wrócił po wojnie. Eksternistycznie zdał maturę. Potem dostał się do szkoły morskiej, ale z powodu „niewłaściwego” pochodzenia do 1956 r. nie mógł pływać na statkach. Potem mu „pozwolono”, lecz nie pracował długo, bo nie mógł poradzić sobie z przeszłością. Zmarł w wieku 54 lat.

A Pani jak sobie radzi z syndromem więźnia?

– Przez długi czas nie mogłam słuchać, gdy ktoś mówił po niemiecku. Od razu miałam problemy zdrowotne. Później, w miarę upływu czasu, jakoś to cichło. Od kilkunastu lat współpracuję z polsko-niemiecką fundacją „Maximilian Kolbe Werk”. Jestem ich przedstawicielem na byłe województwo szczecińskie. Utrzymuję kontakt z dawnymi więźniami niemieckich obozów koncentracyjnych, i dziś muszę powiedzieć, że jakoś uporządkowałam sobie te sprawy.

Uczestniczy Pani w uroczystościach rocznicowych oswobodzenia obozu?

– Tak. Przez wiele lat nie mogłam przyjeżdżać do obozu, wzruszenia były zbyt silne, ale od pewnego czasu staram się być w tych dniach w Auschwitz. To dla mnie bardzo ważne miejsce. Odwiedzam cmentarzysko zamordowanych, zamęczonych ludzi. Przecież miałam być jedną z nich. Z moich przemyśleń wynika, że trzeba się jakoś oswoić z tym, co człowieka spotkało. Tam, w miejscu, gdzie do tego doszło, jest to łatwiejsze niż rozpamiętywanie w domu. Przez lata prześladowała mnie myśl, że to, co pozostało w moich wspomnieniach, jest zbyt straszne, aby było prawdziwe. Konfrontacja pamięci z zachowaną rzeczywistością obozową, którą wciąż można jeszcze zobaczyć i dotknąć, pozwala zrozumieć, że tak było naprawdę.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj