Tusk jest niebezpieczny dla Polski
Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, filozofem i socjologiem,
wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie
i na Uniwersytecie w Bremie, rozmawia Mariusz Bober
Czy w tym roku czeka nas wielka elekcyjna kumulacja – wyborów samorządowych i prezydenckich, oprócz tego także parlamentarnych?
–
Nie wydaje mi się to realne. Nic na to nie wskazuje. Bardziej
prawdopodobne jest przeprowadzenie wyborów parlamentarnych w 2011 roku.
Politycy,
zarówno opozycji, jak i koalicji przyznają, że niemożliwe są wybory w
trakcie polskiego przewodnictwa w UE w drugiej połowie 2011 r. i zaraz
po rozpoczęciu prac nad nowym budżetem Unii Europejskiej…
– Dlatego odbędą się one prawdopodobnie wiosną przyszłego roku.
To
by oznaczało, że praktycznie cały ten rok i początek przyszłego upłyną
w polityce pod znakiem kampanii wyborczej. Już od dłuższego czasu
wiadomo, że obóz rządzący podejmuje decyzje pod kątem wyborów
prezydenckich…
– Rząd od samego początku podporządkowywał
swoje funkcjonowanie wyborom prezydenckim. Oczywiście ich zbliżanie się
coraz silniej determinuje działania gabinetu Donalda Tuska. Będą one
weryfikacją nastrojów społecznych. Te zaś, z dużym opóźnieniem, ale
jednak zaczynają się zmieniać. Zdecydowanie zmieniła się np. ocena PO w
mediach. Komentatorzy obecnie znacznie bardziej krytycznie oceniają ten
rząd niż jeszcze rok temu. Coraz częściej odczuwa się też zniechęcenie
obecną ekipą. Nierzadko po prostu kpi się z niej. Dziś nikt już się nie
spodziewa, że PO coś ważnego zrobi, a hasło wyborcze Donalda Tuska:
„człowiek z zasadami”, może wywoływać tylko śmiech. Wiele osób pozbyło
się już nawet złudzeń, zwłaszcza po wybuchu afery hazardowej, że ta
partia gwarantuje spokojne administrowanie krajem. Wyraźnie zmienia się
atmosfera i widać już, że nie ma ona odzwierciedlenia w sondażach.
Zbliżająca się kampania wyborcza będzie zapewne bardzo zacięta.
Kampania prezydencka czy samorządowa?
–
Myślałem bardziej o tej pierwszej, bo wybory samorządowe rządzą się
trochę innymi prawami. Tam ważniejsze są coraz częściej uwarunkowania
lokalne, ale i lokalne sieci powiązań, które – jak pokazała niedawna
afera związana m.in. z prezydentem Sopotu – często mają szkodliwy
charakter.
Więc notowania Donalda Tuska znowu są „nadmuchane”? Jego realne szanse na wygraną w wyborach są mniejsze?
–
Nawet jeśli obecny premier wygra wybory, to w inny sposób, niż mogło to
nastąpić 5 lat temu. Teraz bowiem nie może on już wystąpić jako ktoś
nowy, „niezużyty”. Dziś nawet jego dawni zwolennicy nie liczą już, że
jest to ktoś, kto pomoże unowocześnić kraj. Dlatego uważam, iż to
właśnie kampania wyborcza może rozstrzygnąć o tym, kto zostanie wybrany
na prezydenta. Co prawda wciąż mówi się w Polsce o „trzeciej sile”,
między PiS a PO, oraz o tym, że partie te „zabetonowały” scenę
polityczną. Ale wszystkie próby stworzenia tej „trzeciej siły” spełzły
na niczym. Gdy spojrzymy na kandydatów zgłoszonych dotąd do startu w
wyborach, ogarnia żałość. Przecież tam nie ma żadnej nowej osoby,
żadnego „świeżego powiewu”. Jerzy Szmajdziński, Andrzej Olechowski czy
Tomasz Nałęcz są znani od lat.
Powiedział Pan, że nie ma co
liczyć na to, że Donald Tusk może wprowadzić jakieś pozytywne zmiany.
Ale przecież prezydent w Polsce niewiele może zdziałać….
–
Jednak dzięki tym wyborom może zmienić się sytuacja polityczna, która
ukształtowała się przez ostatnie lata. W osobie prezydenta wyraża się
filozofia państwa. Wybór Donalda Tuska na prezydenta oznaczałby, że
niezależnie od oceny rządów PO i jej chybionych reform, za którymi stoi
jakiś anachroniczny liberalizm, Polacy opowiadają się za takim sposobem
sprawowania władzy i taką wizją Polski.
Za wizją czy może raczej za jej brakiem – za ciągłą „prowizorką” bez perspektyw na przyszłość?
–
Jest to oczywiście wizja, w której nacisk jest położony nie na cele
zbiorowe, lecz indywidualne, i nie na długofalową strategię, lecz
działania doraźne. Gdyby Donald Tusk wygrał wybory, PO mogłaby mówić o
poparciu np. dla swoich pomysłów prywatyzacji szpitali, ograniczenia
roli mediów publicznych. Niedawno ze zdumieniem usłyszałem, jak w
jednym z wywiadów Donald Tusk mówił o tym, że sukcesem jego rządu jest
to, iż już nie dopłacamy do stoczni. Może premier uważa również, że nie
trzeba „dopłacać do Polski”. Może zastanawia się też, po co „dopłacać
do leczenia starszych ludzi” i po co w ogóle własność publiczna?
Dlatego
pytałem, czy to jest jakaś wizja? Według niektórych komentatorów
bowiem, np. prof. Andrzeja Nowaka, PO w rzeczywistości forsuje
postpolitykę. Między innymi prywatyzując wszystko, uważa, że uniknie
wszelkiej odpowiedzialności za państwo. Tymczasem gigantyczna dziura
budżetowa, którą zafundował nam rząd, świadczy, iż nie radzi on sobie
nawet z finansami państwa…
– Hasło postpolityki było pozorne.
Kiedyś dysydenci w Europie Wschodniej mówili, że uprawiają
antypolitykę. Był to jednak w rzeczywistości jakiś pomysł polityczny.
Podobnie PO uważała, iż w ten sposób uspokoi politykę po rządach PiS.
Ale to było tylko hasło. Postpolityka była jak najbardziej polityczna.
W czasie rządów PO niewiele mniej jest ostrych konfliktów politycznych
niż poprzednio. Nie ma tylko dążenia do zasadniczych reform. Widoczny
już spadek popularności tej partii świadczy o tym, że ludzie mają dość
uciekania rządu od odpowiedzialności za państwo. A przecież sytuacja
gospodarcza jest trudna, podobnie zresztą, jak sytuacja w polityce
międzynarodowej. Zapewne dlatego dziś zwolennicy PO nie mówią już o
postpolityce.
Jednak sondaże nie są jednoznaczne. Czy to świadczy o tym, że ludzie są „za, a nawet przeciw”?
–
To rzeczywiście zadziwiający i nowy element w polskim życiu publicznym.
Oczywiście, jeśli wierzyć sondażom. Być może gdyby w inny sposób
sformułowano pytania lub zastosowano odmienną metodologię, wyniki
sondaży wyglądałyby inaczej. Ale możliwe jest także, że ostatnie
notowania są efektem przekonania obywateli o „braku alternatywy” czy
też o słabości opozycji, w tym także postkomunistów. Może się jednak
zdarzyć, że im wyższe będą notowania PO, tym szybciej stopnieją one
przed wyborami. Porażka w nich byłaby katastrofą dla Donalda Tuska.
Gdyby przegrał te wybory, przegrałby wszystko. Przecież podporządkował
im swoje premierostwo. Przeżycie drugiej porażki w wyścigu o
prezydenturę w normalnym kraju mogłoby oznaczać koniec kariery
polityka. W Polsce jednak wszystko może się zdarzyć.
Jakie inne scenariusze są możliwe?
–
Gdyby na prezydenta został wybrany postkomunista, oznaczałoby to, że
wracamy do lat 90. Podobnie gdyby na najwyższe stanowisko w państwie
wybrano Andrzeja Olechowskiego, który przyznał się, że współpracował z
wywiadem PRL – to również oznaczałoby powrót do przeszłości. Natomiast
reelekcja Lecha Kaczyńskiego byłaby jeszcze większym wstrząsem dla elit
III RP niż jego zwycięstwo w 2005 roku. Oznaczałaby poparcie innej
wizji Polski niż ta propagowana przez PO. Dlatego myślę, że te wybory
pokażą, jakie Polacy mają wyobrażenie o swoim kraju i jaką drogę chcą
wybrać. Ta elekcja nie powinna być więc traktowana jak „konkurs
piękności”.
Tym bardziej że ten rok i prawdopodobnie
początek przyszłego może być czasem wielkiego skoku PO po władzę.
Platforma liczy bowiem na zwiększenie wpływów w samorządach, własnego
prezydenta i jeszcze więcej szabel w parlamencie…
– Taka
koncentracja władzy byłaby czymś zupełnie nowym w historii III RP. W
dodatku zupełnie nie wiadomo, co PO mogłaby z nią zrobić. Polacy
oddaliby swój los w ręce polityków, o których dotychczasowe działania
nie świadczą dobrze.
Po co Donaldowi Tuskowi urząd
prezydenta? Dla zaspokojenia własnych ambicji, czy też – jak twierdzi
on sam – dokończenia reform, które obecnie blokuje „zły” Lech Kaczyński?
–
Donald Tusk od lat jest politykiem i nigdy nie dał się poznać jako
reformator. Może jednak chce zostać „monarchą” od przecinania wstęg i
towarzyskich meczy piłki nożnej. Gdyby został rzeczywiście wybrany na
prezydenta, oznaczałoby to, że Polacy zrzekli się swojej funkcji
kontrolnej, że nie chcą brać odpowiedzialności za państwo jako demos.
Być może dlatego, iż są zarażeni popkulturą, może jeszcze z innych
powodów. Gdyby zaś PO rzeczywiście przystąpiła do realizowania swych
neoliberalnych pomysłów gospodarczych, zakończyłoby się to protestami
społecznymi, jakich jeszcze nie widzieliśmy. Nie widzę jednak żadnych
chęci na wielkie reformy w tym rządzie, zwłaszcza w koalicji z PSL.
Można powiedzieć, że wybory będą podsumowaniem także dotychczasowej polityki PO. Jak Pan ją ocenia w roku wyborczym?
–
Partia ta zręcznie prowadzi propagandę, dobrze się prezentuje. Jednak
afera hazardowa ujawniła trochę prawdy społeczeństwu. Doprowadzenie do
zapaści służby zdrowia, budżetu, do upadku polskiego przemysłu
stoczniowego – obciąża ten rząd. Całe szczęście, że nie udało mu się
sprzedać polskiej giełdy ani koncernu energetycznego Enea. Pomysły PO
są dla Polski niedobre, a ideologia, która za tym stoi – anachroniczna.
To jest odgrzewanie pomysłów Kongresu Liberalno-Demokratycznego. O ile
jednak w latach 90., gdy w Polsce demontowano komunizm, można je było
zrozumieć, o tyle obecnie są one nieaktualne. Teraz bowiem mamy już
gospodarkę kapitalistyczną, ale uzależnioną od zagranicy, i to jest
najważniejszy problemem. Mamy też kraj, który jest niepodległy, ale bez
podmiotowości. Moim zdaniem, to jest najgorszy rząd od 1989 r., łączy
pychę z indolencją i żądzą władzy. W tym sensie Donald Tusk jest
politykiem niebezpiecznym dla Polski. I groźne jest nawet nie to, co on
chce zrobić. Niebezpieczny jest dlatego, że wyzwala w Polakach
najgorsze cechy, zwłaszcza bierność przy pozorach samozadowolenia.
Dlatego groźba przedłużenia jego rządów napawa mnie głęboką troską.
Więc Donald Tusk i jego partia odpowiadają za utwierdzanie wizji Polski nijakiej?
– Tak można określić politykę rządu PO, także w wymiarze gospodarczym. Ci ludzie nie myślą w kategoriach podmiotowości Polski.
Więc
w tym roku, a zwłaszcza przyszłym, dojdzie do starcia wizji „Polski
solidarnej” i „nijakiej”? I czy w ogóle w kampaniach będzie to miało
znaczenie, czy zwycięży PR?
– Niestety, dotychczas PiS nie
znalazło klucza, by zaprezentować się jako silna alternatywa dla PO.
Partii Jarosława Kaczyńskiego nie udało się przełamać prezentowanego w
mediach jej czarnego PR oraz powstrzymać odpływu części elektoratu ani
przyciągnąć nowego. Lata rządów PO nie były więc owocnym czasem dla
opozycji z PiS. Informacje o wielu dobrych inicjatywach nie przebijały
się do mediów. Niestety, wiele pomysłów realizowano też z dużym
opóźnieniem i niekonsekwentnie. Miejmy więc nadzieję, że ten rok będzie
mobilizujący dla PiS. Poza tym niektórzy politycy tej partii sami
sprawiają wrażenie, że po prostu nie są w stanie zrealizować tego, co
propagują. Zdarza się też, iż niektórzy, podobnie jak politycy PO,
poprzestają tylko na zabiegach PR. Dlatego politycy PiS, ale także
społeczeństwo muszą wykonać poważną pracę organizacyjną, intelektualną,
bo przecież partie są odbiciem poglądów społecznych.
W PiS trwają widoczne przegrupowan
ia i spory o kierunek zmian w partii…
–
Rzeczywiście wprowadzono pewne zmiany na niedawnym kongresie, powołano
„zespół pracy państwowej”. Ale minęło trochę czasu i chciałoby się
zobaczyć jakieś efekty jego pracy. Dobrze byłoby, gdyby zabierał on
głos w ważnych sprawach państwa czy proponował alternatywną strategię
dotyczącą np. polskiego przemysłu czy polityki zagranicznej itd. Być
może jest tak, że ludzie wolą słuchać czy oglądać materiały o kolejnych
skandalach obyczajowych, czy wsłuchiwać się w słowotok wicemarszałka
Stefana Niesiołowskiego, niż zastanawiać się nad ważnymi problemami.
Ale przecież skupianie się na skandalach obyczajowych i sensacjach dnia
nie prowadzi do rozwiązywania najważniejszych problemów w kraju.
Dziękuję za rozmowę.
