Bessa nie będzie trwała sto lat
Z Pawłem Brzezickim, byłym prezesem Agencji Rozwoju Przemysłu, rozmawia Mariusz Bober
Co się stanie ze stoczniami w Gdyni i Szczecinie? Do czwartkowego i piątkowego przetargu stanęło niewiele firm, a nawet minister Skarbu Państwa Aleksander Grad przyznał, że żadna z nich nie była zainteresowana zakupem całości majątku żadnej ze stoczni…
– Naciski opinii publicznej i kompromitacja związana z pierwszym przetargiem na sprzedaż majątku stoczni w Gdyni i Szczecinie rzekomemu inwestorowi katarskiemu sprawiła, że dwie państwowe firmy i jedna prywatna być może podzielą się majątkiem stoczni. Należy tylko ubolewać, że nie jest to jedna firma, która jest w stanie samodzielnie podjąć produkcję statków. Oznacza to, że 2 lata jałowych wysiłków i socjotechniki zostały bezpowrotnie stracone.
Rząd i przedstawiciele związków zawodowych cieszą się, że są chętni na zakup części produkcyjnych stoczni. Czy daje to szansę na wznowienie w nich produkcji?
– Trudno powiedzieć, czy będzie to oznaczało wznowienie produkcji, a jeśli nawet do tego dojdzie, to nie w takiej skali jak poprzednio. Zbiega się to z końcową fazą wypłaty świadczeń dla stoczniowców, którzy przystąpili do programu monitorowanych zwolnień na mocy specustawy stoczniowej. Jej zadaniem było uspokojenie – w sumie – tysięcy ludzi.
Nadzieje na wznowienie produkcji w stoczniach są więc, według Pana, nikłe?
– Zostaną poszatkowane tereny stoczniowe pod taką czy inną działalność. Tereny, które zostaną, czyli większość, będą jeszcze sprzedawane na licytacji. Po jej zakończeniu wkroczy syndyk i obejmie je prawo upadłościowe.
Ale to akurat było już przesądzone…
– Jednak w żadnym dokumencie rządowym nie ma mowy o upadłości. Był cały zestaw innych słów: restrukturyzacja, inwestor itp., używanych w tej socjotechnice, bardzo sprawnie robionej przez fachowców od mieszania ludziom w głowach. Jednak upadłość tak naprawdę nastąpi. Niestety, doczekaliśmy czasów, w których za fakty uznaje się określenia PR-owskie, a nie rzeczywiste zdarzenia.
Jednak to właśnie skutki „twardej rzeczywistości” odczuwają już m.in. zwolnieni pracownicy, którym kończą się pieniądze na utrzymanie…
– Jeśli spojrzymy na sytuację branży stoczniowej na świecie, łatwiej zrozumiemy rzeczywistą kondycję naszych stoczni. Otóż w tym roku drastycznie spadły zamówienia na nowe statki w porównaniu z rokiem poprzednim. Podczas gdy rok temu było ich 2 tys., to w 2009 r. zawarto… 8 umów. Oznacza to, że stocznie na całym świecie mają bardzo poważne problemy, ponieważ armatorzy nie odbierają zamówionych statków, więc stocznie nie są w stanie spłacać kredytów, które zaciągnęły na ich budowę. Dlatego nie są budowane nowe jednostki. Armatorom opłaca się nawet zrezygnować z odbioru już zaliczkowanych statków, przeczekać trudny okres i później zamówić je, płacąc nawet połowę poprzedniej ceny. Ale jest jeden wyjątek na świecie… Polska Żegluga Morska, która ładuje 1,3 mld USD w zamówienia w Chinach po najwyższych historycznie cenach z lat 2006-2007. Z tymi statkami PŻM wchodzi na rynek, na którym… nie ma co robić. Widocznie jednak władze firmy kierują się jakimiś innymi kalkulacjami, które – łagodnie mówiąc – można nazwać podejrzaną racjonalnością.
Wróćmy jednak do kondycji stoczni.
– W opisanej sytuacji na światowych rynkach stocznie są zmuszane ponosić duże koszta, zwalniać pracowników, dać im odprawy, na które firmy nie posiadają pieniędzy. Stocznie zwykle nigdy nie mają odłożonych funduszy na kontach. Dlatego znajdują się obecnie w tragicznej sytuacji. Ale są dwa wyjątki na świecie…
…chyba nie te w Gdyni i Szczecinie?
– Dokładnie te. Ponieważ właśnie one nie mają zaległych płatności, bo „obcięła” je specustawa stoczniowa. Nie mają też problemu kosztów zwolnień pracowników, gdyż wzięło to na siebie państwo. I o tym rząd powinien mówić, a nie opowiadać, że u nas nie opłaca się produkować, bo Chińczycy robią to taniej. Choć znam się na gospodarce morskiej, nie mogę zrozumieć, dlaczego w ten sposób rząd sprzedaje stocznie, przekazując jednocześnie negatywne opinie o nich. Jak sprzedawca może deprecjonować towar, który sprzedaje? Trzeba po prostu umieć sprzedać stocznie, a nie opowiadać absurdy, że są niekonkurencyjne.
Można je sprzedać w taki sposób, by utrzymać produkcję?
– Bessa na rynku stoczniowym nie będzie trwać 100 lat. Za jakieś 2 lata przyjdzie hossa. Zanim to nastąpi, na świecie padnie wiele stoczni. Nasze wcale nie muszą upaść, a przynajmniej nie musi zostać podzielony ich majątek. Nikt na świecie dziś tego nie robi. Minister Grad jest prekursorem w zakresie rozczłonkowania majątku stoczniowego. Po co to teraz robić? Niech Agencja Rozwoju Przemysłu czy inny podmiot zabezpieczy ten majątek na 2 lata i potem sprzeda stocznie za duże pieniądze, zamiast oddawać je za darmo i jeszcze kompromitować się kolejnymi aferami.
Skoro te stocznie są w lepszej sytuacji od pozostałych światowych konkurentów, czemu jest tak mało chętnych na ich zakup?
– Bo trzeba je umieć sprzedać. To jest po prostu problem zarządzania. Z podobnymi kłopotami potrafili niedawno poradzić sobie Bułgarzy, choć obecne władze uznałyby zapewne ich strategię za bezsensowną. Tamtejsza stocznia w Warnie upadła podczas poprzedniej bessy na rynku w 2000 roku. Rząd zatrzymał w niej produkcję, ale utrzymał majątek przez okres dekoniunktury na rynku. Gdy hossa wróciła w 2003 r., oddał ją bułgarskiemu armatorowi Navibulgar. Ta firma, której politykę postępowy rząd Donalda Tuska uznałby zapewne za prymitywną, zamiast składać zamówienia w Chinach czy Japonii, zbudowała statki w przejętej stoczni… dużo taniej, niż gdyby zleciła to na zewnątrz.
Sugeruje Pan, że w Polsce PŻM mogłaby przejąć stocznie w Gdyni i Szczecinie i jeszcze zyskać na tym?
– Jestem daleki od tego, by namawiać do przejęcia stoczni przez firmy żeglugowe. W Bułgarii zrobiono krok za daleko, poza tym tam była nieco inna sytuacja niż u nas. Ale jeśli polska firma pakuje 3 mld zł (a stocznie można uratować za ok. 300 mln zł) w zagraniczne zamówienia, zamiast zadać sobie minimum trudu i przynajmniej niektóre z nich przenieść do upadających polskich stoczni, to trudno mi znaleźć adekwatne słowa nazywające takie postępowanie…
PŻM niedawno tłumaczyła, że statki zamówione w Chinach są o wiele tańsze niż produkowane przez polskie stocznie. Może jednak dałoby się w obecnej sytuacji namówić tę firmę na choćby częściowe przeniesienie zamówień?
– Po pierwsze PŻM nie pytała, za ile te statki zbudowano by w polskich stoczniach. Poza tym ta cena, wynegocjowana w latach 2006-2007, będzie i tak wyższa od tej, którą dziś można uzyskać w bardzo drogich stoczniach.
Ale związkowcy ze stoczni obwiniają kolejne rządy o doprowadzenie do upadku swoich zakładów…
– Jest w tym trochę racji, tym bardziej że obecny rząd nic nie robi, a jeśli już robi, to mu nie wychodzi. Jednak niektórzy z tych obwiniających sami powinni uderzyć się w piersi.
Przecież obecnie to właśnie pracownicy są najbardziej poszkodowani, ponieważ stracili pracę, a reprezentują ich właśnie związki zawodowe…
– Jest to aktualnie jedyna skuteczna reprezentacja pokrzywdzonych pracowników. Dlatego sugerowałbym związkom zawodowym bardziej aktywne działanie w firmie, która jeszcze istnieje, tj. w Hipolicie Cegielskim – Poznań SA. Stoczniowcom z Gdyni i Szczecina wciskano bajki o katarskim inwestorze, a tym z Poznania mówi się o Brazylijczykach. Może warto wybrać się do Brazylii i sprawdzić na miejscu, czy jest tam jakaś stocznia.
Dziękuję za rozmowę.
