Dożywocie dla Kościoła na bezludnej wyspie?
Chyba już przyzwyczailiśmy się do kolejnych newsów pokazujących sprzeczności katolickiego kraju, jakim jest Polska. Żądanie rodziców w warszawskiej szkole na Ursynowie, by wyrzucić krzyże z klas (których tam przecież i tak nie było – do tej pory katecheci musieli przynosić je ze sobą na lekcje, a potem zabierać z powrotem), wpisuje się w powszedniejącą, obłędną logikę. No bo jeśli była katecheza, to musieli wyrazić na nią zgodę. Skoro zgodzili się na to, by ich dzieci uczyły się o Panu Bogu (konkretnym, objawionym w Jezusie Chrystusie, a nie „jakimś tam”), to dlaczego przeszkadza im krzyż? A może to sami ateiści? Dlaczego zatem wysyłają dzieci na religię?
Może się mylę, ale co rusz dostrzegam złośliwą satysfakcję w postawie wielu ludzi (tak, tak – nawet tych tzw. zwyczajnych, z ulicy, których spotykam co niedzielę w kościele), którzy widząc, co się dziś dzieje w sprawie krzyży, pytają: – I co dalej? Wyrzucą was ze szkoły? Co teraz zrobicie?… Nie widać tam troski, zaangażowania – raczej ciekawość widza oglądającego kolejny talk show, spoglądającego na świat z perspektywy fotela stojącego przed telewizorem. Zimną i obojętną. Pani Senyszyn, samozwańcza, nieformalna rzeczniczka polskich wojujących ateistów, która nigdy nie ukrywała swoich poglądów i wrogości wobec chrześcijaństwa, nie wybrała się do Parlamentu Europejskiego sama. Weszła tam także dzięki głosom wyborców – katolików. O co tu chodzi? Nie rozumiem.
Problem właściwego pojmowania swojej przynależności do Kościoła to kwestia rozumienia nie tylko jego definicji, jego misji czy obecności w nim Chrystusa. To kwestia odpowiedniego traktowania wiary i logiki, która jest w nią wpisana. Ktoś, kto nie rozumie (bądź nie chce zrozumieć), jaka jest istota tej niezwykle intymnej, delikatnej relacji, tym bardziej nie będzie w stanie odkryć kryteriów, które są obecne we wspólnocie wierzących. Nie pojmie, co tak naprawdę znaczy krzyż. Niestety, to także pięta achillesowa samych chrześcijan, którzy przeżywając swoją wiarę byle jak, przyjmując sakramenty po to tylko, „by tradycji stało się zadość”, spłycają dramatycznie całe dziedzictwo zawarte w Ewangelii. Nie dziwi więc, że najwięcej ukrytego antychrześcijaństwa jest właśnie wśród… samych chrześcijan. To oni (żeby nie wpaść w pesymizm: na szczęście w jakiejś tylko części) paradoksalnie chcieliby zesłać Kościół na bezludną wyspę. To smutna refleksja, ale także otrzeźwienie dla tych, którzy twierdzą, że jest tak dobrze, iż można stać z założonymi rękami i cieszyć się z faktu, że nasze świątynie są jeszcze pełne.
Dyskusja o obecności krzyża w przestrzeni publicznej jest swoistym papierkiem lakmusowym testującym naszą wiarę. Scenariusze na najbliższy czas przewiduję przynajmniej dwa: pierwszy to powszechne poruszenie – tak jak to miało miejsce we Włoszech, gdzie na potęgę zaczęto wieszać krzyże tam, gdzie ich jeszcze do tej pory nie było (ale bez głębszego zrozumienia, co to tak naprawdę znaczy i tego, że istota obecności krzyża to podporządkowanie się bardzo konkretnej koncepcji życia); drugi – obojętność. Ogłupieni Polacy powoli zatracają instynkt samozachowawczy i obawiam się, że wszystko jest już możliwe – także i to, że pozwolą sobie wmówić, iż krzyż naprawdę jest przeszkodą w byciu wolnym człowiekiem. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Któregoś dnia nastąpi przebudzenie, być może będzie ono bardzo bolesne. Od nas zależy, czy potrafimy wykorzystać nadchodzący trudny czas na to, by pogłębić wiarę, postawić sobie pytania, na które do tej pory jakoś nie było okazji (chęci) poszukać odpowiedzi. Nie chodzi tu tylko o symbole czy jakiekolwiek przejawy triumfalizmu. Stawką jest życie.
ks. Paweł Siedlanowski
