Koniec pijaru

Ponad sto lat temu polski filozof, historyk i pisarz, poseł na galicyjski Sejm Krajowy i zarazem minister do spraw Galicji Wojciech Dzieduszycki – przeczuwając rozwój wypadków w Europie stojącej wobec zarazy socjalizmu i liberalizmu – zanotował: „Ludzie okuci w łańcuchy ekonomiczne będą niewolnikami rządu… Tyrania będzie się stroić w imię wolność, a stanowiska rządu będą tak intratne, że zręczni awanturnicy będą ciągle jedni drugich strącać, wydając na pośmiewisko pojęcie rządu. Będzie źle i będzie haniebnie… Barbarzyństwo zalegnie ziemię, czyniąc państwo i mamonę jedynymi bogami ziemi. Ludzie staną się maszynami oczekującymi chleba i łaski i zasługującymi na ten chleb podłością”. To proroctwo – wypowiedziane z bólem przez sędziwego myśliciela, który z uwagą obserwował rozwój wypadków na Starym Kontynencie – spełnia się na naszych oczach w spektakularny sposób.

Dzięki mediom – nawet gdy próbują one bardzo wiele ukryć – do milionów ludzi docierają fragmenty scen, które rozgrywane są z dala od widowni. Słowa i gesty aktorów tego spektaklu mają treść, która już nawet nie szokuje, tylko bezgranicznie przygnębia. Jest źle i jest haniebnie. Ciemne interesy i język knajpy na najwyższych szczeblach władzy. Pogarda wobec społeczeństwa traktowanego jako ciemna masa – mówiąc językiem nomenklatury partii rządzącej

– czyli przygłupów, których można – a nawet trzeba – oszukiwać i okradać. Obraz polityki jako szarej strefy interesów ludzi pozbawionych wszelkich skrupułów utrwala się coraz bardziej w świadomości tych, którzy próbują – z różnym skutkiem – tę rzeczywistość komentować, ale ulegają presji obowiązujących kategorii wartościujących. („Liderzy środowisk kryminalnych” – napisał parę dni temu o przywódcach międzynarodowej mafii, tych, którzy akurat nie wpadli na pomysł, by udawać polityków, jeden z głównych wydawanych w Polsce dzienników. Już nie ma przestępców, są „liderzy środowisk…”). Człowiek, który osobiście odpowiada za chaos moralny w państwie narażonym na nieprzeliczone straty finansowe, co oznacza ubożenie każdego z nas, a szczególnie godzi w ludzi o najsłabszej kondycji materialnej, cieszy się ciągle opinią „wytrawnego gracza”, „rasowego polityka”. Ocenia się go niczym mistrza sportu w słowach pełnych podziwu: „w sytuacjach dramatycznie trudnych umie sobie radzić świetnie”, „finezyjnie wybrnął z dołka i przeszedł do kontrofensywy”, „w swojej walce o pozycję jest stanowczy, twardy, ale roztropny” (to cytaty sprzed paru dni z czołowych gazet).

To, co naprawdę istotnego dzieje się w Polsce – oprócz ewidentnej zdrady polskich interesów państwowych i narodowych – to coraz wyraźniej zarysowany podział na dwa środowiska, dwie grupy o odmiennej mentalności. Jedno jest dorobkiewiczowskie, na grze politycznej, niczym na giełdzie, zbija życiowy kapitał. Bierze za rzeczywistość to, co jest „grą interesów”. Uważa, że każdego człowieka można zdobyć, „kupić”, że jest to tylko „kwestia ceny”. A zatem zasadniczo jest zdania, że współcześni Polacy to durnie. Nie zasługują na nic lepszego jak rządy PO i podobnych formacji, które będą się nadal mnożyć.

Drugie środowisko to „ciemna masa”. Ponuracy. Religianci (jak by ich określiły partyjne gadzinówki z czasów PRL). Fanatycy. Naiwnie utożsamiający politykę z zasadami. Niezadowoleni, gdy – litując się w głębi duszy nad ich naiwnością – kłamie się, patrząc im prosto w oczy.

Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych przed wyborami prezydenckimi, w Polsce stają dziś naprzeciw siebie „dwa narody”. Który z nich jest tym prawdziwym?

Wróćmy na chwilę do czasów Galicji. Uznając trafność diagnozy zarysowanej w proroctwie Wojciecha Dzieduszyckiego, warto zastanowić się nad jednym jej elementem. Czy prawdziwe są słowa o tym, że „okuci w łańcuchy ekonomiczne” jesteśmy „niewolnikami rządu”? Postawmy sprawę szerzej: czy w ogóle Polacy mają jakiekolwiek predyspozycje, by stać się niewolnikami kogokolwiek?

„Moją Ojczyzną jest Polska Podziemna”

Jeśli oderwiemy się od doraźnego scenariusza wydarzeń, od wymowy przekazów medialnych, a zarazem poważnie potraktujemy naszą historię, spojrzymy na nią, odrzucając złogi ideologicznych interpretacji ostatnich dziesięcioleci, to musimy uznać, że takich predyspozycji doprawdy nie mamy. Jesteśmy jedynym narodem, który w XV wieku obronił północną Europę przed barbarzyństwem domniemanych „sług Kościoła”, niemieckich fałszywych mnichów, zachłannych na bogactwa i ziemię. Jedynym, który stawił czoła przytłaczającej potędze otomańskiej, pragnącej zamienić cały kontynent właśnie w magazyn białych niewolników. Jedynym, który nie wahał się wystąpić zbrojnie przeciw imperium reprezentowanemu przez potężnych carów. Jedynym, który obronił własny kraj – i w rezultacie cały Zachód – przed bolszewickim najazdem. Jedynym, który wtedy, gdy inne narody europejskie – poza Brytyjczykami – wystraszyły się uzbrojonych po zęby Niemców, gnanych obłędnym szałem, i złożyły broń, walczył nadal jako największa partyzancka armia w historii świata, część jedynego na świecie Państwa Podziemnego. Jedynym narodem, który na oczach sceptycznej Europy, przekonanej o „końcu Polski”, w ciągu kilkunastu lat podniósł z rumowiska swoją stolicę, miasto popiołów. (Przed wojną – miasto wyjątkowe pod względem urody i kultury; kto pamięta, że przed 1939 rokiem wybierając się do centrum Warszawy, trzeba było zadbać o elegancki strój, tu nie można było pokazać się w ubraniu roboczym czy niedbałym). Jesteśmy wreszcie jedynym narodem słowiańskim, który z woli Opatrzności dał Kościołowi wielkiego przywódcę, Papieża, którego szanował i kochał cały świat. Czyż nie dał go właśnie z powodu takiej, a nie innej historii naszego kraju, która przecież nie jest tylko dziełem człowieka, jak przekonują głupawe ideologie, lecz również przestrzenią działania Boga?

Benedykt XVI wciąż mówi do Polaków w ich ojczystym języku. Czyżby jeszcze nie zrozumiał tego, o czym przekonani są „światowi przywódcy” – że z tym narodem nigdy nie daje się nikomu dogadać, że ten naród przez swoje fatalne położenie geopolityczne i okropne cechy charakteru po prostu „nudzi”, i że „wszyscy”, tj. ci pragmatyczni, technokratyczni i postępowi „władcy świata”, mają go serdecznie dość?

Nie ma szans, nie będziemy niewolnikami. O tym przekonują się i dziś ci, którzy wracają do Polski po kilkuletniej czy nawet paromiesięcznej nieobecności. Pomimo nieznośnego zaduchu na najwyższych piętrach „ośrodków władzy” wracają do kraju pełnego powietrza. Do kraju innego niż wszystkie. Jeszcze nie zniewolonego przez konsumpcyjnego bożka, przez hedonizm. Nie opanowanego – mimo jej pogróżek – przez cywilizację śmierci. Nie zaduszonego przez egoizm i totalną obojętność ludzi wobec siebie nawzajem. Do kraju pełnego ciepła. Poza wielkimi centrami władzy na szeroko rozumianej prowincji istnieje bogate życie – duchowe, intelektualne, kulturalne, gospodarcze, naukowe. Żyją ludzie ambitni, których wewnętrznej busoli nie niszczą utopijne raje, świata ich pragnień i ambicji nie dezorganizują problemy związane z możliwościami finansowymi, ludzie, którym wiele „się chce”. Można śmiało zaryzykować tezę, że im wyraźniej rozpada się ten domek z kart, którym jest oficjalne – i podskórne – życie polityczne, tym więcej im się chce. Nie jesteśmy zdeterminowani przez „wypadki stołeczne”. Działają w całej Polsce tętniące życiem parafie, niewielkie, a bardzo twórcze środowiska kulturalne, naukowe, artystyczne, dobrze sobie radzą rodzinne firmy. Istnieje autentyczny zdrowy opór przed narzucanymi „z góry” „standardami moralnymi” (zwanymi też „europejskimi”, „unijnymi”…). Polacy są przekorni. Jeżeli ktoś liczy na to, że dadzą się oszukać nowoczesnej propagandzie, która dziś nosi elegancką nazwę public relation (pijar) – i tak jak w czasach komunistycznych zajmują się nią najlepiej opłacani fachowcy, wykorzystujący wszystkie możliwe osiągnięcia naukowe (psychologii, socjologii etc.), to osądza rzeczywistość płytko, nieprawdziwie. Nie rozumie Polski.

Rozmawiałam niedawno z młodą, ambitną i odnoszącą sukcesy zawodowe lekarką z zachodniej Polski, która powiedziała, że po obejrzeniu filmu „Katyń”, po bliższym poznaniu historii tej zbrodni, poprzysięgła sobie, że przenigdy – choćby jej obiecywano złote góry – nie wyjedzie z Polski. I będzie robiła wszystko, by podnosić swój poziom intelektualny, by dbać o wysoki status kulturalny swojej rodziny i najbliższego otoczenia. Słuchałam też młodego profesora historii, cieszącego się dużym prestiżem w środowisku akademickim i lubianego przez młodzież, który powiedział, że ucząc swoich studentów o tym, czym była PRL, zaczyna od wykładu o Katyniu i sfałszowanych wyborach. I oni muszą pamiętać, że to są jej fundamenty. Autor oskarżonego właśnie z wielkim hukiem przez „siły postępu” i skazanego na karę katolickiego tygodnika pisze bez zmrużenia oka: „Wieczorem po ogłoszeniu wyroku wpadłem w szampański nastrój, który w zasadzie trwa do dziś. Jakby młotkiem uderzyła mnie świadomość, że my przecież wcale nie musimy wygrywać! Po co to całe napięcie, skoro nie do nas należy zwycięstwo? (…) Sukcesy są poza naszymi kompetencjami. Do nas należy tylko walka. My możemy – i musimy – tylko trwać przy tym, od czego nie można odstąpić. I co z tego, że sąd orzeknie: 'mowa nienawiści’. Czy to sąd Boży? Co z tego, że w gazetach napiszą o nas jak o fanatykach? Czy to choćby o włos oddali nas od Chrystusa? Jakie ma znaczenie to, co powiedzą ludzie, skoro Bóg mówi co innego…”.

Miejsce na cokole

W mechanizmie odwołania Mariusza Kamińskiego – na pożegnanie koledzy z CBA podarowali mu szablę z wygrawerowanym napisem: „Nie pękaj!” – widać ten sam schemat działania, co w zakończeniu sprawy Alicji Tysiąc. Ten sam rozpaczliwy atak (a może obronę, ostatkiem tchu?) „sił”, które nie znoszą prawdy. Za słowo prawdy w obronie życia sąd ogłasza surowy wyrok. Za wykrycie kompromitujących rządzącą opcję polityczną afer zapada wyrok jednoosobowego trybunału. Prawda jest okrutnie niebezpieczna dla wszelkich uzurpatorów. Od prawdy – ujawnionej, bo nie wszystkich udaje się zakneblować

– chwieje się cały dwór człowieka uchodzącego za wcielenie prawdziwie nowoczesnej polityki, bo umie odczytywać sondaże i używać pijaru, czyli oszustw najnowszej generacji, i rzedną miny gwardzistów „króla kier”.

Dopóki Polacy nie dadzą się przekupić kłamstwu, to nie nabiorą się ani na ten, ani na żaden inny pijar. Dopóki nie dadzą sobie wmówić, że ustawione w bankach, restauracjach, na peronach i stacjach benzynowych monitory – z jedną „najsłuszniejszą” stacją TV, która przez 24 godziny nadaje ten sam komunikat: jak bardzo mianowicie jesteśmy, jako Polacy, do niczego – przekazują „informacje” (jeśli będziemy ich słuchać i je oglądać, to nasza wiedza polityczna będzie przyrastać w zadowalającym tempie), to pozostaną trzeźwymi, jak mało które społeczeństwo Europy, krytycznymi i nieufnymi odbiorcami wydarzeń na scenie politycznej. Odbiorcami niedającymi się spacyfikować sztuczkami w studiu telewizyjnym, z których inteligencją, umiejętnością analizy i wyciągania wniosków muszą liczyć się media. Bo z nich żyją. Wolna i żywa wciąż jeszcze w Polsce przestrzeń opinii publicznej nie jest żadną łaską pańską, która na pstrym koniu jeździ. I muszą się liczyć z nią także przyszli uczestnicy wyścigu do władzy.

„Odwagi, Ja Jestem…”

Te czołgające się i pełzające kobiety w bieliźnie, których jarmarczne wizerunki w gigantycznych rozmiarach wystawione są przy głównych trasach i na prestiżowych miejscach handlowego centrum Warszawy i innych wielkich miast, te zniewieściałe twarze mężczyzn zakochanych w sobie z powodu nowych szalików, marynarek czy też samochodów, to wyjątkowo jaskrawe świadectwo, jak myślą o nas ci, którzy dzięki swym wpływom polityczno-gospodarczym chcą zaaranżować „odpowiednią” przestrzeń do życia dla Polaków. Zwłaszcza dla młodych. Widać tę samą mentalność, co w latach 50. Widać – niechcący – kontynuację. Trochę zmieniła się stylistyka. Przytłaczające swoją masą korpusy wyładniały. Tamte postaci kobiet i mężczyzn (bab i chłopów) były toporne, spod siekiery. Ozdabiały budynki partii, dworce kolejowe, fabryki, Pałac Kultury i Nauki (tam stoją do dziś). Ale z oczu bił ten sam żar. Pozy wyrażały ten sam zew. Gotowość do wielbienia i wysławiania tego, co fałszywe, podrabiane, złudne. Co nigdy i nikomu nie przynosi nie tylko chwały, ale nawet i czegoś tak drobnego, jak prawdziwa radość, jak spokojne sumienie.

Te postaci naśladują człowieka. Ale robią to w taki sposób, jak małpy w cyrku. Wychodzi z tego tragifarsa, groteska. Reklamy (te gigant i te drobniejszych formatów) są w istocie rzeczy dramatyczną opowieścią o stanie duszy tych, którzy uważają, że już zawładnęli przestrzenią społeczną Polski. Są wręcz klinicznym zapisem stanu umysłu i psychiki tych, którzy są przekonani, że pożądanym nastrojem, w którym rozgrywać się ma życie zwykłych ludzi, musi być amok. Ale to już było. Te reklamy dostarczają bezcennych informacji o tym, co się dzieje na „parnasie”, wśród ludzi prawdopodobnie już ostatecznie utwierdzonych w przekonaniu, że są „władcami” Polski. Że splot interesów biznesowo-polityczno-gospodarczo-mafijnych jest tak ścisły i tak wszechwładny… Zupełnie tak samo jak wtedy, gdy czerwono było wokół od sztandarów. Kto by pomyślał, że przodownice i przodownicy kiedyś odejdą w niebyt, strąceni z kamiennych cokołów, zdarci z gmachów rządowych. Zwiędli i nikomu niepotrzebni.


Ewa Polak-Pałkiewicz
drukuj