Polityczny wybór premiera

Każdy rozsądny, uczciwy, a szczególnie ambitny szef rządu, na przykład aspirujący do roli przyszłego prezydenta, powinien cieszyć się z faktu, że jednym z jego podwładnych jest ideowy, ambitny i uczciwy szef ważnej dla kraju tajnej służby, strzegącej interesów bezpieczeństwa państwa. Dla politycznej kariery premiera zagrożeniem bywa także jego własny rząd, ministrowie wyłaniani według klucza partyjno-koleżeńskiego, często w efekcie koalicyjnych i koteryjnych kompromisów. Zagrożenie to jest zwykle większe niż polityczna działalność opozycji pozbawionej realnej władzy i wpływu na media. Wybrani przez premiera ministrowie wraz ze swoją wiedzą wnoszą do rządu dawne powiązania i niekiedy takie układy towarzyskie, które mogą rząd wysadzić w powietrze.
Był już taki minister od kultury fizycznej i turystyki, który skończył tak, jak kończy członek mafii, od strzału w głowę. Był i inny minister sportu oskarżony o korupcję.
Dzięki tajnym podsłuchom służb dowiadujemy się nie tylko o ich przekrętach, ale także tego, kim rzeczywiście są ci „szemrani” ludzie. I wtedy pojawia się pytanie, jakim cudem znaleźli się na szczytach władzy. Język, jakim się posługują, pozwala wyobrazić sobie, do czego mogą być zdolni, ile zła mogą wyrządzić.
Dlatego naturalnym, a więc i politycznym sprzymierzeńcem premiera mógł być szef CBA Mariusz Kamiński, człowiek niezależny, który nie zawdzięcza premierowi swojego stanowiska, nie jest powiązany z rządzącym układem partyjno-koleżeńskim, a pracując pod kierunkiem premiera, pracuje dla państwa.
Kiedy Platforma Obywatelska obejmowała władzę, jedną z jej pierwszych decyzji było odejście od obyczaju parlamentarnego, że szefem sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych jest ktoś z opozycji. Platforma Obywatelska, przejmując pełną kontrolę nad tajnymi instytucjami w państwie, decyzją premiera pozostawiła jednak Mariusza Kamińskiego na stanowisku szefa CBA, choć był mocno krytykowany za dotychczasową działalność i stale „szczypany”, gdyż przedstawiano go jako zawziętego „pisowca”, silnie powiązanego z partią, której był posłem. Jakby nie potrafiono przyjąć do wiadomości, że mogą być też i tacy ludzie, którzy swojej publicznej funkcji nie wykorzystują dla prywatnych czy partyjnych interesów.
Obecny szef ABW Krzysztof Bondaryk, który wcześniej był szefem białostockiej delegatury UOP i jednym z dyrektorów telefonii komórkowej Era, od której otrzymał (otrzymuje?) 1,5-milionową odprawę (na mocy ustawy sprawą zajmowało się CBA), jest „swój”, bo był członkiem Rady Krajowej Platformy Obywatelskiej. I dlatego nikt go nie atakuje, nie krytykuje i nikt nawet nie wie, czy jego służba odnosi jakieś sukcesy. Czy o takie działanie służb chodzi?
Mariusz Kamiński, szef CBA, wyszedł z innego ugrupowania i ten fakt w odczuciu opinii publicznej go uwiarygodnia. Od lat bowiem społeczeństwo nie ma pełnego zaufania do władzy. Działalność CBA pod kierunkiem Mariusza Kamińskiego nie stanowiła nigdy zagrożenia dla uczciwych urzędników, lekarzy, polityków, biznesmenów. Ale efektów pracy CBA, głównie dzięki mediom, nie przedstawiano jako sukcesu, ale robotę wymierzoną w politycznych przeciwników. Widzieliśmy więc „ofiary CBA”: „doktora G.”, posłankę Sawicką, a teraz zapewne, po postawieniu Mariuszowi Kamińskiemu zarzutów prokuratorskich, ujrzymy dwóch niesłusznie skazanych przez sąd za korupcję w aferze gruntowej.
Donald Tusk powinien dziękować Mariuszowi Kamińskiemu za wykrycie afery hazardowej i zachęcać go do dalszych tajnych operacji, pełnych podstępów i prowokacji, bo to jest najskuteczniejszy sposób oczyszczania państwa z ludzi nieuczciwych i niegodnych sprawowania publicznych stanowisk.
Ale skoro jest inaczej, skoro premier od dwóch lat podaje w wątpliwość działalność CBA, można się zastanawiać, czy jest autonomiczny w swoich decyzjach, czy sam nie jest zakładnikiem jakiegoś układu. A układ ten ma już 19 lat. Wywodzi się z czasów, kiedy w hotelu Marriott w Warszawie, za nieznane pieniądze, zakładano Kongres Liberalno-Demokratyczny, o czym wspominał z dumą Andrzej Olechowski.
Decyzją prokuratury w Rzeszowie Mariusz Kamiński jest już „Mariuszem K.”. To nie tylko niesprawiedliwe, ale poniżające. To typowy przykład upolitycznienia prokuratury, która zgodne z prawem czynności operacyjne podejmowane przez CBA, bo w uzgodnieniu z prokuraturą i sądami, kwalifikuje jako sprzeczne z prawem.
Prokurator generalny, minister sprawiedliwości, ujawniając w wywiadzie radiowym tajemnice śledztwa prowadzonego w prokuraturze katowickiej wobec Jolanty Kwaśniewskiej, informuje ironicznym tonem osoby jakby zaniepokojonej o stan świadomości Mariusza Kamińskiego, że szef CBA planował aresztowanie byłej pani prezydentowej. Wcześniej autorytatywnie oświadcza, iż poseł Chlebowski i minister Drzewiecki są niewinni. I to jest akurat argument za oddzieleniem funkcji ministra sprawiedliwości od prokuratora generalnego, skoro prokurator Andrzej Czuma chce być równocześnie sędzią Andrzejem Czumą. Ale jest to też wystarczający powód do odwołania go ze stanowiska.
Wicepremier Grzegorz Schetyna, wymieniany przez hazardowych biznesmenów jako „Grześ”, mówi coś o „pułapce dla premiera”, z czego ma wynikać podejrzany, skryty zamysł szefa CBA skompromitowania premiera. Ale o swoim spotkaniu z jednym z bossów od gier nie pamięta. I to jest też powód do odwołania go ze stanowiska.
Premier Donald Tusk zapowiedział wszechstronne wyjaśnienie „źródeł całej sytuacji”, odbudowanie nadszarpniętej reputacji swojej partii, ale obiecał także wyjaśnienie kwestii „nadużycia służb specjalnych do celów politycznych”, co się przekłada na odwołanie szefa CBA. Premier nie chce, by CBA miało „wpływ na polityczne wybory”, ale właśnie taki wybór podejmuje w tej chwili premier Donald Tusk, osobiście odpowiedzialny za wszystko, co dzieje się w partii rządzącej i w rządzie.


Wojciech Reszczyński
drukuj