Idealna oskarżycielka

Sprawa sądowa przeciwko księdzu Markowi Gancarczykowi, redaktorowi naczelnemu „Gościa Niedzielnego”, zakończona wyrokiem skazującym, powinna przejść do historii – nie tylko sądownictwa. Jest ona kamieniem milowym nowego systemu politycznego, którego fundamentem są liberalizm i nowa globalna etyka. Instrumentem tego systemu jest prawo.

Kapłan katolicki pozwany przez kobietę, która domagała się odszkodowania od państwa polskiego – i otrzymała je – za to, że urodziła dziecko, miał wszelkie powody, by czuć się – jak mówił – zaszokowany. Sąd reprezentujący państwo polskie wydał wyrok za to, iż w katolickim tygodniku, redagowanym przez niego, rzecz została nazwana po imieniu.
Nowy system dokonał podczas tej rozprawy autoprezentacji; teraz każdy, kto będzie chciał nazwać zbrodnię zbrodnią, kłamstwo kłamstwem, będzie się musiał dwa razy zastanowić. Bo to może drogo kosztować. Trzydzieści tysięcy, sto tysięcy… Kto wie, na jakiej granicy zatrzyma się wyobraźnia przedstawicieli „wymiaru sprawiedliwości”. Solidna lekcja nowej moralności dla prawników. „Tragedia konkretnego człowieka”, jak to ujął pan mecenas Marcin Górski, nie może przecież być wyceniona zbyt nisko. To byłoby płaskie, bezduszne.
Oskarżycielki nie śpią. Mają różne fizyczne wady, choroby, ułomności. Są „za młode”, „za stare” albo „za biedne”, by urodzić dziecko. Przeżyły „traumę” utraty pracy, partnera, samochodu, torebki… Jeśli ktoś się wychyli, by napiętnować rękę kata, który zechce – idąc za wyrokiem zapadającym najpierw w ich sercu – pozbawić życia ich dziecko, nie będą próżnować. Upomną się o swoje. Każda przecież może powołać się na konieczność „opieki psychoterapeuty” w wyniku wypowiedzianych ocen, odnoszących się do czynu, nie do osoby – jak pani Tysiąc.
Sytuacji, które można wykorzystać, jest bez liku. Jak wyznała jedna z bohaterek książki wydanej przez polskie aborcjonistki pt. „Piekło kobiet. Historie współczesne”: „To takie idiotyczne – zajść w ciążę z powodu pękniętej prezerwatywy. Zaczęłam nienawidzić własnego ciała za to, że robiło, co chciało.(…)Byłam wściekła, a przede wszystkim upokorzona, że to się zdarzyło bez mojej zgody”.
Ta „moja zgoda” – to tzw. wolny wybór. Koń trojański w systemie praw opartym o prawo naturalne, o prawo rzymskie. Cała gra w Polsce wokół sprawy pani Tysiąc i „Gościa Niedzielnego” toczy się o to, by to „wolny wybór” był tym j e d y n y m „prawem”, które będzie chronione. Głównym kryterium wszelkich ocen, bezdyskusyjną instancją. Owe „dobra osobiste”, rzekomo przez „Gościa Niedzielnego” naruszone, to – w nowym, obowiązującym od 23 września języku – zanegowanie absolutnej władzy „wolnego wyboru”. Niedopuszczalne przypomnienie, że istnieje coś jeszcze oprócz niej: prawo Boże, moralność, sumienie. Etyka lekarska, etyka ludzka. Życie innego człowieka. Że to ma znaczenie. Otóż nie, władza „wolnego wyboru” ma być dziś władzą ostateczną. Tej władzy musi dziś bronić sąd. Inaczej nie będzie wolności. Będzie panował terror. Terror moralności, terror zasad. Terror Dekalogu.


Obowiązujące bezprawie

W dniu 23 września wymiar sprawiedliwości zadeklarował, że jest już gotów – po prostu dojrzał – do obrony „prawa do wolnego wyboru”. Nawet wbrew jakiejkolwiek logice, faktom, ustaleniom – gotowy do obrony „prawa wyboru”. Prawa podsuwanego tym wszystkim biednym kobietom, używanym bez skrupułów przez apostołów nowego systemu, nowej etyki, nowej „prawdy” o człowieku. Prawdy, która głosi, że zawsze i wszędzie jest on do unicestwienia – w majestacie prawa.
Przebieg rozprawy zaprezentował pełną paletę środków, które mogą w każdej chwili ponownie zostać użyte. Był podniesiony głos, przekręcanie faktów, napastliwość. Był to w pełnym tego słowa znaczeniu proces pokazowy. Jego głównym celem było ostrzec – a tak naprawdę zastraszyć – ludzi Kościoła, obrońców życia, katolików, którzy angażują się na rzecz życia. Na rzecz prawdy o człowieku. Błędne myślenie o człowieku nie jest tylko niewinną zabawą, przypominają polscy biskupi w dokumencie ogłoszonym niedługo przed 23 września pt. „Służyć prawdzie o miłości i rodzinie”. Może prowadzić do zabijania w imię arbitralnie ustanawianych „praw”. Dokument ten wyróżnia się klarownością, jednoznacznością i mocą. Wielu ludzi czekało na taki głos Kościoła.
„Śmierć jest zjawiskiem obwarowanym prawami wojny i pokoju”, mówił w 1988 roku ks. abp Kazimierz Majdański (por. „Cywilizacja życia”, Lublin, 1988). Śmierć – „owoc nieufności wobec Boga, owoc grzechu i buntu”, dzieło upartego człowieka – ma tylu obrońców. Tylu złotoustych adwokatów. A przecież stworzeni jesteśmy przez Boga dla nieśmiertelności. „Życie nie jest skazane na rezygnację z siebie, nie jest skazane na śmierć.(…)Bóg Syna dał, a w Nim było Życie. Miłość i życie idą razem”, przypominał były więzień Dachau i ofiara nieludzkich eksperymentów w tym obozie.
„Prawa sprzeczne z zasadami moralnymi nie obowiązują, gdyż są bezprawiem”, napisali dziś polscy biskupi. Wyrok sądu katowickiego można odczytać jako odpowiedź na te słowa. Odpowiedź nie tylko katowickiego sądu. Ma on szersze i głębsze uwarunkowania. Na ławie oskarżonych katowickiego sądu stanął tak naprawdę nie pojedynczy kapłan, ale polski Kościół. Kościół, który naucza jasno o rzeczach, które są tak jednoznaczne, jak życie.


„Ofiara” niechcianego macierzyństwa

Czy czternaście lat to nie za mało, by urodzić dziecko? – rozniosło się po całym świecie ponad dwadzieścia lat temu pytanie w związku z „tragedią irlandzkiej dziewczynki”. Czy bycie ofiarą gwałtu to nie jest wystarczająca „kara” dla kobiety, czy można jeszcze dodatkowo „karać” ją, zmuszając do urodzenia dziecka poczętego z gwałtu? Czy nie należą się pieniądze biednej, chorej na oczy kobiecie, którą pozbawiono „prawa wyboru” i musi się męczyć z własnym dzieckiem? Takie pytania chodzą po głowie nie tylko osobom dotkniętym jakimś obiektywnym nieszczęściem (chorobą, doświadczeniem przemocy, opuszczeniem przez najbliższych), którym należy się współczucie i pomoc, szczególnie wtedy, gdy ma przyjść na świat ich dziecko. Niestety, za ich plecami, za ich osobistymi tragediami, niedojrzałością lub nieszczęsnymi wyborami kryje się, gdy ma się urodzić nowy człowiek, cicha armia „przyjaciółek”, „doradców” (dziś także finansowych, bo sprawa staje się niezłym biznesem), gotowych wykorzystać je do kampanii na rzecz liberalizacji prawa, które jeszcze nie tak dawno nazywało uśmiercenie poczętego dziecka zabójstwem niewinnego człowieka. Dziś pani sędzina katowickiego sądu publicznie stwierdza (na jakiej podstawie?!), że „przerwanie ciąży nie jest zabójstwem”.
Nigdy nie za wiele przypominani a postaci Amerykanki Jane Roe, której „przypadek” doprowadził w 1973 roku do legalizacji zabijania nienarodzonych w jej ojczyźnie. Po latach przyznała się, że nie było żadnego gwałtu, był romans. Dziś Jane Roe jest znaną obrończynią życia. Sumienie nie zostawiło jej w spokoju. (Podobnie wyglądał „przypadek” czternastoletniej Irlandki, która związała się z przyjacielem własnego ojca). Dlaczego więc pani Roe zeznawała w sądzie, wbrew prawdzie, że jest ofiarą gwałtu? W wywiadzie przeprowadzonym po kilkunastu latach w radiu przyznała, iż celem mistyfikacji było uczynienie wyłomu w amerykańskim prawodawstwie.
Takie cele są starannie ukryte wśród przytaczanych na wokandach, emocjonalnych argumentów, obliczonych na wywołanie równie uczuciowych reakcji. Jak bowiem zauważyła jedna z nestorek walki z życiem Betty Friedan („Aborcja prawem obywatelskim kobiety”, 1969): „Kiedy my, kobiety, zaczęłyśmy w kwestii aborcji mówić we własnym imieniu, zmieniłyśmy cały sens i język tej debaty”. Istotnie, kategorie obiektywne, których treść była jasna i nie podlegała reglamentacji (życie, moralność, prawo), ustąpiły miejsca opisowym i subiektywnym (tragedia, ofiara, bieda, choroba, przemoc). Każde z tych pojęć z osobna mogło być poddane odrębnej interpretacji, naświetleniu, uwarunkowaniu, ocenie. Rozpoczęła się epoka opowieści, w których mieszały się krew i łzy. Opowieści obliczonych na wywołanie określonego efektu propagandowego. Tadeusz Boy-Żeleński, autor oryginału („Piekło kobiet” to jego określenie, a zarazem tytuł książki jego autorstwa, wydanej w końcu lat 20. ubiegłego wieku), mógłby być zadowolony z takiego obrotu sprawy. To on nazwał „największą zbrodnią prawa karnego” paragraf „obowiązujący we wszystkich prawie ustawodawstwach [zapomniał dodać, że wyjątek stanowi ustawodawstwo sowieckie – E.P.P.], „a nakładający ciężkie kary za przerwanie ciąży”. (Boy-Żeleński już w parę tygodni po sowieckiej agresji na Polskę 17 września 1939 roku został nagrodzony za swoją działalność przez okupantów katedrą literatury francuskiej na sowietyzowanym gwałtownie uniwersytecie lwowskim. Szybko wszedł w skład kolegium pisma Związku Pisarzy Sowieckich „Nowe Widnokręgi” i bez problemu publikował w „Czerwonym Sztandarze”; nie wahał się też brać udziału w różnych propagandowych imprezach nowej władzy).
W walce z życiem nikt nigdy nie posługuje się prawdą. Sztaby ludzi biegłych w oszustwie, dobrze ucharakteryzowanych na „ekspertów”, „naukowców”, „terapeutów” oraz „opiekunów” i „obrońców kobiet” etc. robią wszystko, by to kłamstwo było jak najbardziej podobne do prawdy.


Czy mieliśmy podstawy, by oczekiwać innego wyroku?

Oczywiście tak, bo Polska jest krajem katolickim, o silnie zarysowanym w ustroju politycznym, na każdym etapie dziejów – gdy byliśmy wolni – odniesieniu do prawa naturalnego. Tak, Kościół katolicki bowiem ma u nas trwałą i silną pozycję. Nigdy nie byliśmy krajem protestanckim ani otwarcie powołującym się na ateizm czy bezwyznaniowość, jak Rosja, Francja, Meksyk. Tak, bowiem przeszliśmy przez szaleństwo okrutnej wojny, gdy byliśmy poddawani prawu eksterminacji przez oba sąsiedzkie narody, a potem zmuszeni zostaliśmy – przez „przyjaciół”, „sojuszników” – by przejść przez szaleństwo totalitarnego systemu, który bardziej od człowieka szanował nowe prawa ekonomiczne i który narzucił Polakom aborcyjne prawodawstwo. Tak, bowiem dwadzieścia lat temu zniesiono cenzurę i mieliśmy prawo oczekiwać, że prasa, w tym media katolickie, będą głosem wolnym od nacisków politycznych i ideologicznego kręcenia. Mogliśmy zatem liczyć, że prawda o ludzkim życiu i jego bezwzględnej ochronie zostanie uszanowana przez sąd w niepodległym państwie polskim.
Ale też nie sposób nie zauważyć, że z uwagi na dynamikę obecnego procesu zmian w dziedzinie pojęć tworzących nowy język debaty publicznej, szanse, by system prawny odzwierciedlał prawa Boże, wciąż maleją. Ten nowy język odbiera rzeczom znaczenia i nadaje im nowe treści. Nowe, niejasne pojęcia mnożą się wraz z postępami globalizacji (szczyty ONZ-owskie, prawo międzynarodowe, ponadpaństwowe związki polityczne i gospodarcze) i kształtują mentalność ludzi poddawanych przez media nieustającej indoktrynacji. Wszystkie te nowe pojęcia „są ze sobą wzajemnie powiązane, współzależne, ciągle na siebie oddziałują i wzajemnie się wzmacniają. Razem tworzą system, całość”, zauważa Marqueritte A. Peeters, autorka „Nowej etyki”, pokazująca w swoich książkach np., w jaki sposób pojęcie tak „niewinne” jak „dobre współrządzenie” prowadzi, przez system zazębiających się, równie nieprecyzyjnych pojęć, do przyjęcia jako swego rodzaju dogmatu „równouprawnienia płci”, opartego z kolei na zasadzie „świadomego wyboru” i „prawa wyboru (np. prawa do aborcji)”. A taka pseudodefinicja jak „zdrowie reprodukcyjne” jest rozpowszechniana, by pomieszać w jedną bełkotliwą całość tak wykluczające się nawzajem pojęcia, jak: macierzyństwo, antykoncepcja, aborcja, zapłodnienie in vitro, wolność relacji seksualnych i inne. Nowe hierarchie tworzone przez pojęcia nowej etyki są formą panowania nad sumieniami i wprowadzają – zamiast deklarowanej „wolności”, „praw człowieka” – nową dyktaturę. Według celnej definicji Papieża Benedykta XVI – dyktaturę relatywizmu. Także tę dyktaturę musimy jako Polacy, jako Naród przywiązany do wolności odrzucić.
Nie pierwszy raz w naszej historii sąd ludzki staje ponad prawem. Jedynym, które ma sens, wartość i prawdziwą treść – prawem Bożym. Być może pośpiech, nerwowość lub czyjaś nadgorliwość spowodowały, że to wszystko, w wydaniu katowickiego trybunału, ukazane zostało brutalnie, bez niedomówień. Proces pokazowy stał się lekcją poglądową. Praktycznym instruktażem, jak działa nowa etyka. Ale może podziała także – wbrew intencjom jego organizatorów – jako przestroga?
Czy obronimy chrześcijański system wartości w naszym państwie o tysiącletniej chrześcijańskiej historii? Czy Kościół, który „ma przeprosić” panią Tysiąc – już nie wydawnictwo kurii metropolitalnej, lecz archidiecezja katowicka – ma zaniechać stania na straży najważniejszych prawd i zasad życia? Komentarzem, który narzuca się wielu, były słowa ks. abp. Damiana Zimonia, iż wyrok katowickiego sądu, skazujący tygodnik katolicki na karę, „jest przejawem cywilizacji śmierci”. Ale na szczęście – mimo wielu wysiłków, prób i wyłomów – to nie ona w Polsce triumfuje.
„Dziękuję Bogu, że córka pani Tysiąc żyje”, dodał ksiądz arcybiskup.


Ewa Polak-Pałkiewicz
drukuj