Szedł pod prąd tego świata

Z ks. dziekanem Bogdanem Wolniewiczem, proboszczem parafii pw. św. Jadwigi w Ząbkowicach Śląskich, rozmawia Mariusz Kamieniecki



Jan Paweł II nie tylko promował świętość, ale swoim życiem sam nam świętość ukazywał. Na czym, zdaniem Księdza, polegała świętość Papieża Polaka?

– Każda chrześcijańska doskonałość charakteryzuje się miłością Boga i człowieka: pełną otwartością, akceptacją i życzliwością wobec wszystkich ludzi. Te dwie miłości, całkowite zanurzenie się w Bogu i wsłuchiwanie w drugiego człowieka, by go jeszcze bardziej poznać, przyjąć i ukochać, świadczyły o wielkiej niezwykłości i świętości Jana Pawła II. Można powiedzieć, że już od najmłodszych lat, a później jako student, kapłan, biskup, wreszcie Papież, był wzorem wypełniania na każdym kroku woli Boga. Ciągle był z Bogiem w Bogu, realizując to, czego w danym momencie Pan i Stwórca od Niego oczekiwał.

Co najbardziej cenił Ksiądz u Sługi Bożego?

– To, że mimo całego szumu, jaki tworzył się wokół Jego osoby, umiał być zawsze wewnętrznie wyciszony i otwarty na Stwórcę. Było to widoczne, zwłaszcza kiedy się modlił, wówczas jakby cały świat przestawał dla Niego istnieć. To wewnętrzne wyciszenie przekładało się także na Jego stosunek do konkretnego człowieka. Dziecko, człowiek prosty, intelektualista czy przywódca wielkiego państwa – wszyscy jednakowo czuli się dobrze w obecności Papieża. Umiał wspaniale słuchać, wszyscy, którzy się z Nim spotykali, mieli poczucie, że w tym momencie jest cały dla nich. Miał dar, łaskę kontemplacji – tego szczególnego zjednoczenia z Bogiem. Z pewnością nie będzie to odkrywcze, ale Jan Paweł II był mistykiem i wszyscy, którzy znajdowali się w pobliżu Niego, doskonale to wiedzieli. Był cały, bez reszty zatopiony w Bogu podczas Eucharystii, ale także w każdej chwili swego życia.

Pontyfikat Papieża Polaka obfitował w wiele poruszających momentów, zarówno tych radosnych, jak i bolesnych. Czy jest chwila, którą szczególnie Ksiądz zapamiętał?

– Tych chwil było wiele, ale szczególnym doświadczeniem, które do dziś wypełnia moje serce, jest moment odchodzenia Ojca Świętego, poprzedzony chorobą i wielkim cierpieniem. Ostatnie dni życia, ta wielka katecheza o przyjęciu krzyża i otwarciu się na śmierć była konsekwencją całego Jego życia, które dopełniło się w pięknym, pełnym wiary i nadziei odejściu do Domu Ojca. Każdy z nas obawia się śmierci, myślę, że przykład Sługi Bożego to także lekcja i światło dla nas, by właśnie w takim stylu, obejmując krzyż, z pełną ufnością i wiarą w Boże Miłosierdzie iść na spotkanie ze Zmartwychwstałym Chrystusem.

Zachwyt nad osobą i dziełem Jana Pawła II nie ustaje. Jednak podczas Jego pontyfikatu były też momenty trudne. Kiedy na przykład Papież zdecydowanie przeciwstawiał się aborcji i walczył o poszanowanie życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci, bywał nierozumiany albo wręcz ignorowany…

– Myślę, że brak zrozumienia jest dolą każdego proroka i świętego. Na pewno łatwiej jest zachwycać, kiedy się mówi rzeczy łatwe, które ludzie chcą w danym momencie usłyszeć. Natomiast tam, gdzie padają słowa trudne, wymagające, a przecież Jan Paweł II szedł pod prąd tego świata, pojawia się sprzeciw, a czasem nawet bunt. Tak było przecież z Chrystusem, który za swoje Słowa spotykał się z szykanami. Ten sprzeciw wobec Ojca Świętego, bezkompromisowego obrońcy życia, świadczy najpełniej, że był człowiekiem Bożym, który niczego nie mówił pod publiczkę, zgodnie z obowiązującą modą. To niezrozumienie to także dowód, jak bardzo jesteśmy przesiąknięci duchem tego świata i jak trudno nam nieraz przestroić się na „nadprzyrodzone fale”, którymi posługuje się człowiek posłany przez Boga, a takim bez wątpienia był Jan Paweł II.

Proszę powiedzieć kilka słów o swoich spotkaniach ze Sługą Bożym?

– Kiedy przyjeżdżał do wrocławskiego seminarium, jako kleryk wraz z kolegą przygotowywałem mu pokój. Pamiętam też udział w dorocznych wakacyjnych rekolekcjach Ruchu Focolari, tzw. Mariapoli, które przez szereg lat odbywały się w Krakowie, kiedy odwiedzał nas ks. kard. Wojtyła. Jedno z takich spotkań odbyło się na dziedzińcu kurialnym, tuż przed Jego wyjazdem na pamiętne konklawe w 1978 roku. Otoczyliśmy Kardynała, wręczyliśmy mu róże, a on radosny, ale równocześnie bardzo skupiony, długo i serdecznie z nami rozmawiał. Później były audiencje w Rzymie, gdzie zawsze się czuło, że ten człowiek jest dla nas akweduktem, przez który przepływa Boże światło i łaska, że przez Niego do mnie i do każdego z nas mówi Pan Bóg.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj